Samo życie, Za granicą

Znalazłam gdzie ona mieszka nie znając ani jej ani adresu


Bingo! I tu ją mam! Znalazłam gdzie ona mieszka!

Zlokalizowałam na mapie Google Maps gdzie tak dokładnie mieszkają pewne blogerki. Nie znałam ich ani osobiście ani internetowo. Skąd miałam wiedzieć jaki jest ich dokładny adres? Mimo to udało mi się znaleźć ich domy i podejrzeć jak one wyglądają na ile zasięg mapy w opcji podglądu ulicy na to pozwoli.

Mieszkają one sobie gdzieś w świecie.

Jedna na przedmieściach 2-milionowego zatłoczonego miasta gdzie wszystkie ulice i domki wyglądają podobnie. Druga gdzieś bloku w samym centrum równie wielkiej metropolii.

Trzecia w małej pipidówie na prowincji, gdzie raptem kilka domów stoi, gdzie trudno trafić i skąd równie trudno się wydostać, gdzie jak sama uważa – diabeł mówi dobranoc.

Zlokalizowałam miejsca zamieszkania jeszcze innych osób obserwowanych przeze mnie w social media, nie ważne czy to osoby znajome z sieci, czy całkiem obce.

Nic im o tym nie powiedziałam.

No dobra, raz zwierzyłam się pewnej internetowej znajomej, że ją namierzyłam. Ale dlatego, że byłyśmy już trochę czasu w kontakcie i miałyśmy do siebie zaufanie. Potwierdziła i pogratulowała spostrzegawczości, że w miarę dobrze trafiłam. W miarę, bo pomyliłam się tylko o jeden dom. Dwa podobne stały obok siebie a Google Maps ucięło kawałek drugiego.

Jakim cudem znalazłam gdzie ona mieszka? Jak zlokalizować kogokolwiek nie znając jego adresu?

W tym wpisie podpowiem Ci jak znaleźć miejsce zamieszkania kogokolwiek na świecie, będąc zwykłą osobą a nie żadnym profesjonalnym detektywem, szpiegiem czy hakerem. Nie mam też kompletnie pojęcia jak wyciągać adresy IP czy jakieś cyfry, kody pomagające w lokalizacji, jak śledzić GPS cudzych smartphonów ani nie posiadam do tego odpowiedniego sprzętu.

Jest to bardzo proste, oczywiście zależy od osoby jaką próbujesz zlokalizować.

Jeśli siedzisz w domu na bezrobociu i poszukujesz jakiegoś fajnego sposobu surfowania po sieci dla zabicia nudy albo jesteś w biurze w nudnej pracy do której chodzisz, by odbębnić, gdzie kiedy tylko szef odwróci wzrok Ty szukasz lepszych wrażeń w social media to polecam Ci właśnie tą aktywną zabawę. Masz swoje ulubione blogerki? Masz znajomych na Facebooku czy Instagramie? Spróbuj więc znaleźć gdzie oni dokładnie mieszkają.

Zlokalizujesz ich domy po prostu dzięki śladom jakie zostawiają po sobie na swoich kanałach w Internecie. Znajdziesz je bez problemu na podstawie umieszczanych danych, tekstów, zdjęć i wideo. Z tego co publikują wyciągniesz te dane, które pomogą Ci tę osobę namierzyć.

Dlatego tutaj poprawię się, że raczej nie da się znaleźć każdego obywatela świata ale tylko tych, którzy są aktywni w sieci i co nieco o sobie pokazują.

Przede wszystkim mamy Google Maps – wspaniałe narzędzie szpiegowskie z opcją podglądu ulicy. Oczywiście dotąd, dokąd dotarł nagrywający pojazd Google. To na tej mapie będziesz się głównie opierać.

Jestem osobą o bardzo dobrej orientacji w terenie i dobrze czytającą mapy. Mam do tego talent i wysoki poziom inteligencji przestrzennej, co zdecydowanie pomogło mi w lokalizacji miejsc zamieszkania. Uwielbiam Google Maps i używam to nie tylko w celach „szpiegowskich” ale gdy jadę w nowe miejsce i chcę się wcześniej zorientować.

Kiedyś nawet kolega, kiedy bez żadnego kompasu czy GPSa wyprowadziłam nas z terenu w którym zbłądziliśmy zdziwił się, bo myślał, że… taaaa… kobiety nie mają do tego talentu. Innym razem kolega na wycieczce w górach, kiedy to on głownie trzymał mapę chciał mi na niej coś pokazać, zaszpanować i zwrócił się do mnie zakładającym z góry pytaniem „Czy ty potrafisz czytać mapy?” Można się złapać za głowę!

Pierwszy raz złapałam bakcyla do Google Maps 15 lat temu kiedy to wszystko dopiero co wchodziło. Nie było jeszcze podglądu ulic a jedynie widok z góry. Posiadanie dokładnego adresu nie dawało precyzji, bo nie było jeszcze wszystkich oznaczeń i nazw ulic. W wielu miejscach świata mapa nie miała dobrego zasięgu np. w Afryce.

Z moim obecnym mężem pochodzącym z Casablanki w Maroko żyliśmy wtedy na odległość i czatowaliśmy przez Internet o wszystkim, znajdując różne zajęcia urozmaicające nasz wspólny czas. Raz postanowił naprowadzić mnie na Google Maps gdzie znajduje się jego dom rodzinny. Casablanka to wielka, zatłoczona metropolia pełna miejskiego chaosu i absurdu. Spróbuj znaleźć tam jeden konkretny dom.

Oboje po obu stronach ekranu otworzyliśmy swoje mapy i wtedy mój chłopak wskazał w której dzielnicy mam szukać. Jeny, ile było tam domów! Chyba jeden na drugim w wszystkie z góry takie same. Znałam nazwę ulicy i nr domu ale Maroko (w tym duże miasta) nie było jeszcze na tej mapie w pełni oznaczone, więc musiałam szukać na inne sposoby. Podpowiadał jak oszacować odległość od oceanu, pytał czy widzę punkty odniesienia takie jak dach szkoły czy kort tenisowy. Tymi punktami znalazłam jego dom. Następne zaproponowałam mu aby poszukał mojego w Polsce.

Na Google Maps potwierdzisz swoje śledztwo i zobaczysz domy szukanych. Choć jedynie w krajach i miastach, które na Google się udostępniły. Jeśli ktoś mieszka w np. w Korei Północnej to masz nikłe szanse, by go znaleźć. Na szczęście większość naszego globu jest tam dostępna.

Nie każdy bloger czy osoba obserwowana w social media podaje w sieci swoje pełne dane. Jedni podają więcej, inni mniej, drudzy wcale (choć może im się tak tylko wydawać). Ktoś może nie podać pewnego rodzaju danych ale Ty równie dobrze możesz go zlokalizować na podstawie innego rodzaju, które akurat udostępnia. To właśnie ilość i jakość tych danych połączona z Twoimi zdolnościami obserwacji i spostrzegawczości decyduje jak szybko kogoś znajdziesz i czy w ogóle da się go znaleźć.  

Co ciekawe nie ma tutaj reguły, że im więcej ktoś pokazuje prywatności tym łatwiej będzie go namierzyć. Dla każdego prywatność znaczy co innego i sam decyduje co chce pokazać a co ukryć.

Jest pewna blogerka, która wydawać by się mogła – swoją prywatnością wręcz emanuje i wystawia ją na sprzedaż dla znanych marek. Pokazuje zrobione lustrzanką profesjonalnej jakości, ostre jak żyleta i idealnie oświetlone zdjęcia swojej rodziny praktycznie przy każdej okazji. Pokazuje jak wygląda i jak jest urządzony jej dom od wewnątrz i od zewnątrz z każdej strony. Pokazuje okolicę w jakiej się on znajduje. Przy czym podaje bardzo dużo faktów o sobie i zwierza się ze wszystkiego co robi. Mimo to wciąż nie znalazłam gdzie dokładnie ona mieszka, a próbowałam wiele razy.

Za to znalazłam inną blogerkę, która nie publikuje swojej rodziny wcale i ogólnie wrzuca bardzo mało zdjęć a jeśli jakieś to słabszej jakości robionych komórką. Podkreśla jak bardzo chroni swojej prywatności, nawet gdy czytelniczki o coś ją proszą to ona twardo obstaje, że nie pokaże. A mimo to jej dom znalazłam bez problemu, ponieważ to co u siebie pisała i zaledwie kilka niepozornych zdjęć wystarczyło.

Reguła jest taka, że po prostu trzeba wyciągnąć te właściwe dane i nimi się kierować przy robieniu podglądów na Google Maps.

Pierwszym szlakiem poszukiwań lokalizacji powinien być następujący ciąg danych zamieszkania:

  • kraj
  • województwo/prowincja/wspólnota/stan/region… itp,
  • miasto, miasteczko, wioska (Bardzo ważna uwaga: zwykle jest tak, że są duże miasta otoczone mniejszymi miasteczkami czyli powiedzmy – takie aglomeracje, jeśli ktoś mieszka na prowincji, gdzieś pod miastem w mniejszym miasteczku czy w wiosce to rzadko co podaje dokładną nazwę swojej miejscowości, będzie podawał najczęściej to najbliższe, duże, główne miasto)
  • dzielnica
  • nazwa ulicy, adres (o ile ktoś poda)

Prawie wszyscy ludzie podają swój kraj. Czasami nie muszą podawać, po prostu widać w jakim mieszkają. Spora ich część podaje region kraju i całkiem dużo nazwę swojego miasta, zazwyczaj jak wspominałam tego głównego jeśli naprawdę mieszkają w mniejszym. Wiele blogerów chętnie pokazuje swój region, bo np. ich blog jest o nim. Jedni się mniej w niego wgłębiają, drudzy bardziej drążąc go aż do swojej małej mieściny.

Tutaj, często na nazwie tego miasta ciąg danych zamieszkania się kończy. Brakuje Ci dzielnicy, ulicy i numeru domu.

Co wtedy możesz zrobić?

Są jeszcze mniej znane niż Facebook i Instagram, bardziej specjalistyczne sieci społecznościowe np. LinkedIn czy aplikacje mobilne. Sprawdź, może osoba, którą próbujesz zlokalizować ma tam konto. Bardzo często jak googlujesz kogoś po imieniu i nazwisku to wyskakują Ci dokładnie te strony. Zobacz jakie dane tam zostawiła, bo może się okazać, że tam jest więcej szczegółów.

W ten sposób na mniej znanym kanale społecznościowym pewnej blogerki, która na blogu podawała tylko główne, duże miasto znalazłam… nazwę jej miasteczka. Miałam już kolejny punkt szlaku poszukiwań.

Jeśli dana osoba prowadzi firmę to może być zarejestrowana na stronach z KRS i masz praktycznie sprawę załatwioną. Stąd wyciągniesz już dokładny adres jej firmy a nawet lokalizację na mapie. Możesz też zerknąć do polityki prywatności czy polityki cookies na blogu tej osoby – jeśli jest firmą to możliwe, że widnieje tam i adres. Raczej ma obowiązek aby go podać. Często adres firmy to ten sam co adres zamieszkania ale nie zawsze, są tacy co adres firmowy kupują albo wynajmują skrytkę pocztową czy jakoś tam. Jeśli jedno się pokrywa z drugim to masz osobę namierzoną natychmiast. Znajdujesz jej dom, bo znalazłaś adres. Topowi blogerzy, co na blogach zarabiają wystawiają faktury, raczej firmę mają.

Jednak większość takich przeciętnych osób (mówimy o szukaniu nie tylko topowych ale tych mało nieznanych lub nieznanych) nie prowadzi firmy i adresu, nazwy dzielnicy, miasteczka, wioski nigdzie nie poda.

Co tym razem możesz zrobić? Gdzie dalej szukać? Proste i chyba najważniejsze.

Zdjęcia, zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia! Podobnie wideo czy instastories!

Multimedia są niezmiernie ważne i dają naprawdę potężną ilość wskazówek. Są to przede wszystkim zdjęcia i filmy samej okolicy, wskazujące na to, że w tym miejscu dana osoba mieszka. Albo w przypadku sfotografowanej osoby – jej tło. Widzisz na nim ulice, budynki, charakterystyczne obiekty, parki, supermarkety, place zabaw, drzewa. Warto zwrócić uwagę na niebo, góry, rzeki, jeziora, zbiorniki wodne, morze, na którą stronę świata mogło być zrobione zdjęcie.

Najlepiej jak na zdjęciu, niby przypadkowo pojawią się nazwy własne ulic, lokali, sklepów, może jakieś logo różnych marek. Zwróć uwagę na kształty, na kolory np. płytek chodnikowych, kostki brukowej, okiennic, dachów, znaków poziomych na ulicach, znaków drogowych, ścian, płotów, drzwi, okien, graffiti, ogródek przydomowy – nie wejdziesz na niego przez podgląd ulicy, chyba że widać przez płot, ale możesz fajnie dostrzec na mapie z góry.

Sprawdź czy na zdjęciach danej osoby nie przewijają się parę razy te same obiekty. Może pojawia się jakiś obiekt charakterystyczny taki jak zabytek, park, boisko, basen, centrum rekreacyjne, teatr, hala widowiskowa, szkoła. Taki bez problemu zlokalizujesz na Google Maps na widoku z lotu ptaka.

Użytkownicy Facebooka i Instagrama często oznaczają lokalizację swoich zdjęć. Sprawdź tam. Gdy są oznaczone to już wiesz gdzie były robione.

Może ktoś tak się ujawni, że… pokaże swój dom w całej krasie. Ale tutaj też nie ma reguły, że widzieć dom to od razu znaczy, że znajdziesz gdzie on jest.

Może ta osoba nie mieć podanych żadnych danych co do miejscowości i ulicy a na zdjęciach żadnych znaków mogących doprowadzić Cię do tego domu, łatwych do wyłapania na mapie.

Szukanie miejsca zamieszkania polega właściwie na ciągłym porównywaniu zdjęć do widoków satelitarnych i podglądów ulic na Google Maps.

Czy to te same obiekty? W jakich punktach odniesienia położone są do siebie? Co znajduje się obok czego? Jaki co ma kolor?

WIDOK Z OKNA !!!!

Mega, mega, ważny, kluczowy, zdradzający gdzie kto mieszka. Jeśli na opublikowanym przez kogoś widoku jest charakterystyczny obiekt łatwy do wyłapania na mapie, jako punkt odniesienia to praktycznie jest to gwarancja bezbłędnej lokalizacji.

Widok z okna czy widok sprzed domu może dać ci o wiele więcej informacji o lokalizacji niż zdjęcie samego domu. Charakterystyczne obiekty na widoku to np. budynek naprzeciwko, zabytek, boisko sportowe, stadion, lokal firmowy, bar, sklep, supermarket, park, plaża, drzewo a nawet pole czy rozległa przestrzeń na skraju miasta, która sprawia, że dom zlokalizować jest nawet łatwiej niżby leżał w centrum.

Większość osób zlokalizowałam głównie na podstawie wrzuconych do sieci widoków z okna, albo stały one się pomocne kiedy ciąg publikowanych danych się urwał.

Wiele wskazówek zostawiają po sobie osoby, które biegają i chwalą się tym na swoich kanałach ile to kilometrów przebiegli.

Albo po prostu idą na spacer czy jeżdżą rowerem. Używają w tym celu aplikacji mobilnych, które rejestrują im trasę a następnie wrzucają mapkę na fejsa. Nagrywają też widoki ze swoich tras.  

Nawet jak ktoś nie wrzuci mapy przebiegniętej trasy, to nadal da się go zlokalizować: kiedy biega i gdzie biega i co ważne dla znalezienia domu – gdzie zaczyna i gdzie kończy trasę. Gdzieś w tym miejscu może być jego dom. W takich aplikacjach trasy treningów automatycznie publikują się na koncie użytkowników. Inni zarejestrowani też tam mogą je podglądnąć.

Biegająca blogerka, której domu szukałam wrzuciła taką mapkę aby pochwalić się, że zrobiła rekord życiowy. Nie była to taka szczegółowa mapka z nazwami ulic, ale taka uproszczona. Mimo to znalazły się na niej charakterystyczne obiekty takie jak parki czy zbiorniki wodne. Mogłam porównać jej zdjęcia i stories z trasy, które chętnie pokazywała i rzeczywiście te obiekty tam były. Biegała też w miasteczku, którego nazwę znalazłam wcześniej na innych jej kanałach. Widać było wyraźnie, że trasa ta jest pętlą. Tam gdzie ta pętla się zamykała, tam był jej dom.

Ona nigdy nie publikowała zdjęcia swojego domu  ale zdarzało jej się robić fotki przed, które nie pokazywały wielkiej przestrzeni. To kolor polbruku, płotu, parę drzew, krzewów i fragmenty ścian sąsiednich domów zdradziły wszystko. Miałam ją!

Pomocne w lokalizacji kogoś są również teksty na blogach czy profilach. Niekiedy możemy znaleźć w nich opisy miejsca zamieszkania czy nazwy obiektów w okolicy. Wszystko jest ważne i może Cię naprowadzić.

Bardzo inspirująca jest historia pewnych dwóch działających w sieci dziewcząt. Bardzo często ją opowiadają aby opisać swoją drogę do sukcesu. Kilka lat temu wpadły na szalony pomysł, aby odbyć podróż do USA w celu zrobienia wywiadów ze znanymi amerykańskimi marketerami internetowymi, których podziwiały.

Podobno nikt nie wierzył, że to im się uda. Zwłaszcza, że z wieloma marketerami nie udało im się przed wyjazdem nawiązać kontaktu w celu umówienia się. Nie znały ich dokładnych adresów. Być może do nich pisały ale nie dostały odpowiedzi, bo taka znana osoba dostaje bardzo dużo maili dziennie. One uparły się, że zaryzykują i zlokalizują ich dopiero na miejscu i w większości przypadków… udało im się to.

Najciekawsza była historia o tym jak to przybyły do Kalifornii do nadmorskiego kurortu, w którym mieszkał jeden z marketerów. Dziewczyny wiedziały, że mieszka w domu przy plaży, ponieważ w swoich wideo często pokazywał jak pracuje z laptopem na balkonie z widokiem na ocean. Jednak sprawa nie była taka prosta.

Miejscowość duża a takich domów przy plaży tysiące. Dziewczyny po kilka razy oglądały jego wideo, które także nagrywał na spacerach. Szukały w tle jakiś znaków np. tabliczki z nazwami ulic. Wszystko wyłapywały. Na ich podstawie oszacowały gdzie może znajdować się ten dom i który to ale nie miały pewności, czy dobrze trafiły. Mimo to pojechały na promenadę w potencjalne miejsce.

Ostatni krok był najbardziej szalony – zrobiły wielki transparent z prześcieradła. Napisały na nim imię i nazwisko marketera oraz, że przebyły tysiące mil aby przeprowadzić z nim wywiad. Rozpostarły transparent naprzeciwko potencjalnych domów. Miały ogromne szczęście. Facet akurat wyszedł na zewnątrz. Widok transparentu był dla niego wielkim zaskoczeniem i pierwszy raz w życiu ktoś zrobił mu taką niespodziankę. Zaprosił dziewczyny do siebie, także na swój balkon, który znały z filmików i z chęcią wziął udział w wywiadzie, który potem każdy mógł obejrzeć. Dziewczyny udowodniły, że szalone pomysły są możliwe gdy jesteś dobrym obserwatorem.

Niby ja sobie tak ti ti ti, ta ta ta żartuję. Robię z perfidnego szpiegowania ludzi w sieci zabawę, którą na dodatek zwieńczam pozytywnym przykładem, happy endem jakby to było takie fajne.

Ale jednocześnie chcę zwrócić uwagę na poważny problem prywatności w sieci i czy w ogóle da się tą prywatność zachować? Chcę zwrócić też uwagę na zagrożenia jakie niesie za sobą ujawnianie pewnych szczegółów ze swojego życia. Wiadomo, że aby przekonać się jak łatwo jest kogoś zlokalizować to sama muszę spróbować to zrobić.

Niestety szukając domu pewnej blogerki znalazłam też… szkołę jej dziecka. Co ciekawe, najpierw zlokalizowałam szkołę a potem dom na podstawie położenia szkoły.

Blogerka pisała, że dziecko ma kilka minut drogi do szkoły i jest to jedna szkoła na dzielnicy. Potem przejrzałam jej inne zdjęcia, na których była jej okolica czy postaci na tle ściany domów, płotów i drzew. Porównywałam do otaczających szkołę ulic i domów.

Na jej kanałach pojawiały się zdjęcia dziecka w mundurku z godłem szkoły. Czasem ona to godło zamazywała. Ale na paru fotach się wymsknęło, bo pewnie nie dopatrzyła lub myślała, że jak strzeli fotę z daleka to nie będzie go widać. Tymczasem same kolory i kształty widać dobrze i dużo one mówią. Znałam już dzielnicę w której mieszka, zatem sprawdziłam w Google co to za szkoła oraz jakie ma godło i już ją miałam.

Dzieci trzeba chronić na ile się da. Owszem, można publikować pewne ich zdjęcia, które nie uwłaczają godności, nie będą powodem do wstydu dla dziecka w przyszłości. Ale na pewno lepiej nie zostawiać żadnych danych dotyczących ich szkół czy przedszkoli. Nie pisać do jakiej placówki chodzi dziecko, i jaką drogą się przemieszcza. Nie fotografować się na tle tablic z nazwą i nie pokazywać żadnych szkolnych symboli.

Nigdy nic nie wiadomo, kto bawi się w lokalizowanie ciebie i twoich dzieci. Pal licho, że robi to tylko ktoś taki ciekawski jak ja. Problem, że tym kimś może być równie dobrze… pedofil.

Może próbować cię namierzyć ktoś, kto ma złe intencje, jakieś porachunki z tobą czy śledzi cię w konkretnym celu, ktoś kto chce coś od ciebie wyciągnąć, ktoś kto cię nęka. Wtedy może się zrobić naprawdę nieprzyjemnie i skończyć sprawą do zgłoszenia na policję.

Jeśli nie masz nic przeciwko znalezieniu twojego domu na mapie to OK. Może w twoim przypadku ukazywanie miejsca zamieszkania ma jakiś cel? Chcesz by znajomi i czytelnicy to wiedzieli. Prowadzisz dom otwarty. Spoko jeśli masz własną firmę, której specyfiką jest przyjmowanie klientów pod jej adresem. Wtedy to wręcz musisz sprawić by adres był jak najlepiej widoczny a wręcz wyskakiwał na pierwszych pozycjach. Jeśli wynajmujesz nocleg, masz konto np. na Airbnb to podanie lokalizacji jest konieczne.

Ale co zrobić jeśli jesteś zwykłym człowiekiem, wrzucającym coś czasem do sieci ale nie chcesz aby Cię znaleziono?

Po prostu chroń swoją prywatność ale w strategiczny sposób.

Aby mieć gwarancję, by zwykły obserwator cię nie znalazł to najlepiej nie używać wcale Internetu ani smartphone ani nie instalować aplikacji mobilnych. Nie robić w sieci nic, nie zakładać bloga ani kont w serwisach społecznościowych. Nie wrzucać żadnych zdjęć, danych i tekstów.

Takie podejście nawet się opłaca, bo problemem nie są jedynie zwykli ciekawscy obserwatorzy. Problemem są wielkie korporacje czy służby specjalne, dysponujące narzędziami które znajdą cię nawet jak używasz Internetu tylko na zwykłym komputerze do wysyłania maili czy nawet gdy nie masz skrzynki mailowej. Dla nich wystarczy sam GPS w twojej komórce czy jakieś jej tajne elementy ułatwiające śledzenie o których nie masz pojęcia.

Czy zastanawiałaś się kiedyś dlaczego aplikacje mobilne, tak przydatne nam w życiu dostajemy za darmo?

Przecież normalnie za wszystko inne co daje nam jakieś korzyści musisz płacić. Czemu aplikacje są wyjątkiem? Przecież jej wyprodukowanie sporo kosztuje. To jest wielki biznes. Na czym zarabiają ich właściciele? Chyba nie na samych wersjach premium i reklamach!

Ich główne źródło dochodu to… sprzedaż twoich danych osobowych. Bardzo szczegółowych.

Dają ci apkę za darmo w zamian za dane, które wręcz od ciebie wyłudzają. Wiesz, że aby taką zainstalować musisz potwierdzić jej dostęp do twojego telefonu. Oni tworzą takie algorytmy, które na podstawie tego co robisz w sieci wykryją twoje miejsce zamieszkania, miejsce pracy czy nauki, miejsca, w których bywasz, poglądy polityczne, status materialny, to ile zarabiasz i ile na co wydajesz, gusta muzyczne, filmowe, żywieniowe, preferencje zakupowe, seksualne, spędzania wolnego czasu, twój charakter, wartości, cele życiowe, typ ludzi jakimi się otaczasz. Wie nie tylko to, że masz lub nie masz dzieci ale czy planujesz je mieć lub czy aktualnie… oczekujesz dziecka. Algorytm wie o tobie więcej niż twoja rodzina.

Jako zwolenniczka bezwarunkowego dochodu podstawowego uważam, że skoro oni namawiając nas zwykłych ludzi do częstego spędzania czasu w sieci biorą od nas te dane i wykorzystują w celach komercyjnych to powinni nam to przynajmniej WYNAGRODZIĆ PIENIĘŻNIE. PRAWDZIWYM PIENIĄDZEM. Nie wirtualnie jakimiś coinami i punktami czy gównianymi gratisami, bonami, zniżkami. Nie mam na myśli zapłaty za kliknięcia w reklamy jakie ludzie publikują na kanałach np. YT czy za współprace blogowe które musisz sobie wywalczyć i większości się to nie uda. Tylko tak po prostu… za to, że jesteśmy, za nasz czas w sieci i za to cokolwiek w niej robimy, że cokolwiek do niej wrzucamy. To też nasza praca i wygląda na to, że odbywa się dla kogoś… za darmo. Ponownie powiem z grubej rury:

NAM SIĘ NALEŻY!

Niestety to mrzonka, bo robione jest wszystko tak, aby pieniądze uchodziły od biednych do bogatych, abyśmy robili dla nich za darmo a w podzięce dostali jedynie… zabawkę. Taką apkę która niby uczyni nasze życie ciekawszym.

Sama nawet myślę, że gdybym w końcu zdobyła jakąś normalną fizyczną pracę na miejscu od godziny do godziny, na dobrej umowie to z braku czasu (no bo jest jeszcze rodzina, dom, hobby i sen) pierdzielnęłabym te wszystkie internety i smartphony. Zamknęłabym swoje blogi i profile w social media. Nie pokazywałabym się w nich więcej aż wirtualnie przestałabym istnieć na rzecz prowadzenia spełnionego życia w realu.

Tymczasem nie mając zatrudnienia zmuszona jestem do używania Internetu w celu jego szukania – czyli wklepywania swoich danych o wykształceniu, doświadczeniu, językach itd. do niezliczonych formularzy online (nuda, że aż rzygać się chce!). Tymi danymi też handlują i mają one dla nich wielką a wartość. Albo pokazania się czy stworzenia czegoś swojego w sieci by mieć jakieś „zajęcie” i promowania tego w social media.

Słyszałam kiedyś opinię, że Internet to ma być taka zastępcza rozrywka, w którą… wpycha się bezrobotnych. Podczas gdy miejsca pracy dla zwykłych ludzi się likwiduje i zastępuje algorytmami, bo pracują wydajniej niż człowiek. Nowych miejsc nie tworzy.

W przyszłości zatrudnienie dostępne ma być tylko dla specyficznych, najbardziej wykwalifikowanych mniejszości czyli najlepszych z najlepszych. Albo dla taniej siły roboczej za miskę ryżu. Natomiast cała reszta zbędnych ludzi ale mających jeszcze jakieś ambicję i godność – won bawić się do Internetu w zamian za gratisy, klikać bezmyślnie w smartphony i… oddawać nam swoje dane!

No dobra. Jeśli jednak chcesz coś aktywnie w tym Internecie robić i uważasz że mimo to warto to co możesz zrobić, by nie można było zlokalizować twojego domu na mapie?

Możesz po prostu działać ANONIMOWO.

Mówi się, że aby się wybić w sieci i mieć wielu obserwatorów musisz pokazać swoją twarz i to kim jesteś, bo tylko wtedy ludzie ci zaufają. Aby komuś wierzyć muszą mieć pewność, że on istnieje.

BZDURA!

Jako anonim także możesz się wybić i to całkiem wysoko. Możesz zyskać tysiące zaangażowanych fanów. Możesz zdobyć ich olbrzymie zaufanie, na tyle że twoi fani będą radzić się ciebie, uważać za autorytet w danej dziedzinie, wysyłać ci bardzo osobiste i szczere wiadomości, w których sami obnażą się ze swojej prywatności.  

Być aktywnym w sieci anonimowo to pokazywać jedynie to, w czym się specjalizujesz, co oferujesz, swoje pasje, wyroby, twórczość, miejsca, opinie. Za to nie pokazywać o sobie jako człowieku absolutnie NIC.

Podać tylko swoje imię ale nic więcej lub nawet nie podawać imienia. Możesz chociaż ujawnić swą płeć dla określenia się w konkretnej niszy. Tego skąd jesteś w żadnym wypadku. Niech nikt nie zna twojej twarzy, nawet ci, co z tobą mailują. Nawet jak masz swój fanpage to spraw by nikt przy okazji nie wykopał twojego prywatnego profilu, który możesz pozostawić pusty pod fikcyjnym nazwiskiem czy zdjęciem. Jeśli robisz zdjęcie czegoś to tak aby nie były na nim widoczne nawet sama twoja ręka czy cień.

Anonimowo też można osiągnąć sukces w sieci. Dowody na to wciąż widzę na Instagramie.

Obserwuję parę anonimowych kont z pewnej niszy. Mają po kilka lub kilkadziesiąt tys. obserwatorów a pod zdjęciami setki długich sensownych komentarzy i zaciętych dyskusji. Nie wiadomo, kto za nimi stoi. Ujawniona jest tylko płeć i wiadomo, że są to kobiety.

Konta te są bardzo aktywne, publikują ładne zdjęcia, ciekawe i wartościowe treści oraz skupiają zaangażowaną społeczność. Ich działalność oparta jest w 90% na insta stories. Autorki często publikują na nich wiadomości jakie dostają od fanek aby zilustrować nimi tematy jakie poruszają. Dostają ich niezwykle dużo. Z wiadomości tych bije ogromne zaufanie i szacunek do autorek tych kont i szerokie otwieranie się przed nimi.

Fanki często proszą te anonimowe instagramerki o ukazanie chociaż rąbka prywatności. Obiecują, że przez to ich popularność na pewno wzrośnie. One stanowczo obstają, przy swoim, że NIE. NO WAY! Cenią sobie prywatność. Zostanie tak jak jest! Koniec i kropka!

Fajnie, no nie!? Ty wszystko widzisz. Ciebie nie widzi nikt. Możesz nawet sobie grać kogoś innego. Jeszcze masz małe prawdopodobieństwo, że twój dom namierzą.

Czasem żałuję, że nie poszłam tą drogą.

Ale bycie anonimowym też nie da 100% gwarancji, że cię nie znajdą. Przede wszystkim dlatego, że taki popularny anonim wzbudza większą ciekawość. Inni będą jeszcze z większym zacięciem i uwagą szukać kto za tym stoi niż przy osobie podającej prywatność na tacy. Jeszcze bardziej będą patrzeć na detale w tekstach i zdjęciach by znaleźć znaki szczególne okolic zamieszkania. Takiemu anonimowi też może coś nie chcący umknąć a dobry obserwator to wykorzysta.

Mi raz udało się znaleźć prywatny profil na Facebooku jednej takiej topowej anonimki znanej tylko z imienia i kraju zamieszkania. Pewnie myślała, że nikt jej nie odkryje. Wystarczyło, że pewnie odruchowo sama polajkowała swój własny post z fanpejdża pośród setek innych lajków.

Co mnie zaskoczyło, to dużo na profilu było publiczne. Mogłam zobaczyć jej twarz i jakąś część jej życia oraz porównać na ile jest spójne z tym co anonimowo przedstawiała na popularnym koncie. Nie znam jej na tyle dobrze aby oceniać, i tak było za mało udostępnionej informacji ale powiem, że… nie wszystko u niej się ze sobą pokrywało a nawet było sprzeczne. Daty zdjęć na anonimowym i prywatnym, gdzie jedno zaprzecza drugiemu… pokrywały się.

Myślę, że po takim odkryciu kto inny może podjąć się dalszego wysiłku znalezienia jej domu.

Zatem aby utrudnić jego znalezienie trzeba być cały czas uważnym, by nic ci się nie wymsknęło, nigdzie gdzie ktoś mógłby zobaczyć za dużo twoich danych. Trzeba dobrze przemyśleć zanim wrzuci się coś do sieci a także zanim coś polakuje czy zostawi komentarz.

Trudno nie zaznaczyć swojego miasta zamieszkania gdy piszesz o nim blog. W takim razie urwij ciąg informacji i nigdzie nie podawaj nazwy dzielnicy, ulicy czy numeru domu.

Rozumiem, że chcesz pokazywać swoje miasto, swoje otoczenie, bo jest ono fotogeniczne. Uważaj tylko aby nie robić za dużo zdjęć w okolicy twojego domu czy przed nim. Fotografuj trochę dalej, albo takie detale, przy których upewnisz się, że nic nie zdradzą. Unikaj aby pewne szczegóły, charakterystyczne obiekty, tabliczki z nazwami ulic czy napisy na ścianach zbyt często się nie powtarzały. Albo najlepiej by w ogóle ich nie było, bo po tylko jednym zdjęciu można też kogoś znaleźć. Więc nadal 100% gwarancji nie ma. Możesz jedynie szansę na lokalizację ciebie zminimalizować.

Jak wspomniałam, nie publikuj nic gdzie widać cechy i symbole placówki, do której uczęszcza twoje dziecko. Choć tutaj też nie ma pełnej ochrony, bo wtedy musiałabyś pod żadnym pozorem nigdzie nie podawać w jakiej dzielnicy czy rejonie mieszkasz. Dzieci zwykle chodzą do szkół / przedszkoli w sąsiedztwie. Ciekawski bez problemu znajdzie na Google Maps najbliższe placówki w twojej okolicy. Założy, że twoje dziecko może chodzić do którejś z nich. Potem przejdzie do ich stron internetowych.

Uważaj na widok z okna czy sprzed domu. Wiem, że jeśli masz zajebisty to na pewno chciałabyś się nim pochwalić. Trudno jest wtedy powstrzymać się od jego publikacji.

Jeśli nie masz nic przeciwko znalezienia twego domu to w porządku. A jeśli nie chcesz to chociaż celuj aparat tak, aby w kadr nie wchodziły charakterystyczne obiekty z naprzeciwka. Jeśli masz widok na morze, góry, jezioro, park, las, to przytnij trochę tego co jest na pierwszym planie np. inne domy i ulice. Zgadzam się, że to już nie będzie to ale albo chcesz się chwalić widokiem albo ukryć swoją lokalizację.

Nie pokazuj nadmiernie (za pomocą zdjęć, wideo, stories, zaznaczonych lokalizacji, aplikacji) gdzie regularnie chodzisz, do jakich miejsc, jakimi trasami biegasz. Nie powtarzaj za dużo tego samego i nie zaznaczaj wszystkiego gdzie co jest jak leci.

Jeśli biegasz czy jeździsz rowerem a chcesz używać aplikacji i rejestrować swoje trasy i wyniki to pozostaw w apce i nie udostępniaj na fejsie czy insta. Jeśli już tak to tylko mapę uproszczoną, nigdy tą szczegółową z nazwami ulic. Mapa uproszczona jak pisałam też nie daje gwarancji. Jeśli twoja aplikacja ma taką opcję jak moja to stosuj raczej nią. Jako tło swoich wyników wybierasz zdjęcie (gotowiec lub takie co nie było robione na trasie), na pokazuje się tylko zarys trasy bez nazw co i gdzie oraz dystans, czas i prędkość.

Jak ktoś zna już twoje miasto i dzielnicę to nawet z samego zarysu ścieżki odczyta gdzie biegasz. Polecam pewną metodę, którą sama stosuję. Nie zaczynaj mierzyć swojego biegu od i do samego domu. Odbiegnij od niego kawałek. Gdy znajdziesz się w pewnej odległości dopiero wtedy włącz rejestrowanie w aplikacji. To samo gdy w wracasz. Wyłącz ją wcześniej niż dobiegniesz do domu. Zaczynaj i kończ swój bieg za każdym razem w innym miejscu. Nigdy pod domem.

To co piszę to być może żadna nowość. Na pewno wszyscy wiedzą, że czyjeś miejsce zamieszkania da się tak po prostu znaleźć. Są tacy aktywni w sieci, którzy mimo że coś tam o sobie pokazują to jednocześnie się przed tym skutecznie chronią. Tak umiejętnie manipulują swoją prywatnością, że nawet jak dużo u nich widzisz to gdzie mieszkają tak łatwo nie znajdziesz. Jak chcesz być w Internecie to po prostu musisz znaleźć sobie odpowiednią strategię. Ustalić co pokazujesz, a czego nie. Poza tym w sieci możesz też grać kogoś innego i niekoniecznie podawać prawdziwe informacje.

Możesz przez to obrócić kota ogonem.

Wyszłam z założenia, że niby ten co szuka czyjegoś domu ma świetną zabawę. Tymczasem tą zabawę możesz mieć również ty, co się chronisz. Możesz nieźle wyrolować ciekawskiego, publikować takie dane, które go po prostu zmylą. Biedaczek będzie tak sobie szukał, szukał i nie znajdzie. Albo będzie mu się wydawało, że znalazł lecz to nie będzie twój dom.

Sama zastanawiam się też czy wystarczająco chronię swoją lokalizację i czy też ktoś przypadkiem nie znajdzie gdzie mieszkam. Postanowiłam zweryfikować to co pokazuję i czy treści te mają w sobie jakieś wskazówki.

Przecież działam w sieci, publikuję sporo o sobie, nie jestem anonimowa, znacie mnie z imienia i nazwiska. Wrzucam zdjęcia mojego miasta, ponieważ jest ono ciekawe, zabytkowe, historyczne, ma wiele malowniczych zakątków wartych pokazania. Moi stali czytelnicy dobrze wiedzą w jaki mieście mieszkam i z jakiego pochodzę a nowi wyszukają z łatwością. Poświęcam mu dużo na mym blogu, ponieważ ta część z Was, która interesuje się Hiszpanią i przyjeżdża tu na wakacje po prostu interesuje się nim.

Pokazuję zwykle obiekty turystyczne ale nie mieszkam w ich sąsiedztwie. Od mojego domu jest do nich spory kawałek. Fakt, wrzucam czasem zdjęcia z mojej dzielnicy z których chyba można się trochę rozeznać. Ale też nie były one robione blisko domu. Zauważyłam, ze na paru zdjęciach rzeczywiście oznaczyłam swoją dzielnicę.

Kto zna język hiszpański może wyciągnąć nazwę mojej dzielnicy z fanpejdży pewnych lokalnych organizacji czy firm. Parę razy brałam udział w konkursach i wydarzeniach przez nich organizowanych, które wiązały się z udostępnianiem w social media. Jak ktoś odkryje moją dzielnicę to może przełączyć na podgląd ulicy i zrobić sobie wirtualny spacer. Jednak uważam, że nigdzie nie pokazałam gdzie dokładnie jest mój dom a na moich zdjęciach z dzielnicy nie ma punktów odniesienia, które mogły by na niego naprowadzić.

Zawsze zwracam uwagę czy nie weszła mi w kadr tabliczka z nazwą ulicy. Jeśli coś już wejdzie to obcinam lub zamazuję.

Widoki z moich okien nie są na tyle zajebiste aby nimi się chwalić. Dobra raz wrzuciłam na tą najbardziej przestrzenną stronę ale zrobiłam zoom by pokazać to co jest w oddali. To co jest bliżej nie weszło w kadr, więc chyba z niego nikt się nie domyśli. Widok z innego okna zasłania mi drzewo. Fotografowałam to skupisko liści, które wręcz mi do okna wchodzi ale przez to nie widać co jest za nim. Z drugiej strony zdradziłam, że mam przed oknem drzewo, więc ktoś… cholercia ….może szukać jakiegoś drzewa na mapie i dotrzeć do mnie po nim.

Widoków z pozostałych okien nie publikowałam, bo chcę zachować nie tylko moją prywatność ale także moich sąsiadów zna przeciwka.

Zastanawiam się czy w miarę odpowiednio ustawiłam swoje dane i zdjęcia tak aby nikt mnie po nich nie znalazł. Jednak jestem świadoma, że są ludzie bardziej spostrzegawczy niż nam się wydaje.

Jeśli ciebie też interesuje szukanie innych to w takim razie… spróbuj znaleźć mój dom. Następnie napisz do mnie (prywatna wiadomość) i pokaż gdzie według Ciebie jest. Ja odpowiem Ci czy dobrze trafiłeś.

Jeśli źle trafisz to dalej już Cię nie naprowadzę. Pozostaniesz w nieświadomości, bo to ty masz szukać. Ja mam ci uciekać.

Jeśli dobrze trafisz to fajnie gdybyś mi opisał jakimi wskazówkami się kierowałeś i skąd je wyciągnąłeś. To da mi do myślenia gdzie powinnam była się zabezpieczyć i na co uważać.

Jeśli dobrze mnie zlokalizujesz i to wszystko opiszesz wyślę ci w nagrodę jakiś drobny upominek turystyczny z mojego miasta.

Tylko wtedy już dojdzie do wymiany adresów i ja siłą rzeczy pierwsze co zrobię to zlokalizuję Ciebie.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, blogerka, grafik, szukająca pracy... jakiejkolwiek, choć fajnie gdyby to była praca marzeń na czas nieokreślony, konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna artystka szuka pracy".

Może Cię zainteresować...