Wejście na Ślężę – górę dobrej energii. Co, gdzie i jak
Podróże nie duże, W Polsce

Wejście na Ślężę – górę dobrej energii. Co, gdzie i jak


Podczas tegorocznego pobytu w Polsce kolejnym kierunkiem mojej podróży lokalnej na kieszeń była góra Ślęża. Jej najwyższy wierzchołek ma 718 m n.p.m i to od niej pochodzi nazwa krainy Śląsk, tutaj jako dolny Śląsk. Masyw Ślęży pamiętałam jeszcze z lekcji geografii. Na jego przykładzie uczyliśmy się o ukształtowaniu terenu. Pamiętałam też ze szkoły, że u stóp góry Ślęży mieszkało słowiańskie plemię Ślężanie, które przybyło tutaj podczas wędrówki ludów i osiedliło się w latach 375 – 700 r. n.e. Było w tej górze coś interesującego. Moim utrwalonym marzeniem stało się wejście na Ślężę, zwaną też Śląskim Olimpem, wchodzącą w skład Korony Gór Polski.

Zdumiewające jest to, że z płaskiego jak decha terenu jakim jest województwo dolnośląskie nagle wyrasta dość spore wzniesienie.

Dopiero kawałek dalej za Ślężą rozciąga się przedgórze sudeckie. Po raz pierwszy zobaczyłam Ślężę z oddali jako dziecko gdy jechałam z rodzicami samochodem do Wrocławia. Przed samym miastem droga wzniosła się ku górze. Ujrzeliśmy jego panoramę a tuż za nią na horyzoncie charakterystyczny masyw górski wyłaniający się zza mgły. Już ze szkoły wiedziałam, że to Ślęża. Pojechaliśmy wtedy w Sudety zdobywać inne szczyty ale o ta samotna góra gdzieś utkwiła we mnie.

Przypomniałam sobie o Ślęży podczas planowania gdzie tym razem pojadę na tzw. „wakacje od macierzyństwa”. Wrocław jest świetną bazą wypadową do położonej u stóp góry miejscowości Sobótka. Dojechać tam można autobusem w niecałą godzinkę. We Wrocławiu mam bliskich przyjaciół rodziny, u których mogę przenocować.

Tak się fajnie złożyło, że równolegle wyprawę na Ślężę zorganizowała grupa blogerek zafascynowana kulturą słowiańską z czasów przedchrześcijańskich.

Tutaj podziękowania za inspirację kieruję do:

Od nich sporo się o niej dowiedziałam i o tym jak zorganizować wyprawę. Ślęża to przecież święta góra Słowian i to dzięki ich dziedzictwu ma podobno dobrą energię.  Dobra energia to słowiańskie legendy, pozostałości po ich osadach, magiczne rzeźby a także przepiękna i różnorodna przyroda oraz moc atrakcji, którą góra oferuje turystom.

Absolutną podstawą aby dowiedzieć się więcej od samej Ślęży i zdobyć informacje turystyczne jest ta oto strona: http://www.sleza.sobotka.net/.

U podnóża masywu leżą miejscowości Sobótka, Będkowice, Sulistrowice i Sulistrowiczki należące do Gminy Sobotka. W Sulistrowicach znajduje się malowniczy zalew, nad którym pewnie zatrzymałabym się gdybym miała więcej czasu lub została dzień dłużej. Jak będziesz to zwróć na niego uwagę.

Z którejś z tych miejscowości rozpoczynasz wędrówkę na szczyt. Jeśli nie jesteś samochodem to najwygodniej dojechać autobusem z Wrocławia do Sobotki.  Autobusy linii 522 odchodzą z wrocławskiego dworca autobusowego praktycznie co godzina. Trasę obsługuje firma POLBUS. Bilet normalny kosztuje 7 zł. W niektóre dni, choć rzadko jeżdżą też autobusy do Sulistrowic. Rozkłady jazdy można znaleźć w Internecie.

Masyw Ślęży składa się z trzech najwyższych wierzchołków: Radunia (573 m.n.p.m.), Ślęża (718 m.n.p.m.) i Wieżyca (415 m.n.p.m.).

Ślężę od Raduni dzieli Przełęcz Tąpadła natomiast od Wieżycy Przełęcz Dębowa oraz Przełęcz pod Wieżycą pomiędzy szczytem Gozdnica (318 m.n.p.m.). Radunia znajduje się obok Sulistrowiczek a Wieżyca od Sobótki. Całość stanowi Ślężański Park Krajobrazowy.

Celem turystów jest przeważnie wejście na najwyższy szczyt Ślęża. Prowadzi na niego kilka szlaków pieszych wędrówek dość dobrze oznakowanych:

  • Szlak czerwony. Z jednej strony szczytu Ślęży wychodzi z Sobótki z drugiej z Sulistrowic. Jest on dość stromy, wąski i praktycznie cały czas ostro pod pnie górkę lub z górki przez las. Droga jest bardzo kamienista.
  • Szlak żółty. Z jednej strony szczytu Ślęzy wychodzi z Przełęczy Tąpadła (choć wcześniej z miejscowości Jędrzejowice za Radunią) a z drugiej z Sobótki poprzez przełęcz pod Wierzycą i na Wieżycę. Jest on dość szeroki łagodny, z ziemi i kamieni. Najczęściej uczęszczany. Nie próbowałam ale niektórzy mówią, że od strony Przełęczy Tąpadła można nim wjechać z wózkiem z dzieckiem na dobrych resorach.
  • Szlak niebieski. Z jednej strony szczytu Ślęży wychodzi z miejscowości Przemiłów, prowadzi przez Wzgórza Oleszeńskie, Przełęcz Słupicką, wierzchołek Raduni, Przełęcz Tąpadła a z drugiej strony szczytu Ślęży z miejscowości Górka Najbardziej malowniczy i różnorodny, stopnień trudności i mijana przyroda zmienia się w mgnieniu oka.

Dodatkowo są jeszcze szlaki nie prowadzące na szczyt lecz okalające masyw dookoła. Często korzystają z nich biegacze i rowerzyści górscy.

  • Szlak czarny. Dookoła szczytu Ślęży, zapętla się na Przełęczy Tąpadła i przełęczy pod Wieżycą.
  • Szlak zielony. Prowadzi poprzez cały masyw i pod szczytami.

Jest także cała masa ścieżek przyrodniczo – dydaktycznych i archeologicznych. Po drodze można zobaczyć kamienie i słowiańskie rzeźby, potoki i źródełka.

Myślę, że jeden dzień a mianowicie czas pomiędzy rannym a popołudniowym czy wieczornym autobusem do Wrocławia wystarczy aby obejść najważniejsze punkty.

Ja byłam na kawałkach trzech głównych szlaków. Wyruszyłam pieszo z Przełęczy Tąpadła najpierw żółtym szlakiem. Na pierwszym skrzyżowaniu zamieniłam go na niebieski, którym weszłam na szczyt Ślęży mijając wielkie kamienie zwane Skalne Capki. Ze szczytu schodziłam czerwonym szlakiem. Potem zeszłam na żółty, po którym weszłam na Wieżycę i zeszłam nim do Sobótki. Równie dobrze możesz przyjąć odwrotny kierunek w zależności jaki i skąd masz dojazd czy samochodem czy autobusem.

Powtórzę to co każdy kto był na Ślęży powtarza. Da się iść w dobrych sportowych butach. Widziałam nawet biegaczy, którzy uprawiali jogging na szczyt i w dół.

Zdecydowanie najlepiej zabrać porządne i wygodne buty do trekkingu technicznego. Ślęża to wcale nie taka łatwa górka. Szlaki są strome i całe z kamieni. Na pewnych odcinkach wymagają sporego wysiłku. Łatwo nabawić się odcisków czy się poślizgnąć.

Moją największą obawą było to, że początkowo wybierałam się sama. Mam pewne opory przed samotnym chodzeniem po lesie a masyw Ślęży jest cały porośnięty gęstą i mroczną puszczą. Wiadomo, moja wyobraźnia – dzikie zwierzęta czy po prostu źli ludzie. Niedźwiedzi na szczęście tutaj nie ma. Znane są tylko ze słowiańskich legend oraz obecne na oznakowaniach szlaków. Mówiono mi, że jest tutaj bezpiecznie.

Uspokajało mnie to, że skoro góra jest oblegana przez turystów to pewnie co chwila na szlaku będę się mijać z jakimiś ludźmi. Aczkolwiek przyjeżdżając tutaj w środku tygodnia zdawałam sobie sprawę, że powinno być ich dużo mniej niż w weekend.

Przed wyprawą dzięki sieci znajomych na Facebooku nawiązałam kontakt z przesympatyczną panią Marzeną z Sulistrowic. Z perspektywy czasu wiem, że była to naprawdę świetna decyzja w porównaniu z tym gdybym przyjechała tu bez zawierania miejscowych znajomości. Gdziekolwiek jedziesz warto poznać się z kimś miejscowym co Cię oprowadzi.

Marzena wie bardzo dużo o Ślęży i bierze udział w wielu aktywnościach na rzecz promocji regionu. Zaprojektowała wzory na bawełniane koszulki i torebki z motywem masywu oraz kamiennej niedźwiedzicy gdyż czegoś takiego brakuje w sklepach z pamiątkami. Choć w podobno w niektórych miejscach można je dostać. Ja mam koszulkę i torbę bezpośrednio od Marzeny i uważam by pora aby otworzyła jakiś sklep internetowy.

Wybrałam żywą zieleń, raz – bo lubię, a dwa – wyróżnia się na tle przyrody i gęstego lasu i jest taką latarnią w pochmurny dzień. W dzień mojej wyprawy czyli pod koniec sierpnia rzeczywiście było trochę pochmurno. Nad ranem była mgła, którą produkuje sama góra. Na szczęście nie padało i było ciepło.

Przedstawiona tutaj niedźwiedzica to kultowa granitowa rzeźba jaką spotkasz na szczycie Ślęży. Ma ona na wyrzeźbiony na brzuchu symbol X, który jest znakiem solarnym. Znaleziono ją u podnóża góry w XIX w. i datuje się ją na 700 lat p.n.e. Ponoć to ona daje dobrą energię i posiada magiczną moc. Marzena opowiadała mi historie ze swojego życia, kiedy symbol niedźwiedzicy naprawdę przyniósł jej szczęście. W starożytnej Grecji niedźwiedzica była symbolem bogini Artemidy – opiekunki świata zwierzęcego.

Marzena została też moją przewodniczką. Pokazała mi wiele ciekawych zakątków i weszła ze mną na szczyt. Dojechałam tutaj autobusem do Sobótki. Następnie samochodem Marzeny pojechaliśmy w teren. Zabrała mnie m.in. do rezerwatu archeologicznego prasłowiańskich kurhanów położonych pomiędzy wioskami Strzegomiany i Będkowice. W miejscu tym rozpoczynają się ścieżki przyrodnicze, którymi można dojść do głównych szlaków.

Można tam zobaczyć skansen z rekonstrukcją drewnianych chałup Słowian, w których odbywało się ich codzienne życie i praca. Chałupy są zwykle zamknięte. Otwierają je tylko wtedy kiedy przyjeżdża jakaś wycieczka dydaktyczna. Co znajduje się w środku można podglądać przez okienka. Szczerze, przytulnie się w nich mieszkało.

Idąc w głąb lasu znajdujemy owe kurhany czyli groby przykryte kamieniami. Pasjonaci kultury słowiańskiej czy ludzie żyjący w hippisowskich komunach przyjeżdżają tutaj by świętować słowiańskie obrzędy jak za dawnych lat. Postawili nawet na jednym z kurhanów… znicz.

Marzena opowiedziała mi o obyczajach, jakie tutaj praktykowano oraz organizacji tej społeczności i tradycyjnym podziale ról. U stop świętej góry bardzo ważny był tu zwyczaj pochowku i szacunek dla zmarłych bliskich. Obchodzono oczywiście Noc Kupały czyli nadejście letniego przesilenia, która podobno jak się o niej mówi nie była nocą wielkiej rozpusty gdzie każdy z każdym tylko po prostu bawiono się pozwalano sobie na trochę większą swobodę niż na co dzień. Było to święto radości i pojednania, którego centralnym punktem jest palenie ogniska zwanego Sobótką.

Szczególnie celebrowano tutaj tzw. „postrzyżyny” dla chłopców i „zapleciny” dla dziewcząt gdy dzieci osiągnęły pewien wiek. Dla małych Słowian był to powód do dumy jako symbol wkroczenia w dorosłość. Na celebracji obecna była cała taka wioska.

Chłopcom podcinano kosmyk włosów co oznaczało, że od tej pory z dziecka staje się mężczyzną. Wychodzi wtedy spod opieki matki w opiekę ojca, który uczy syna męskich czynności takich jak polowanie, strzelanie z łuku, rzemiosło itp.

Dziewczynkom pleciono warkocze co oznaczało, że wkraczają w okres dojrzewania. Rozpuszczone włosy u dorosłej kobiety uznawano bowiem za sferę intymną i słowiańska kobieta publicznie pokazywała się tylko z zaplecionymi w warkocz. Rozpuścić je mogła co najwyżej dla męża. Warkocz w tej kulturze można porównać do hijabu noszonego przez muzułmanki.

Są spekulacje czy Ślęża była kiedyś wulkanem. Oficjalnie mówią, że nie. Jednak Marzena tak jak ja zastanawiała się nad uksztaltowaniem tej góry wyrastającej bezpośrednio z równiny. Przecież wyspy wulkaniczne np. Hawaje dokładnie tak wyglądają i erupcja wulkanu podobne wzniesienia. Możliwe, że miliony lat temu gdy kontynenty miały inny układ to dotarło tutaj morze a obecna Ślęża była na nim taką wyspą. Kto wie?

Marzena postanowiła wejść ze mną na szczyt i zaproponowała wejście żółtym szlakiem od przełęczy Tąpadła na następnie zejście na niebieski. Na mapie wydawało się, że z Sulistrowiczek nad przełęcz jest blisko i można dojść na pieszo. Na pewno można ale okazało się, że wcale nie jest tak blisko. Prowadzi tam asfaltowa droga a my dojechałyśmy samochodem.

Przy wyjściu na szlak znajduje się parking. Niewielki. Podobno w weekendy jest cały zajęty a pobocze drogi obstawione autami. Ludzie ciągną tu niczym na festyn i góra staje się miejscem dość wydeptanym przez turystów. Na szczęście tego dnia poza weekendem był mały ruch. Dało się czuć tą dzikość przyrody. Przez większość trasy byłyśmy same na szlaku.

Szlak żółty to najkrótsza i najprostsza droga na szczyt Ślęży. Dlatego korzystają z niego różne pielgrzymki i wycieczki zorganizowane albo w Sylwestra suną tu też tłumy poprzez śniegi aby na samej górze powitać nowy rok.

Na szczycie znajduje się kościół. W latach 80 – tych proboszcz parafii w Sulistrowicach postawił wzdłuż całego szlaku drogę krzyżową. Jednak była ona regularnie niszczona przez miłośników Słowian. Uważali, że to niegodne aby droga krzyżowa znajdowała się na świętej dla ich przodków górze. Od tego czasu na drzewach widnieją jedynie niewielkie obrazki ze stacjami drogi – pozostałości lub bardziej minimalistyczna wersja drogi aby nie kusiła wandalów.

Czyżby na Ślęży odbywała się wojna religijna jak przed wiekami? Kościół w końcu też niszczył posągi pogańskich bóstw. Wygląda na to, że jedni i drudzy stosują wzajemny odwet. Tutaj z kolei wyczytałam, że kilka lat temu proboszcz usunął spod schroniska na Ślęży posąg Światowida.

Zboczyłyśmy na niebieski szlak. Poczułam się na nim niczym w magicznym i tajemniczym lesie. Szczerze nie odważyłabym się nim iść gdybym była sama, bo rzadko co mijałyśmy inne osoby. Na szczęście miałam dobre towarzystwo.

Szlak ten jest niczym życie, czyli jest zmienny. Przyroda na każdym kroku Cię zaskakuje i maszerując te kilka godzin nie nudzisz się.

Raz idziesz wąską ścieżką po równym terenie, za chwilę przedzierasz się pomiędzy skałami gdzie musisz myśleć jak postawić nogę. Potem idziesz przez las liściasty, następnie iglasty. Wchodzisz na szeroką drogę niczym autostrada, którą jeżdżą leśnicy i służby porządkowe by za kolejnym zakrętem wspinać się stromo pod górkę po wielkich kamieniach przeskakując górskie potoki. Ponownie idziesz z górki i wpadasz w wąski korytarz bujnej zieleni lub z suchej drogi w błoto. Za nią znowu czekają cię strome kamienie. Co jakiś czas wchodzisz na skałę, z której podziwiasz widok. Gdy schodzisz w dół znajdujesz się w alei drzew wyglądającej jak tunel. Światełko na jego końcu to zielona łąka. Za nią kamienne schody – ostatnie podejście na samą górę.

Normalnie na szczyt idzie się tędy ok 1,5 godz. Ponieważ jak to ja, co chwila chciałam robić zdjęcia czy zbaczać ze szlaku zajęło to nam mniej więcej 3. Najciekawsze było przejście przez głazy porośnięte mchem zwane Skalne Capki. Skąd one tu się wzięły? Legenda głosi, że aniołowie i diabły toczyły ze sobą wojnę. Przylatywały tutaj z wielkimi kamieniami, którymi obrzucali się nawzajem. Wiele skał zostało ułożonych jako schody.

W drodze szukaliśmy wiele ciekawych obiektów np. punktu widokowego z płaskorzeźbą Madonny na skałach Olbrzymkach. Niestety nie udało na nam się jej znaleźć. Jakby ktoś z Was szukał to wygoglowałam, że wygląda ona tak.

Innym ciekawym obiektem był ten układ skał. Marzena zadała mi pytanie, które zadaje każdemu, kogo oprowadza: „Co ci to przypomina?” Każdemu przypominało coś innego. Mi przypomina dinozaura.

Szczyt Ślęży jest dość rozległy i znajduje się na nim wiele obiektów.

Jest tu widoczny z daleka maszt radiowo – telewizyjny wysoki na 136 m. należący do Radiowo Telewizyjnego Centrum Nadawczego Ślęża.

Stoi tutaj także Kościół Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny należący do parafii w Sulistrowicach. Otwierany jest jedynie w niedzielę lub podczas pielgrzymek. Ma on punkt widokowy na dzwonnicy, gdzie wstęp jest płatny. My jednak nie skorzystałyśmy. Kiedy dotarłyśmy na szczyt kościół był już zamknięty, choć jeszcze w drodze słychać było dzwony co znaczyło, że był tego dnia wcześniej otwarty.

Kościół ten został wzniesiony na miejscu ruin dawnego zamku piastowskiego księcia Bolka II Małego, który przetrwał do XV w. Możnowładca i palatyn Piotr Włostowic przegonił stąd słowiańskich pogan i sprowadził zakon Augustynów.  W latach 1698 – 1702 zbudowano tutaj świątynie i klasztor. W 1834 r. świątynia spłonęła na skutek uderzenia piorunem i została odbudowana w 1852 r. Na murze kościoła można spotkać dwa marmurowe Wrocławskie Krasnale stylizwane na turystów gorskich. Dotarły nawet tutaj.

Ale jak nie wieża kościoła to jest przecież obok o wiele wyższa 12-metrowa żelbetowa wieża widokowa stojąca na Skałach Zbujnickich. Zbudowano ją jeszcze przed II wojną światową do celów kartograficznych. Na nią możesz wejść za darmo. Wieża ta ma 3 piętra i trzeba wspiąć się na nią po drabinie przez wąskie otwory w stropach. Dlatego polecam wejść bez plecaka. Dla mniej odważnych wejście na nią może być stresujące. Sama odważyłam się wejść jedynie na 2 piętro. Na ostatni nie mogłam. Lęk wysokości i wiatr. Jednak widok był niesamowity. Widać stąd bardzo dobrze Sudety. Szkoda tylko, że niebo się wtedy zachmurzyło.

U podnóża kościoła stoją dwa obiekty z dwóch różnych kultur. Jest tu Krzyż Milenijny postawiony w 2000 r. oraz starożytna rzeźba kultowa słynnej niedźwiedzicy ze znakiem solarnym (trzeba się schylić i dotknąć jej brzucha by go zobaczyć). To właśnie przy niej najchętniej fotografują się turyści.

Na szczycie jest też wielka polana, na której słowiańscy poganie odprawiali swoje religijne rytuały. Teraz turyści przynoszą tu kiełbaski i robią sobie grilla na ogniskach albo przyprowadzają tu swoje psy.

Jest tu przede wszystkim zbudowane w 1908 r. schronisko (Dom Turysty PTTK) im. Romana Zamorskiego – poety, tłumacza i folklorysty z epoki romantyzmu. Przy wejściu wisi tablica z jego wierszem ku czci Ślężańskich Słowian.

Wiedząc, ze jest tutaj takie schronisko zakładałam, że zjem sobie w nim posiłek a gdybym z jakiś powodów nie wyrobiła się w czasie to w nim przenocuję. Marzena mi jego nie polecała i miała rację, gdyż było dokładnie takie jak z jej opisu.

Masz wrażenie, że zatrzymał się w nim czas. Wystrój wciąż jak zza czasów PRL-u ewentualnie niczym z serialu „Miasteczko Twin Peaks”.

Wielkie kiczowate stoły i ławy z lakierowanych kawałków pni drzewa. Jakieś rogi jeleni na ścianie. Stare, śmierdzące kible gdzieś w bocznym korytarzu kompletnie nie remontowane ze spłuczkami na łańcuchu.

Menu w bufecie również niezmienne od lat. Wybór jest bardzo „bogaty”. Posilić się tu można fasolką po bretońsku, flaczkami czy barszczem ukraińskim. To ostatnie sobie zamówiłam i jednak nie jest to co lubię najbardziej. Herbata jest ok a kawa dziwna w smaku. Jest tu sklep z pamiątkami. Można tutaj dostać słowiańskie wino „Sabat” z winogron zbieranych u podnóża Ślęży, które akurat polecała na blogu Monika. Przybić możesz też sobie pieczątkę turystyczną.

Co do noclegów to już nie ma takiej możliwości. Są jakieś problemy z doprowadzeniem wody. Brakuje dofinansowania. Więc wyższe piętra schroniska stoją puste.

Na szczycie rozstałam się z Marzeną, która musiała wrócić na dół do samochodu i dalej chciałam już sama zejść czerwonym szlakiem do Sobótki na autobus do Wrocławia. Trochę się obawiałam bo to była decyzja aby iść sama przez las. Ale się w końcu odważyłam. Przez większość drogi byłam na szlaku zupełnie sama. Nawet nie miałam jak się oglądać na boki, bo zejście było tak strome a kamienie śliskie, że trzeba było patrzeć pod nogi.

Mijałam co jakiś czas innych turystów. Na Ślęży tak samo jak w wyższych górach panuje zasada uprzejmości aby mijając się witać nawzajem. Z oddali zauważyłam, że grupa turystów zbiera się gdzieś na poboczu szlaku. Dopiero po powrocie zaglądając do Internetu chcieli poszukać innej drogi o której nie miałam pojęcia.

Było też paru biegaczy, których joggingiem było wbiegnięcie na szczyt. Raz przede mną niespodziewanie z lasu wyjechał rower i przeciął mi drogę. Musiał pędzić po okrężnym czarnym lub zielonym szlaku dookoła szczytu.

Spotkałam też kolejną kultową rzeźbę – Postać z Rybą i niedźwiedziem zamkniętą w klatce jako ochrona przed zniszczeniem. Legenda głosi, że przedstawia ona kobietę niosącą ryby zakupione w Sobótce do zamku na Ślęży. Niestety w drodze zaatakował ją niedźwiedź który zjadł jej ryby i zagryzł też ją. Na ostrzeżenie postawiono ten posąg. Całe szczęście, że Ślężańskie miśki istnieją tylko w legendach.

Zstąpiłam na żółty szlak prowadzący po szczycie Wieżycy. Przed wejściem na nią na Przełęczy Dębowej przygoda ponownie mnie zaskoczyło. Rosło tam wiele karłowatych dębów, które wyglądają jak sad. Na Wieżycy jest masywna wieża widokowa zbudowana w latach 1905 – 07 zwana też wieżą Bismarcka mająca 15 m wysokości. Wstęp na nią jest płatny. Tylko w momencie kiedy dotarłam była już zamknięta.

Z Wieżycy stromą i kamienistą drogą zeszłam do Domu Turysty pod Wieżycą gdzie mogłam się posilić herbatką. Obok niego jest fajny parki linowy dla dzieci. Stąd asfaltową drogą miałam już rzut beretem do Sobótki.

Pamiętam, że tego samego dnia, kiedy zdobywałam Ślężę miał miejsce dramat w Zakopanym. Piorun śmiertelnie raził kilkoro ludzi na Giewoncie o czym dowiedziałam się później. Nie wiem co bym zrobiła gdyby zastała tam nas burza. Na odkrytej przestrzeni niedobrze a także w lesie źle.

W każdym razie jestem ze zdobycia tego szczytu zadowolona. Gdybym miała na to więcej czasu lub dwa dni, to pewnie obeszłabym wszystkie szlaki. Przekonałam się, że to góra wielu dróg i atrakcji i to też dlatego emanuje dobrą energią.

Kolejny dzień przeznaczyłam na zwiedzanie Wrocławia, w którym dawno nie byłam. Miło było wjechać windą na 49 piętro apartamentowca Sky Tower i zobaczyć Ślężę na horyzoncie już z drugiej strony. Wtedy z satysfakcją czujesz, że spełniłaś kolejne podróżnicze marzenie z naszej pięknej Polski. Teraz pora na kolejne. Może to co jest dalej za Ślężą czyli Sudety, Karkonosze i Śnieżka?


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, blogerka, grafik, szukająca pracy... jakiejkolwiek, choć fajnie gdyby to była praca marzeń na czas nieokreślony, konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna artystka szuka pracy".

Może Cię zainteresować...