Praca czy bycie z chorym dzieckiem? Nie masz wyboru, chyba że dadzą ci coś co się należy
Lepsze jutro, Samo życie

Praca czy bycie z chorym dzieckiem? Nie masz wyboru, chyba że dadzą ci coś co się należy


Jesteśmy w porze jesienno – zimowej. Przed nami kolejne minimum pół roku zimna, pluchy, mniejszej ilości słońca, kilku warstw ciuchów oraz gwałtownych zmian temperatur. To też czas roku szkolnego. Nasze dzieci chodzą do żłobków, przedszkoli, szkół. Mają zorganizowany swój rytm dnia oraz rozwijające zajęcia pod okiem opiekunów i nauczycieli. Rodzice w tym czasie mogą spokojnie zająć się tym co robią na codzień np. ci, którzy są zatrudnieni iść do pracy.

Niestety ma to skutek uboczny. W tych placówkach są inne dzieci. Co za tym idzie?

Ciągłe przeziębienia i choroby. Bóle gardła, kaszel, katar, gorączki, anginy, zapalenia płuc, oskrzeli, ucha czy grypy żołądkowe co niszczą jakość życia.

Gdy latem tego roku oznajmiłam dzieciatym znajomym, że mój synek po raz pierwszy idzie do przedszkola to uśmiechnęli się ironicznie. Na znak, żebym przygotowała się na to co mnie czeka i że to jest nieuniknione.

Najczęściej jest to jedna choroba za drugą równo przez te całe zimne pół roku a nawet dłużej. Ledwo co się wykurowało to znowu coś bierze. Zarówno nasze pociechy jak i nas. Wszyscy zarażają się od siebie nawzajem. Każdy kto ma dzieci to dobrze zna.

Choćbyś najlepiej jak mogła dbała o zdrowie swojej rodziny i o zdrową żywność, hartowała, organizowała ruch na świeżym powietrzu, prowadziła higieniczny tryb życia, dokładnie myła ręce, dawała witaminy, najlepsze preparaty na uodpornienie, zarówno naturalne metody domowe, które ludzie polecają sobie jak i leki czy suplementy z aptek, ze sklepów zielarskich, ze sprzedaży bezpośredniej, rekomendowane przez lekarzy powstałe w oparciu na najnowocześniejsze badania naukowe na bazie starannie wyselekcjonowanych naturalnych składników to i tak… nic nie wskórasz.

Nie ma szans aby cokolwiek cudownie sprawiło, że odporność twojego dziecka i twoja będzie tej zimy z tytanu. Nic nie zagwarantuje uniknięcia chorób i przeziębień.

Choćbyś walczyła zacięcie i konsekwentnie to niestety, wirusy i bakterie zawsze będą wygrywać nawet jakbyś bombardowała je czym się tylko da. Choćbyś budowała nie wiadomo jak silne „pole ochronne” to zawsze jakieś zarazki się przedostaną do organizmu.

W tym okresie ludzie polecają sobie nawzajem różne sposoby? Tylko czy któryś z nich okazał się w 100% skuteczny? Chyba raczej nie skoro równolegle wszyscy narzekają jacy są chorzy i jak bardzo cierpią. Może dla jednostek coś tymczasowo zadziała, ale dla większości wszystko będzie picem na wodę.

Może jakiś wyjątkowy przypadek chwalić się, jakim to on jest bohaterem, bo jest uodporniony. Da się? No da się! Zrób to co ja zrobiłam a twoja rodzina będzie okazem zdrowia cała zimę. Potem ta „uodporniona” na wszystko osoba jedzie po innych chorowitych, że pewnie robią coś nie tak.

Ale tak naprawdę nie wiemy co mu tę odporność dało. Ta osoba może nawet sama nie wiedzieć, bo tego nie da się tak łatwo sprawdzić.

Cóż, zwykle tym jedynym sposobem są… dobre geny, szczęście i nic więcej.

Jeśli na kogoś coś zadziała to wcale nie znaczy, że tak samo pomoże drugiemu. Bo tak jest i już. Przeważnie nie zadziała. Raczej nie polecam nastawiać się optymistycznie gdy zaczynamy stosować nową metodę.

W tym roku dałam się nabrałać. Przekonałam się, uwierzyłam, że też mogę…

Pewien probiotyk rekomendowany przez topowe blogi (podobno nie dlatego że był to wpis sponsorowany tylko, że naprawdę uzdrowił całą rodzinę) i naszpikowany samymi pozytywnymi opiniami w sieci u mnie można rozwalić o kant dupy.

Miał doskonale uodpornić. Taaaa!

Może znasz to? Zaczynasz stosować coś nowego pełna nadziei i optymizmu. Masz wrażenie, że widzisz już pierwsze efekty… uważaj… to tylko złudzenie, bo wciąż jesteś na początku.

Ja i mój syn stosowaliśmy regularnie, według wskazań. I co? Absolutnie nie widzę żadnej różnicy a nawet jest jescze gorzej. Zaczęła się jesień, zaczęło się przedszkole a my chorujemy tak samo jak zawsze chorowaliśmy. Przeziębienie za przeziębieniem. Mimo że jemy zdrowo, dobrze się ubieramy, jesteśmy aktywni i myjemy ręce.

Szkoda mi jedynie wydanej kasy, ponieważ preparat jest dość drogi.

Czyżby medycyna nie umiała poradzić sobie ze zwykłą grypą? Z pewnością byłaby w stanie. Tylko grypa to największy biznes na świecie. Całkowite wyleczenie z niej i wzmocnienie odporności jest nieopłacalne.

Wciąż namawia się nas do zakupu nieskutecznych preparatów mamiąc obietnicami, że jak będziemy regularnie stosować to być może zadziałają. Albo takich co przynoszą ulgę ale na krótką metę. Mam na myśli zarówno to co pochodzi z koncernów farmaceutycznych jak i z przeciwstawianych im cudów matki natury. To jeden i ten sam biznes. Jedno i drugie można wsadzić do jednego wora pod względem dymania naszego zdrowia i portfela.

Dziecko może już zachorować od pierwszego dnia w przedszkolu. Gdy jest źle musi zostać w domu a rodzic wraz z nim, co skończy się na tym, że sam się zarazi i rozchoruje. Często odkładając na później inne zobowiązania, bo teraz chore dziecko jest priorytetem.

Ja wprawdzie mogę sobie pozwolić na ten „areszt domowy”. Choć to, że nie mam pracy (nie z wyboru) wcale nie znaczy, że nie mam innych planów i ważnych zadań do zrobienia, które teraz diabli wzięli. Przez choroby wiele pilnych spraw leży odłogiem.

W takiej sytuacji wyobrażam sobie co czuje matka zatrudniona. Nie każda może liczyć na pomoc babci a o opłaceniu niani nie wspominając. Ona albo jej mąż (w zależności jak się podzielą obowiązkami) zmuszeni są brać wolne.

Nie znam się dobrze na prawach pracownika, bo nigdy nie miałam z nimi styczności w praktyce. Niby przysługuje zwolnienie na wypadek choroby dziecka, za które masz płacone, ale nie w każdym kraju. Zresztą czas wolnego jest ograniczony. Albo wycina się z urlopu albo bierze się urlop bezpłatny.

Przede wszystkim pracodawcy jest to nie na rękę i nie każdy da wolne. Mówi się, że elastyczny czas pracy to jest to co pozwoli pogodzić ją z macierzyństwem i chorobami dzieci. Ale jest zupełnie odwrotnie niż przy sztywnym etacie. W dobie prekaryzacji pracownik jest często pozbawiany podstawowych praw czy godnych zarobków a dyspozycyjny i produktywny musi być zawsze.

Może raz na jakiś czas pozwolą wziąć wolne, które nie odbije się na stanowisku czy pensji. Ale co jeśli choroba trwa długo lub łapana jest na nowo ledwo po wykurowaniu się? Tak też może być i to nierzadko. U mojego synka co tydzień. U mnie co miesiąc. Wrócić do „normalnego życia” nie ma kiedy.

Wtedy pracodawca pomyśli, że się wykręcasz.

Mało kto uwierzy w tłumaczenia sytuacjami losowymi, co się powtarzają, nawet jeśli to prawda. Zbyt dużo zwolnień może spowodować obcięciem pensji a nawet wywaleniem z roboty. To dlatego matki czy kobiety w wieku rozrodczym są niechętnie zatrudniane.

Firma musi być produktywna, musi dotrzymać zobowiązań, musi zarobić pieniądze więc musisz w niej być. Koniec i kropka. To jest logiczne. A interes pracownika i pracodawcy to zwykle sprzeczność interesów.

Nawet jak szefostwo też ma dzieci i prywatnie mierzy się z tymi samymi problemami ciągłych chorób to raczej nie okaże empatii. Bo firma jest firmą. W firmie oni są szefostwem a nie rodzicami. W firmie się pracuje a nie siedzi przy dzieciach. Gdy chodzi o pracę i pieniądze to nie ma żadnych wymówek. To logiczne!

W takim razie pracuj z domu!

Łatwo powiedzieć, bo to jest kolejny mit.

Nie każdemu uda się znaleźć poważną telepracę za sensowne zarobki.

Przede wszystkim przy każdej pracy potrzebujesz maksymalnego skupienia czy to dom czy biuro. Pomyśl jak chcesz pracować z dzieckiem u boku, które ciągle, kaszle, wymiotuje, ma biegunkę, gile z nosa, rozrabia, brudzi się, wchodzi w każdy zakamarek, płacze, bo coś je boli, chce lub nie chce jeść i przede wszystkim będzie pragnęło Twojej uwagi. Z nosem w komputerze długo nie usiedzisz.

Gdyby praca w domu z dzieckiem u boku była możliwa to te wszystkie blogerki, które sie wybiły i stworzyły własny kobiecy pasjo-biznes nie prowadziłyby swoich dzieci do przedszkola po to by sobie spokojnie w domowym zaciszu, w pidżamie i z kubkiem kawy popracować.

Z tematem pracy w domu najwiekszą ściemę niesie Internet, przede wszystkim kobiece blogi. Wmawiaj innym, że jest to możliwe i kiedy czytelniczki nie widzą…sama tego nie ogarniaj.

Czas na pracę i czas dla dziecka powinien być rozgraniczany dla dobra jednego i drugiego. Dom ma być domem. Miejsce pracy, miejscem pracy.

Pogodzenie macierzyństwa kiedy dziecko choruje z pracą zawodową jest tak samo trudne jak radzenie sobie z chorobami. Jak więc tego dokonać?

Zaglądając na blogi mam – ale takich co piszą szczerze o prawdziwym życiu  – widzę liczne próby odpowiedzi na to pytanie.

Wszędzie przyznają, że jeśli dzieci są zdrowe to jeszcze jakoś się da. Ale gdy w grę wchodzi choroba to (o ile jakaś matka nie ma więcej szczęścia i sprzyjających warunków) jest to prawie niemożliwe.

Wnioski są takie, że trzeba z czegoś rezygnować, na rzecz czegoś co odbije się na którejś ze sfer życia.

Wybieramy pracę. Musimy, bo rachunki same się nie zapłacą. Zarabiamy pieniądze. Ale myślami jesteśmy przy dzieciach, które są w przedszkolu lub pod opieką dziadków czy niani. Mamy wyrzuty sumienia, że za mało poświęcamy im czasu oddając je do jakiejś „przechowalni”. Gdy chorują musimy brać ciągle zwolnienia przez co narażamy się na liczne problemy w pracy.

Wybieramy dziecko. Utrata finansów. Musimy być zależni od kogoś innego, od partnera, rodziny, zasiłków czy czegoś co dorobimy sobie niestabilnymi, tymczasowymi pracami.

Zresztą nie ma coś takiego jak całkowita niezależność. To fikcja. Nawet jak pracujemy jesteśmy zależni od pracodawców a jak mamy firmę to od Rynku i klientów. Jesteśmy współzależni i nie da się być samowystarczalnym w pojedynkę.

Niestety, obecnie pensja jednego członka rodziny nie wystarcza aby wszystkich utrzymać.

Możemy spędzić czas w domu z dzieckiem, ale wtedy mamy poczucie, że się nie realizujemy. To jednak wina trendów które nas ogłupiają. Daliśmy sobie wmówić, że musimy się realizować za wszelką cenę. Zawodowo. Tak więc ludzie się realizują i realizują. Potem dopada ich wypalenie. Daliśmy sobie wmówić, że bycie w domu z dzieckiem to bycie kurą domową i też się frustrujemy przez ten stereotyp.

Przede wszystkim choroby i wszelkie nieszczęścia to sytuacje losowe na jakie nie mamy żadnego wpływu. One po prostu nas dopadają, jakkolwiek byśmy im przeciwdziałali. Musimy je zaakceptować i stawić im czoła na ile możemy.

Powodują, że nasze życie jest zachwiane i stajemy się postaciami tragicznymi we własnym filmie. Cokolwiek wybierzemy – zawsze źle skończymy.

A gdyby tak człowiek mógł zaspokoić chociaż niewiele. Żadnych wygórowanych ambicji, wygód i luksusów. Jedynie podstawowe potrzeby bytowe i czas dla bliskich lub siebie w razie choroby.

Bezwarunkowy dochód podstawowy (BDP). Pewnie zauważyłeś, że często wspominam o idei wypłacania przez państwo konkretnej kwoty np. co miesiąc, każdemu (kto jest obywatelem danego kraju, lub jego legalnym rezydentem). Bezwarunkowo. Niezależnie czy ktoś pracuje czy nie, czy jest bogaty czy biedny, czy wnosi jakiś wkład do społeczeństwa.

Nie trzeba nic przed żadnym urzędem udowadniać aby ją dostać. Przysługuje ona nie jako zwykłe świadczenie czy pomoc socjalna tylko jako prawo człowieka. Prawo do korzystania z majątku wypracowanego przez poprzednie pokolenia. Prawo do bezpieczeństwa finansowego, ponieważ, bez niego nie ma prawdziwej wolności.

Jej wysokość pozwala żyć godnie i udzielać się w społeczeństwie. Ale nie jest to też wielka suma przez którą każdy mógłby rzucić pracę. Chcesz mieć więcej – pracuj. Ale jakby spotkała Cię sytuacja losowa co pracę uniemożliwi nie grozi ci wykluczenie.

Dochód ten ma zabezpieczyć jedynie dwie podstawowe potrzeby: fizjologiczne i bezpieczeństwa. Dopiero mając je zaspokojone można sięgnąć po więcej.

Na całym świecie idea BDP budzi coraz większe zainteresowanie. To dlatego, że jawi się jako jedyny prosty sposób zapobiegania rosnącym nierównościom i prekaryzacji. Podawane są też inne argumenty za. Jednym z nim jest prawo wyboru pomiędzy karierą a wychowywaniem dzieci.

Budzi też wielkie kontrowersje i niedowierzenie, że można o wprowadzeniu czegoś takiego mysleć. Przecież na wszystko musimy sami zapracować. Nie ma darmowych lunchy. Kto nie pracuje, ten nie je.

Na temat BDP powstają liczne artykuły i książki. Np. światowy bestseller „Utopia dla Realistów” Rutgera Bregmana lub rozprawa Macieja Szlindera „Bezwarunkowy Dochód Podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa XXI wieku”, którą obecnie czytam.

Naukowcy prowadzą eksperymenty aby sprawdzić czy ten zastrzyk gotówki wpłynie korzystnie na dane społeczeństwo. Ekonomiści badają jak to sfinansować i jak odbije się to na gospodarce, podatkach, cenach i rynku pracy.

Jestem chyba jedyną blogerką w Polsce, która dużo o tym mówi. Dlaczego? Ponieważ pokazuję prawdziwe życie, bez ubarwień oraz dostrzegam problemy z jakimi mierzą się ludzie, przede wszystkim problemy matki gdyż jestem jedną z nich.

Słucham narzekań na sytuacje, w których człowiek żyje w zawieszeniu, nie mogąc nic zrobić. Jednym z takich problemów jest pogodzenie kariery zawodowej z wychowywaniem dzieci lub wybór jednego bez konsekwencji na drugim. Czasami się da ale też są takie sytuacje, że pogodzić się wręcz nie da.

Jak na razie BDP jest  jedyna idea na zmianę świata, która byłaby w stanie zminimalizować ten problem i z której każdy mógłby skorzystać. Innych na razie nie widzę.

W Polsce już coś się w tym kierunku dzieje, ponieważ mamy program 500+. Bez względu na to czy był on kupieniem sobie głosów przez partię rządzącą, to ogólnie uważam że dobrze że został wprowadzony. To nie jest żadna łaska ze strony państwa tylko wynagrodzenie za ciężką pracę rodziców w wychowywaniu dzieci, za którą, nie wstydźmy się powiedzieć – należy się.

500+ jest wreszcie jakimś konkretnym działaniem na rzecz polityki prorodzinnej, którego brakowało. Wiele rodzin dzięki niemu wreszcie wyszło z biedy. Mogło kupić dzieciom nowe buty czy zapisać na rozwijające zajęcia. To może też być furtka w stronę bezwarunkowego dochodu podstawowego.

Jednak program ma swoje wady i jest niezbyt sprawiedliwy. Po pierwsze, nie przysługuje on na każde dziecko lecz jedynie na te co ma starsze rodzeństwo. Chyba, że przed urzędnikiem udowodnisz swoje niskie dochody.

Przede wszystkim na takie programy konieczne są podatki. Ludzie, którzy ciężko pracują (szczęście, że mają pracę) narzekają, że muszą je łożyć. Obawiają się, że ich pieniądze trafią do ludzi, którzy nie chcą pracować. Trochę ich rozumiem, bo jeśli już zmuszony jesteś te podatki płacić to przynajmniej coś chcesz w zamian otrzymać.

500+ nie każdy otrzyma. Przez warunkowość programu w jednej sferze i bezwarunkowość w drugiej pieniądze te trafiają do rodzin, które spokojnie mogłyby się bez nich obejść a osobom, które naprawdę ich potrzebują się nie należą.

Matka jednego dziecka, bezrobotna ale chcąca pracować lub pracująca na śmieciówce za najniższą krajową albo nie mogąca pracować z powodu choroby nie dostanie pieniędzy, bo dochód jej rodziny przekracza próg o kilkadziesiąt złotych. Natomiast zamożni rodzice z dwójka dzieci, którym się powodzi będą je dostawać.

Pamiętam kiedy ten program został został wdrożony, w gazecie pojawił się wywiad z wielodzietną rodziną z mojego miasta. Obliczono ile to ona dostanie przy takiej ilości dzieci. Rozmawiałam z osobą, która tę rodzinę zna. Mówiła, że im nigdy nie brakowało i bez tych pieniędzy też by sobie poradzili. Dzieciaki jeszcze przed 500+ chodziły na wiele dodatkowych zajęć, bo rodziców było stać.

Właśnie ta warunkowość i niesprawiedliwość świadczeń sprawia, że ludzie szczują na siebie i się demoralizują. Ktoś coś dostaje za nic i tego nie szanuje. A kto inny na to pracuje i dostaje w zamian niewiele. Tutaj chyba lepiej byłoby gdyby pieniądze przypadały na każdego. Już lepszy byłby program 250+. 250zł ale na każde dziecko, także jedno. Może to mniejsze pieniądze ale trafią do wszystkich dzieci i z tą propozycją PiS też zdobyłby poparcie.

Poza tym gdy mamy jednakowo dla każdego to zarządzanie tym jest prostsze. Mniejsza biurokracja, która przy warunkowych świadczeniach jest przerośnięta, zżera podatki i wprowadza chaos.

Przez tą całą warunkowość zbiurokratyzowanie systemu zabezpieczeń społecznych zawsze znajdują się nieuczciwi cwaniacy, którzy tylko próbują coś z niego wyłudzić. To właśnie najbardziej złości ciężko pracującego podatnika.

Jednak jestem przeciwna szczuciu na ubogie osoby korzystające z 500+, wyzywaniu ich od nierobów i życia na koszt podatnika. Jestem przeciwna szczuciu na zależność od państwa, bo jak pisałam ZAWSZE OD KOGOŚ ZALEŻYMY, nawet jak jesteśmy zatrudnieni czy jako osoby pracowite i przedsiębiorcze prowadzimy firmę. Zawsze zależymy od tych którzy nas utrzymują finansowo czy to państwo, czy rodzina, czy szef, czy klienci.

Owszem, będą skrajne jednostki co to przepiją czy nic nie zrobią ze swoim życiem. Będą takie co zrezygnują z pracy. Ale rezygnuje się z pracy tylko wtedy, kiedy uwłaszcza godności, pensje są skandalicznie niskie i stosują w niej mobbing i dymają ze wszystkich stron. Co, mamy godzić się na bycie niewolnikiem? Albo jedyna opcja pracy jaka się ma to taka nie do pogodzenia z macierzyństwem. Czy to coś złego?

Pamiętajmy, że życie się różnie układa, że jedyną pewną jest zmiana. Wielu ludzi zamiast dostawać coś od państwa woleliby sami na siebie zarobić. Ale nie zawsze jest to możliwe z różnych powodów takich jak choroba czy brak ofert pracy.

Lepiej dla nich i całego społeczeństwa, żeby mieli jakieś pieniądze, niż staczali się na margines

Żyjemy w czasach niepewności. Może myślisz, że teraz u Ciebie jest super, masz fajną pracę, zarobki i nic ci nie grozi. Aż tu nagle pstryk i tego nie ma. Jesteś na lodzie. Co wtedy wolałbyś? Przynajmniej grunt pod nogami na czas walki o polepszenie bytu.

Mając podstawowe zabezpieczenie finansowe niezależne od pracy zawodowej można swobodniej dokonywać wyborów.

Rodzina czy kariera? Praca czy studia? Spokojne wyleżenie choroby w domu aż ona minie czy produkowanie się w pracy wraz z nią aby udowodnić że „wszystko się da” ale z narażeniem się na pogorszenie zdrowia? Wszyscy do tego zabezpieczenia dążymy. Tylko niestety wciąż jest ono tylko przywilejem, który trzeba jeszcze sobie wywalczyć a nie prawem.

Poza tym następuje coraz większa automatyzacja pracy, która staje się bardziej wydajna i potrzeba do niej mniej ludzi. Owszem, wyłonią się nowe zawody i stanowiska. Taka kolej rzeczy. Część ludzi się dostosuje i ta część najlepiej sobie poradzi trafiając w grono uprzywilejowanych. Ale co z resztą społeczeństwa? Czy starczy stanowisk dla wszystkich. Wystarczy odwiedzić supermarket by zobaczyć automatyczne kasy. To powinno być pozytywne, bo automaty są po to by nas odciążyć. Ale jak ci zastąpieni pracownicy np. byli kasjerzy mają zarabiać pieniądze? Ok, choćby się przebranżowili np. na programistów to w tym czasie muszą za coś żyć, bo taka zmiana zawodu wymaga czasu niekiedy kilku lat i inwestycji w siebie. Nie ma żadnego systemowego rozwiązania byśmy skorzystali na wyręczaniu nas przez maszyny.

Brak rozwiązania, które zapewniłoby każdemu godne życie, powoduje, że ludzie będą coraz bardziej wkurzeni. Wszelkie niepokoje społeczne, protesty i rewolucje biorą się z biedy, braku perspektyw, wykluczenia i niesprawiedliwości.

Po aspekty ekonomiczne i gospodarcze BDP odsyłam do wspomnianych książek oraz licznych artykułów w sieci. Sprawa finansowania tego dochodu i to że jednym ze źródeł są podatki wciąż budzi wiele wątpliwości. Może napiszę osobny wpis, który będzie zbiorem istniejących już badań i koncepcji jak tego dokonać.

Poprzez mój blog chcę przeciwstawić się stygmatyzowaniu biedy i ocenianiu wartości człowieka na podstawie czy jest zatrudniony, ile zarabia i jak duże płaci podatki.

Człowiek jest wartościowy kiedy szanuje siebie i innych oraz robi coś co wnosi jakąkolwiek wartość w życie. Wcale nie musi to być jedynie zatrudnienie i płacenie podatków.

Czuwanie przy chorym dziecku to przede wszystkim dobry uczynek, za którego spełnienie powinno się nagradzać tak samo jak tych co pracują w dziedzinach, za które płaci im Rynek. Chcę mówić o tym, że wszelkie świadczenia wcale nie muszą być rozrzutnością lecz solidarnością. Oczywiście trzeba dążyć to tego aby były jak najmniej kosztowne i zbiurokratyzowane, ale przede wszystkim by były jak najbardziej sprawiedliwe. W dochodzie podstawowym jak na razie najlepsza opcja to sprawiedliwie po równo. Bez skojarzeń, bo tutaj chodzi o taką równość aby nikt nie utonął.

Bezwarunkowy Dochód Podstawowy

Może ktoś sobie pomyśli co ja tu wypisuję. Pewnie jestem jakąś MADKĄ, która nie radzi sobie z katarem u dziecka i jaśnie pani chce dostawać od państwa kasę za nic.

Z katarem i przeziębieniem można jeszcze jakoś wytrzymać. Choć dużo łatwiej jest dorosłemu niż dziecku co jest niesamodzielne.

Rzeczywiście, niektórzy już przy niewielkich chorobach przesadzają i wpadają w panikę. Ale życie to nie tylko katar. Zdarzają się poważniejsze historie, na które każdy powinien być przygotowany w tym finansowo.

Najepszym przykładem są rodzice opiekujący się niepełnosprawnymi dziećmi. Przez to, że ich ciężki wysiłek przy tym dziecku absorbuje cały czas, nie mają możliwości aby pracować po 8 godz dziennie. Ich zasiłki pielęgnacyjne są głodowe i na dodatek mają zakaz dorabiania. Nie ma gorszej niesprawiedliwości.

Owszem. Nie wypieram się tego, że tak, chciałabym dostawać BDP. Jeśli nie byłoby mi dane znaleźć pracę, to cóż, będę żyć z niego i tyle. Tutaj nawet napisałam co bym robiła gdybym go otrzymywała.  Ale tym samym chcę aby prawo do niego miał każdy.

Właściwie to wolałabym mieć perspektywy by sama na siebie zarobić. Ale skoro ich nie ma, albo choroby dziecka to uniemozliwią, to pozostaje mi wspierać idę BDP. Być może za ileśtam lat wejdzie w życie, bo nie będzie innej opcji.

Czytam dużo na ten temat i zapoznaję się z różnymi opiniami zarówno za jak i przeciw.

Widziałam kiedyś artykuł właśnie z takimi opiniami, w którym różne osoby odpowiadały czym dla nich może być BTD.

Pewien człowiek wypowiedział się, że BDP to dla niego… przestrzeń.

Co ma się przez to rozumieć?

Na skutek ciężkiej choroby zmarła mu bliska osoba. Bardzo to przeżył, nie mogąc się pozbierać. Nie był w stanie normalnie żyć i pracować.

Niestety mimo wszystko musiał się stawić w pracy i w tym momencie nie mógł liczyć na urlop. To tylko odbiło się na jakości obowiązków zawodowych oraz zdrowiu psychicznym. Ale z pracy nie mógł zrezygnować, bo wiadomo – wydatki na życie.

Potrzebował po prostu czasu i przestrzeni dla siebie, tylko po to by móc spokojnie przejść tą żałobę, smutek, tzw. „oczyszczenie” i zająć się formalnościami związanymi z tą śmiercią. Gdy to minie wrócić do codzienności i zacząć pracę na nowo. To właśnie dałby mu BDP.

Jak widzicie, problemy ludzkie, które utrudniają obecność w pracy to nie tylko zwykłe przeziębienie i katar. Każdemu może się zdarzyć, że będzie musiał się zmierzyć z poważniejszymi. Są nimi te naprawdę groźne choroby, z którymi też niestety można przegrać. A śmierć bliskiej osoby to największa trauma, którą po prostu trzeba przetrwać w taki sposób jaki najlepiej odpowiada.

BDP daje po prostu możliwość odłożenia pracy na bok kiedy w grę wchodzi choroba twoja lub dziecka czy jakakolwiek nieszczęśliwa sytuacja losowa. Na czas jakiego ty potrzebujesz.

Bez ryzyka pustej lodówki, niezapłaconych rachunków, braku środków na leki (o ile są to te niezbędne, które jakoś działają). Bez ryzyka pozostania z ręką w nocniku gdy pod twoją nieobecność znajdą kogoś na twoje miejsce i będziesz musiała szukać sobie nowej pracy. Po to, żeby twoje podstawowe potrzeby nie ucierpiały.

Tymczasowe odłożenie pracy na taki moment to nie jest objawem lenistwa. Kto chce i ma gdzie pracować, będzie znowu pracował gdy to wszystko minie. Często w tych momentach musimy podjąć o wiele większy wysiłek niż pracując zawodowo. Robimy to dla siebie ale też dla swoich dzieci i całego społeczeństwa, będąc z bliskimi w trudnych chwilach pogłębiamy więzi.

Przez to, że nie ma rozwiązania by nasz dochód był uniezależniony od pracy cierpią przede wszystkim nasze relacja, które w szczęśliwej rodzinie są podstawą.

Obecnie w wielu rodzinach jest tak, że np. oboje pracują przez większość dnia. Prawie nie widują siebie lub swoich dzieci, które muszą z chorobą wytrzymać pod cudzą opieką. Albo pracuje tylko jedna połówka. Za to druga co zostaje z dziećmi czuje się osamotniona.  A przecież chcemy mieć szczęśliwą rodzinę. Rodzina to podstawa społeczeństwa, która ma być zawsze razem i wreszcie trzeba coś zrobić aby móc „pracować” na jej rzecz poprzez bycie z nią.

Odłożenie pracy aby spędzić czas z rodziną i pomóc jej członkom w chorobie przynosi wymierne korzyści dla relacji i zdrowia, więc pora to jakoś docenić. Nie tylko dobrym słowem czy zachwytem jacy to jesteśmy bohaterscy ale przede wszystkim finansowo.

Spoglądając prawdzie w oczy, szczęśliwi jesteśmy będąc z rodziną ale to jednak pieniądze szczęście nam dają.

Grafika pt. "Katar" jest mojego autorstwa

Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, graficzka, blogerka, marząca także o pracy przy europejskich projektach z dziedziny kultury, próbująca swoich sił jako konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna. Bez wymówek"

Może Cię zainteresować...