Samo życie, Za granicą

Podzielam jego pasję do gór i jak on mam swój Nanga Parbat


Bardzo trudno jest zdobyć szczyt, ale to dopiero początek, bo trzeba jeszcze zejść. Tak samo w górach jak i w życiu.

Już wkrótce minie miesiąc od tragedii Tomka „Czapkinsa” Mackiewicza w Himalajach na 8-tysięczniku Nanga Parbat. Zdarzyła się ona właśnie przy zejściu. Za spełnienie swego największego marzenia mężczyzna zapłacił najwyższą cenę. Nie dane mu było celebrować sukcesu zdobycia szczytu zimą, aż po… siedmiu próbach. Jak pamiętamy Adam Bielecki i Denis Urubko wspomagani przez Jarosława Botora i Piotra Tomala w bazie (nie zapominajmy też o nich) przerwali narodową wyprawę na K2 aby pospieszyć na ratunek jemu i jego partnerce Elisabeth Revol. Po trudnej i bohaterskiej akcji na zabójczej ścianie Kinshofer w nocy przy 40 stopniowym mrozie udało się im uratować tylko Eli. Było już pewne, że więcej nie dadzą rady zrobić. Góra, która stała się Tomka obsesją pochłonęła go na zawsze. Chyba, że latem odnajdą i sprowadzą jego zwłoki.

Gdy dowiedziałam się o wszystkim miałam jeszcze trochę naiwnej nadziei, że może on to przeżyje. Ostatnimi siłami zejdzie i być może znajomi Pakistańczycy z pobliskich wiosek mu pomogą. Polecono mi książkę opisującą taki przypadek pt. „Dotknięcie Pustki” autorstwa Joe Simpsona, który uznany za zmarłego w Andach zdołał się uratować. Z pewnością przeczytam.

Jednak z relacji Eli Revol wynika, że Tomek w zaawansowanej chorobie wysokościowej nie miał najmniejszych szans.

Teraz emocje już opadły. Ale wtedy wydarzeniem tym żyła cała Polska. Historię Tomka i bohaterską akcję ratunkową, poznał cały świat. Sporo pisały o niej hiszpańskie media nazywając Polaków bohaterami.

Za to Internet aż huczał. Znalazła się w nim masa ekspertów od himalaizmu, którzy myśleli, że to takie proste.

Spekulowano też przebieg wydarzeń wyobrażając sobie za dużo jak to pewnie było. Mówiono, że skoro Tomek nie był w stanie samodzielnie zejść to Eli nie mogła nic zrobić. Zatem ratowała się sama. Albo to Tomek świadomy, że to jego koniec dał jej kopniaka, kazał jej się nim nie przejmować i schodzić.

Tymczasem później Revol w obszernym i ciekawym wywiadzie powiedziała, że to rząd pakistański kazał jej zostawić Tomka i ruszyć w dół obiecując, że wyślą helikoptery po ich oboje. Niestety pomocy nie doczekała się, bo wszystko się skomplikowało. Pakistan nie dysponuje profesjonalnymi służbami ratownictwa górskiego, choć powinien. Eli w swej dramatycznej walce o przetrwanie, nie przypuszczała, że to Bielecki i Urubko – legendy himalaizmu po nią idą.

W Internecie lał się hejt raz na Tomka za nieodpowiedzialność raz na narodową wyprawę, że nie poszła po niego. Chociaż wiele osób zabrało głos, aby docenić to co zostało dokonane na ile było można. Aby uszanować pamięć już na pewno zmarłego Tomka i nie radzić innym jak mają umierać.

Dziwiono się po co on się pchał na te 8 tysięcy. Przecież, to wariactwo. Być tam to gorzej niż na biegunie, bo jeszcze wysoko, tak jakby dosłownie „wychodzić” z naszej planety. Przecież właśnie tym mogło to się skończyć. Jak on tak mógł? Kompletny brak odpowiedzialności, bo osierocił trójkę dzieci dla jakiejś szalonej pasji. Po co ci himalaiści się wspinają? Dla jakiejś ambicji by sobie wejść i zejść? Przede wszystkim co im to da?

Tak, wiem że dla niektórych to nie do pomyślenia. Nie każdy musi kochać góry i wspinaczkę. Większość ludzi nigdy nie podejmie się takiego ryzyka.

Jednak są i tacy dla których to ma sens. To odkrywcy, którzy walczą ze swoimi słabościami aby ujarzmić potęgę natury. Na pewno chcą być znani i doceniani za swoje osiągnięcia i mają do tego prawo. Kochają rywalizację, chcą być pierwsi, najlepsi, po prostu być na szczycie własnych możliwości.

A zagrożenie życia?

Owszem, muszą się z tym liczyć. Takie ryzyko niosą sporty ekstremalne. Większość tych co je praktykuje ginie właśnie w ten sposób. Himalaiści w wywiadach mówili, że do każdej wyprawy dobrze się przygotowują i robią wszystko aby bezpiecznie zejść i wrócić do swoich rodzin.

Ludzie którzy nie potrzebują ryzyka i wolą spokojne życie też nie są bezpieczni. Spójrzmy ile ma miejsce wypadków samochodowych. Nie trzeba iść na Mont Everest czy Nanga Parbat aby ryzykować życie.

Kilka dni temu bardzo mi bliska osoba z rodziny wyszła z psem na spacer. Zwyczajnie jak każdego dnia. Po drodze potrącił ją samochód. Miała szczęście w nieszczęściu. Żyje i dochodzi do siebie. Mogło być znacznie gorzej, bo o wszystkim decyduje przypadek. Niestety dla wielu ludzi na świeci podobne sytuacje kończą się tragicznie i rodziny zostają same.

Myślimy, że mamy wpływ na nasze życie. Nie mamy na pewno 100%. W każdych warunkach może się zdarzyć coś, czego nie przewidzimy tak jak w górach załamanie pogody. Nie na wszystko uda nam się przygotować, bo nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić co może się stać. Gdziekolwiek.

Nie wiedziałam o istnieniu kogoś takiego jak Tomek Mackiewicz przed tą całą akcją. Dopiero potem na podstawie wiadomości, artykułów, wspomnień innych i filmów poznałam kim był ten człowiek i z całą pewnością mogę go zrozumieć.

Bo ja podzielam jego pasję do gór.

Uwielbiam góry i zafascynowały mnie od pierwszego wejrzenia (pochodzę z nizin). Jednocześnie wykończyły i nieźle nastraszyły gdy zaczęłam po nich chodzić.

Nie aspiruję jednak do zdobywania bardzo wysokich i trudnych szczytów. Nie wspinam się po stromych ścianach. Nie balansuję nad przepaścią. Himalaistom wręcz nie dorastam do pięt. Ja po prostu uprawiam zwykły trekking i kocham to robić.

Wycieczki górskie to jeden z moich ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu. Gdy tylko mam okazję, zakładam odpowiednie obuwie, w plecak pakuję prowiant i ciuchy na wypadek zmiany pogody i ruszam w drogę. Dla bezpieczeństwa nigdy nie chodzę samotnie.

Bardzo lubię ten wysiłek, kiedy pokonuję jakąś trasę a w nagrodę za to mam wspaniały widok. To jedne z najpiękniejszych krajobrazów na jakie patrzyłam. To są chwile, w których czuję że żyję i doceniam piękno świata. Potem przechodzę ponowny trud powrotu do domu. Wracam mega zmęczona, ale jest to zmęczenie przyjemne. Wtedy to jeszcze bardziej doceniam coś jeszcze. Posiłek z rodziną czy ludźmi z którymi tam byłam i swoje wygodne łóżko.

Góry są dla mnie próbą samej siebie ale też ucieczką od życiowych problemów i porażek, których doznałam już sporo. Idąc szlakiem górskim mogę się totalnie zresetować, zapomnieć, wyżyć. Mogę też zatopić się we własnych myślach czerpiąc jednocześnie energię z natury po czym wrócić do problemu z jeszcze większą siłą aby mu stawić czoła.

„Z twarzą mokrą od deszczu

Przeziębnięty, zmęczony

Od złych rzeczy na dole

Jesteś mgłą oddzielony.

Tam na dole zostało wszystko

Wszystko to co cię męczy

Patrząc z góry wokoło

Świat wydaje się lepszy”

– KSU „Za mgłą”

Teraz będzie trochę wspomnień z linkami do nich, opisanych na moim pierwszym blogu.

Chodziłam po Tatrach, Sudetach i Bieszczadach. W tych ostatnich dwa razy zaskoczyła mnie noc, dokładnie w momentach gdy nadszedł czas na powrót. W górach marzłam z zimna, gotowałam się w upale lub zmokłam do suchej nitki. Uciekałam przed nadchodząca burzą z piorunami. Bywały sytuacje, że bałam się iść dalej i panikowałam po czym ktoś mi pomógł. A jak było za trudno, to sobie odpuszczałam.

W Hiszpanii przeszłam wiele tras w andaluzyjskich Sierra Nevada. Najwyżej w życiu byłam na szczycie Mulhacen o wysokości 3.479m. Ostatnio próbowałam zdobyć drugą po nim Veletę, na której już leżał śnieg a wiatr tak piździł, że omal co nas nie zdmuchnął. W tym roku planuję ponowne wejście ale gdy śniegi stopnieją. Powiem, że u mnie już na 3-tysięcznikach pojawiają się pierwsze objawy choroby wysokościowej. Dlatego wyżej się raczej nie wybieram.

Ale dzięki pasji do gór rozumiem i ogromnie podziwiam tych wszystkich alpinistów i himalaistów. Myślę, że nawet mogłabym uprawiać ten sport. Pewnie sama byłabym himalaistką… gdyby nie jedno.

Mam zmysł odkrywcy, ciągnie mnie do miejsc niezwykłych. Ale nie mam tyle odwagi co oni i jestem raczej zapobiegliwa. Zawsze wybieram bezpieczeństwo przed ciekawością i mocnymi wrażeniami. Czasem żałuję, że nie potrafię się przemóc. To jest konflikt, który sprawia że nie raz pozbawiam się szansy na ciekawą przygodę.

W górach chodzę zwykle trasami średnimi lub średnio-trudnymi ale nigdy tymi oznaczonymi kolorem czarnym. Lubię aktywność fizyczną ale tylko w bezpiecznych granicach. Boję się, że się poślizgnę i spadnę. Parę razy zaliczyłam w górach blokadę, nie wiedząc gdzie postawić nogę. Musiałam się cofnąć lub liczyć na pomoc kogoś kto mnie ściągnie. Wiem, że za nic nie przeszłabym np. Orlą Percią w Tatrach.

Po prostu znam swoje możliwości i ograniczenia. Zawsze myślałam, że mam bardzo dobrą kondycję. Do czasu.

Chorobę wysokościową – lekkie stadium zaliczam już ponad 3.000 m – sprawdziłam na sobie. Jestem też wrażliwa na zimno. Odmrożenia dostaję już poniżej 10 st. Cierpię na zespół Raynauda i czasem nawet najcieplejsze rękawiczki nie pomogą.

Dlatego jeśli kogoś pociągają góry, to niech najpierw sprawdzi się jak reaguje w różnych warunkach, na różnych wysokościach i przy zmiennej pogodzie. Chodząc po górach, nawet tych w granicach naszych możliwości poznajemy siebie najlepiej i to na ile pozwala nam kondycja. Każdy inaczej reaguje np. na wysokość. Są ludzie bardziej i mniej odporni.

Nie mogąc być himalaistką, pozostaje mi podziwiać tych co te szczyty zdobywają.

Tomek Mackiewicz to był taki górski freak i indywidualista. Miał własny świat. Góry traktował jako ucieczkę od problemów i były dla niego lepszym światem.

Ponoć nie miał stałego zajęcia. Szukał pracy i różnych sposobów by zarobić na swoje wyprawy. Zwracał się do sponsorów. Organizował zbiórki. Jeździł na zarobek do Irlandii gdzie ciężko harował m.in. restaurując zabytkowe samochody. Wykorzystywał środki takie jakie miał. Przez to też uparł się na Nanga Parbat, gdzie wszelkie pozwolenia na wspinaczkę były mniej kosztowne. Może dlatego jego wspinaczka była amatorska. Jednak ostro trenował by być w formie i jak najlepiej się przygotować.

Już samo dążenie do tego, by móc pozwolić sobie na wyprawę było dla niego trudną drogą na szczyt. Ale dobre wiedział dokąd zmierza i był pewny, że to zrobi.

Przede wszystkim dzięki wspinaczce wyszedł z narkomanii. Stare uzależnienie zastąpił nowym.

Bywało, że zbyt unosił się emocjonalnie i nie chciał schować swojej dumy. Czego przykładem była rywalizacja z Włochem Simone Moro – pierwszym zdobywcą Nanga Parbat zimą, który Tomka prześcignął.

Podchodził do gór bardziej marzycielsko i idealistycznie niż praktycznie i pragmatycznie jak ci z wyprawy na K2. Przez to jeszcze bardziej ryzykował. Wielu profesjonalistów ponoć z niego drwiło.

Ostatecznie Himalaje pochłonęły śmiałków z różnym podejściem lecz jednakowo zmotywowanych. One ostro weryfikują każdego. Tam najmniejszy błąd dużo kosztuje i szczęście też odgrywa rolę.

Wyżej w góry się nie pcham, ale tak jak Tomek mam swój Nanga Parbat. Choć on raczej nie jest zabójczy w dosłownym znaczeniu.

Od lat próbuję go zdobyć. Jeszcze mi się nie udało. Dlatego rozumiem nieodparte próby i obsesje Tomka.

Być może brakuje mi lepszego przygotowania, czyli doświadczenia. Owszem, mogę je zdobywać w niższych górach, ale na nie też nie dostałam pozwolenia. Nie mam gdzie trenować, więc wznoszę sobie własne górki.

Napotykam na lawinę, która zmiata moje CV do kosza wraz z setkami innych. Gdy zaprę się i trochę szczęścia mi sprzyja to docieram wyżej. Tam następuje załamanie pogody, którym jest rekruter stwierdzający, że mój profil jest nie do końca tym kogo szukają. Każą mi tą zawieruchę przeczekać. Może jak przejdzie i będzie nowy nabór to mogę ponawiać atak szczytowy. Tymczasem rokowań na poprawę pogody nie widzę.

Odmrożenia to wszelkie utracone nadzieje, gdy obiecywano że zadzwonią a jednak nie zadzwonili. Choć powiedzieli, że się mną interesują, to ostatecznie przyjęli kogoś innego. To utrata optymizmu i lekcja by następnym razem nie oczekiwać za wiele.

Jednak zdobycie szczytu – w moim znaczeniu – znalezienie pracy… to początek tego trudnego schodzenia. Oznacza to wzięcie odpowiedzialności za szansę, którą po tylu trudach się dostało. Zrobienie wszystkiego w celu przeżycia na tej górze aby bezpiecznie wrócić do domu. Aby utrzymać tę pracę, być w niej dobrą, docenianą i cieszyć się z zarobków.

Kiedy idę w góry (te na miarę moich możliwości) to czasem zdaje mi się, że wejście na szczyt i zejście jest łatwiejsze niż przejście przez sito rekrutacji. Ale tak już robię. Gdy coś się w życiu nie układa to szukam sobie zajęcia, w którym mam większe szanse się sprawdzić.

Tak więc każdy ma inne pasje i inne cele, bardziej ryzykowne lub mniej. Dlatego nie nam je oceniać. Czyjaś droga może dla ciebie wydawać się głupia, ale dla niego była czymś ważnym. W drodze tej i tak wszyscy kiedyś umrzemy. Na różne sposoby.

Niestety jesteśmy już dawno po fakcje. Stało się. Tomek tym razem z gór nie wróci. Dlatego pomoc jego dzieciom jest niezbędna. Wielu ludzi potrafi to zrozumieć. Solidaryzuje się i uzbierało już sporą kwotę. Nawet Rząd RP włączył się by pokryć koszt akcji ratunkowej.

Nie wiemy jak dzieci Tomka gdy podrosną będą wspominać tatę. Jak zareagują, kiedy poznają jego historię. Czy będą miały żal, że zabrała go im jego chora pasja? Czy może będą go z szacunkiem wspominać jak bohatersko dążył do celu i zdobywszy go poległ jak bohater?

Co będzie to możemy sobie wyobrażać. Jednak możemy się mylić tak jak w tych przypuszczeniach co naprawdę się działo tam na tych zabójczych 7200 m.

Na koniec rzucę hasłem:

K2 dla Czapkinsa.

Niech ci, którzy próbowali go ratować zadedykują swą wspinaczkę jemu. Niech dla Tomka stanie na zimowym K2 biało-czerwona flaga.

Dochodzą wieści, że narodowa wyprawa napotyka wiele trudności. Wciąż wycofują się z ataku na szczyt. Są wątpliwości czy w ogóle to będzie możliwe. Mimo wszystko trzymajmy kciuki aby przed 20 marca (końcem kalendarzowej zimy) zdążyli i wrócili cali i zdrowi.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, graficzka, blogerka, marząca także o pracy przy europejskich projektach z dziedziny kultury, próbująca swoich sił jako konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna. Bez wymówek"

Może Cię zainteresować...