Pobyt w Polsce. Nudny, nieciekawy, w towarzystwie starych bab. Taki jak całe moje życie. A jednak… cieszę się z tego.
Podróżuję, Samo życie, W Polsce

Pobyt w Polsce. Nudny, nieciekawy, w towarzystwie starych bab. Taki jak całe moje życie. A jednak… cieszę się z tego.


Jestem z powrotem w Granadzie. Mój 3-miesięczny pobyt w Polsce dobiegł końca. Postanowiłam zrobić podsumowanie czasu spędzonego w rodzinnym mieście. Wnioski są takie, że było… naprawdę nudno. A jednak jestem z tego bardzo zadowolona. Uważam, że ten wyjazd bardzo dobrze mi zrobił. Dlaczego?

Sięgając pamięcią wstecz mieszkałam w tym samym mieście przez większość życia, całe dzieciństwo i młodość, bo tak się po prostu złożyło. Twierdziłam, że się tu nudzę, marnuję, nic nie osiągam i przede wszystkim nie mam tak ciekawego życia jak inni.

Tylko co ma się rozumieć pod pojęciem „ciekawe życie”?

Z wiekiem i z doświadczeniem to znaczenie dla każdego się zmienia. Wspomnę jakie miało ono gdy byłam młodą dziewczyną, która cały okres szkolny i większość studenckiego spędziła przy rodzicach.

Już od małego zmagałam się z nieśmiałością, nadwrażliwością, brakiem pewności siebie i poczuciem że jestem inna i nieakceptowana. W konsekwencji nie miałam dużo znajomych, a w pewnych okresach życia nawet wcale. Pisałam na ten temat na swoim pierwszym blogu.

Moje życie towarzyskie kompletnie nie istniało. Albo to rówieśnicy mnie nie akceptowali, albo po prostu sama wstydziłam się do nich odezwać i nie wiedziałam jak z własnej inicjatywy zacząć jakąś znajomość. Nie umiałam też rzucić żadnej fajnej riposty na zaczepki, pokazać swojej siły czy żartować.

Nie czułam się interesującą osobowością. Raczej szarą, nudną i przeciętną. Zresztą otoczenie dawało mi informację zwrotną, że chyba taka jestem.

Pobyt w Polsce. Nudny czy ciekawy?

Parę razy próbowałam o czyjąś przyjaźń zabiegać. Na początku układało się fajnie. Lecz potem ta osoba stopniowo się ode mnie odsuwała i szła do innych znajomych.

Wtedy bardzo tego w sobie nienawidziłam. Nie mogłam się pogodzić z tym, że nie jestem osobą, do której ludzie lgną. Być może robiłam coś źle?

Chciałam być przebojowa, mieć towarzystwo fajnych ludzi W MOIM WIEKU, chodzić z nimi na imprezy, robić wypady, przeżywać przygody, mieć wspólne hobby, po prostu dobrze się bawić w fajnej grupie i jeszcze należąc do jej elity.

Tak, to właśnie był dla mnie synonim „ciekawego życia”. Otaczać się rówieśnikami przez większość dni. Być przez nich lubiana ale przede wszystkim respektowana.

Ponieważ miałam mało znajomych to czas po szkole spędzałam w domu z rodzicami. W weekendy jeździliśmy gdzieś samochodem. Zazwyczaj na wieś, na miasto do ciotek czy do koleżanek mojej mamy. Albo to one nas odwiedzały.

To właśnie ciotki i koleżanki mojej mamy były moim głównym towarzystwem. Czyli powiedzmy, osoby o pokolenie starsze ode mnie. A nawet o dwa pokolenia.

Towarzystwo Starych Bab

Panie, które są już babciami. Moja mama zawsze ciągnęła mnie na spotkania z nimi albo je do nas zapraszała. Wtedy też musiałam być i z nimi siedzieć przy cieście i herbatce. Albo na imieninach przy żarciu i kielichu.

Szczerze nie do końca mi to odpowiadało, bo przeciąż wolałam być z rówieśnikami, za którymi tęskniłam. To oni czynią życie ciekawym a nie jakieś stare baby*. Okropnie się nudziłam. Myślami uciekałam w marzenia. Non stop wyobrażałam sobie, że przeżywam jakąś przygodę z wyimaginowanymi znajomymi. Po czym ktoś mnie zawołał Halo, Dorota. Jesteś?

Czasem denerwowały mnie komentarze, dobre rad tych ciotek i maminych koleżanek, które nieświadomie padały. Wiadomo, kobiety starsze, bardziej doświadczone życiowo (choć wychowane i pracujące jeszcze w poprzednim ustroju przez co dorobiły się normalnych emerytur) chcą zaimponować swoją wiedzą w tzw. dobrej wierze i z sympatii do mnie. Z perspektywy czasu wiem, że nie potrafiłam tych osób docenić. Pewne rzeczy były oczywiste, na które nie zważałam.

Na przykład, w towarzystwie starszych o dziwo czułam się pewniejsza siebie. Cała nieśmiałość znikała. Z nimi prowadziłam ciekawe rozmowy, zupełnie na luzie. Podczas gdy przy rówieśniku jednocześnie bardziej go pragnąc, wstydziłam się otworzyć usta i siedziałam sztywno jak z połkniętym kijem.

Te starsze ode mnie panie naprawdę mnie lubiły i szanowały. Wręcz do mnie lgnęły. Chwaliły mnie za osobowość. Mówiły mojej mamie, że ma wspaniałą córkę. Doskonale się z nimi rozumiałam, zawsze miałam o czym pogadać. Na niektóre z nich mogłam zawsze liczyć gdy potrzebna była pomoc.

Gdy byłam na jakiejś imprezie np. ognisku, grillu, imieninach, Sylwestrze z rodzicami w towarzystwie samych starszych często naprawdę było super i czułam, że świetnie się z nimi bawię. Nawet poczucie humoru mi dopisywało.

Przy herbatce, cieście i kielichu

Tak właśnie płynęło większość moich dni w rodzinnym mieście. Ale nadal to jeszcze nie była według mnie pełnia „ciekawego życia”.

Poza tym zajmowałam się też nauką, odrabianiem lekcji, przygotowywaniem do klasówek, czytaniem, rysowaniem, oglądaniem telewizji i spacerami, samotnymi przejażdżkami rowerowymi. Niczym specjalnym. Rzadko co przytrafiały mi się jakieś przygody czy spektakularne wydarzenia dostarczające wrażeń, które zostają we wspomnieniach. Był okres gdy nie widziałam sensu życia i naprawdę się nudziłam. Nudne i przeciętne życie zakompleksionej nastolatki ze średniego miasta.

W miarę czasu stopniowo z tego stanu wychodziłam. Pokonywałam nieśmiałość. W wieku 16 lat zapisałam się na rekreację, bo chciałam schudnąć i poprawić formę. Wciągnęło mnie. Ja – dawna ciapa z wychowania fizycznego polubiłam sport co przełożyło się na większe poczucie własnej wartości. To było kluczowe dla zmiany życia.

A reszta, reszta… sama się stałajak śpiewała zmarła w lipcu tego roku Kora. Nie wiem w jaki sposób. Zaczęłam przyciągać ludzi tak po prostu. Zyskałam nowych znajomych lub stali się nimi ci, których już znałam ale wcześniej się nie przyjaźniliśmy. Może nie aż takie tłumy ale wystarczająco by być zapraszana na imprezy. Poznałam wówczas swoje najlepsze przyjaciółki.

Nauczyłam się też dawać coś od siebie a nie tylko oczekiwać, aż ktoś mnie polubi. Choć później życie nauczyło, by z tym dawaniem uważać i nie być bezinteresowną dla każdego. Wciąż są tacy co czekają by tylko Cię wykorzystać. Nie raz tak wpadłam, nawet jako osoba co myśli, że pokonała nieśmiałość i niepewność.

Potem życie towarzyskie w moim mieście było sinusoidą. Były okresy fajne gdzie dobrze się rozumieliśmy i bawiliśmy. Były też trudne gdy moja samoocena padała. Spowodowane zwykle trafieniem na kogoś, na kim się zawiodłam.

Z biegiem czasu dochodziłam do kolejnego odkrycia. Wcale nie muszę mieć wokół siebie stada ludzi aby być szczęśliwa. Szczęście to nie tylko fajne imprezy, wyjazdy i wygłupy. Wystarczy mi kilku zaufanych znajomych, przyjaciół i tego się trzymałam.

Warszawa. Widok z dachu Centrum Nauki Kopernik

Zaczęłam podróżować z własnej decyzji, że chcę gdzieś jechać, co dodało mi skrzydeł.

Trzecia klasa LO – kolonie w Hiszpanii, po których zamarzył mi się ten kraj. Studia – pierwszy samotny wyjazd do Krakowa. Wycieczki w góry. Gdybym wcześniej na to wpadła to pewnie przekonywałabym rodziców aby sama jechać na Woodstock. Potem już w czasie studiów – podjęcie ryzyka i objechanie całego południa Polski z nowo poznanym kolegą, który – mając szczęście – okazał się w porządku. Potem wyjazd w Bieszczady, dobrze już znanym przyjacielem.

Nowych ludzi poznawałam na miejscu. Potem kontakt się urywał.

Nauczyłam się aby do żadnych nowych znajomości, a tym bardziej wakacyjnych (i miłości tym bardziej! O zgrozo!) się nie przywiązywać. Jeśli jakieś nie przetrwają – nie martwić się tym.

Prowadzić swoje życie normalnie, jakby nigdy nic – to moje główne motto.

Jeśli jacyś znajomi przy tobie mają zostać – to zostaną i tyle. Jeśli będą przelotni – pozwól im odejść a sama idź swoją drogą.

Pewnego razu nastąpił przełom. Pojawiła się okazja wyrwania się z rodzinnego miasta na studia do Hiszpanii. Mój wyjazd życia. A potem spełnienie marzenia, aby tam zostać. Przy okazji zaliczyłam parę wyjazdów do sąsiedniego Maroka, które opisałam na Kropla Arganu. Po pierwszym z nich cała rodzina złapała się za głowę, bo o to już nie Hiszpania lecz inna kultura.

Wyjazd za granicę początkowo sprawił, że poczułam euforię. Życie zaczęło nabierać tempa. Coś się wreszcie działo. Ale kiedy różowe okulary opadły to ponownie musiałam zmierzyć się z samotnością.

Najbliższym otoczeniem stała się znów rodzina, tym razem własna i niewiele znajomych co poznałam na miejscu. Na emigracji trzeba wszystkie znajomości budować od nowa. Na dodatek te z Polski nie zawsze się utrzymują, choć teraz mamy dużo łatwiej –  Internet i wideo komunikatory.

Doświadczenie długotrwałego bezrobocia sprawiło, że tym bardziej nie miałam takiego kontaktu z ludźmi niczym osoba na etacie. Prowadziło to do tego, że moje życie tak jak w Polsce mogło stać się nudne a samoocena ponownie polecieć w dół.

Od depresji uratowała mnie akceptacja tej sytuacji, choć wcześniej się jej wypierałam a przede wszystkim umiejętność zorganizowania sobie życia samej, bez towarzystwa i bez szefa.

Miewałam okresy gdy nagle coś się działo, jacyś ludzie – rówieśnicy się pojawiali. Było super. Łapałam chwile, by jak najwięcej z nich wycisnąć.

Niestety fajne czasy nie trwają wiecznie. Trwała zwykle jest stagnacja i to właśnie z nią nauczyłam sobie radzić.

Gdy nic się nie zmienia to zmień swoje podejście do tego i naucz się funkcjonować w tym co jest (taki live o tym nagrałam). Zaprzyjaźniłam się z nudą i z samotnością do tego stopnia, że nigdy się nie nudzę a kiedy brakuje mi radosnego towarzystwa innych to… mam siebie i garstkę bliskich mi ludzi.

Zaakceptowałam to, że po prostu jestem introwertyczką. Mam taki charakter i już. To nie był wybór. To orientacja z jaką się urodziłam. Odnalazłam w niej zalety i przede wszystkim pokochałam siebie taką jaką jestem.

Nie gonię już w poszukiwaniu znajomych. Lepiej mieć ich mniej niż trafić na kogoś, kto z Ciebie zakpi i wydyma. Lepszy jest nudny święty spokój wewnętrzny i pogoda ducha niż krótkie zrywy szczęścia na haju, które kończą się spadekiem nastroju niczym kac.

A jeśli za znajomymi nie ganiasz, nie pragniesz ich na siłę, nie domagasz się od życia, aby było „ciekawe” to ci wartościowi znajomi sami się znajdują.

Albo zaczynasz doceniać tych co już miałaś. Tylko nie zwracałaś na nich uwagi, bo uważałaś za większe szare myszki od siebie i ciągnęło Cię do tych przebojowych lekkoduchów. Zrozumiesz, że to tym pierwszym naprawdę na Tobie zależało i szczerze chcieli z Tobą być. Z tymi pierwszymi można zbudować coś co może nie zapewnia tylu fajerwerków ale jest trwałe i daje zaufanie.

Przyjeżdżam do Polski przynajmniej raz na rok i na dłużej. Zawsze staram się ten pobyt jak najlepiej wykorzystać i prowadzić życie towarzyskie na jakie mnie stać. Umawiam się z rodziną i ze znajomymi. Kiedy mam już kupiony bilet daję ludziom cynk, że jestem i jak ktoś chce to jestem otwarta na spotkanie. Oczywiście rodzina najbardziej się cieszy, że zobaczy mnie a także mojego synka.

W te wakacje po raz drugi przyjechałam do Polski z dzieckiem, na co szczególnie ucieszyła się rodzina. Znajomi, którzy odpowiedzieli na moja propozycję spotkania nawet zgodzili się bardziej ze względu na niego. Tak też zrobiłam tym razem. Dałam cynk, że jestem.

Im większe ma się doświadczenie tym bardziej rozumie się ludzi. Nie każdy ma czas aby się spotkać wtedy kiedy Tobie pasuje (niektórzy pewnie się bali, że będę im proponować Oriflame). Moich spotkań ze znajomymi było niewiele, ponieważ nie należę do jakiejś dużej paczki. Za to z tymi, którymi mi się udało uważam, że bardzo dobrze spędziłam czas czy to w pubie, na spacerze czy nad morzem i za te spotkania im dziękuję.

Jednak nie miało to nic wspólnego z szaleństwem spotkanie za spotkaniem, impreza za imprezą, wyjazd za wyjazdem. Nic wspólnego z moim synonimem „ciekawego życia” z młodości. To wszystko na te trzy miesiące działo się od czasu do czasu. Większość dni w Polsce leciało mi, można powiedzieć – nudno i rutynowo. Tak jak kiedy byłam nastolatką – tak i teraz siedziałam przy rodzicach.

Najważniejszy oczywiście był mój synek i to on wyznaczał dzień. Od rana do obiadu, praktycznie codziennie chodziliśmy na place zabaw, do parków i na spacery po mieście by zobaczyć w co teraz miasto zainwestowało aby poprawić infrastrukturę. Odwiedzić nowy plac zabaw, most, fontannę itp. Nie tylko rano lecz popołudniami również. Zależało mi na miejscu gdzie mały mógłby się wybiegać.

Obecna byłam też na wielu wydarzeniach, na które ciągną rodzie z dziećmi m.in. na pikniku lotniczym w Zegrzu Pomorskim i wielu osiedlowych imprezach.

Piknik lotniczy. Zegrze Pomorskie

Piknik lotniczy. Zegrze Pomorskie

Było miłe jak obcy ludzie uprzejmie „zaczepiali mnie” na ulicy by popatrzeć na synka, pogadać z nim, zachwycić się jego urodą. On pomagał przełamać lody. Z nim cała nieśmiałość uchodziła.

Tegoroczne polskie lato zostanie w miej pamięci jako bardzo upalne. Uciekliśmy z Hiszpanii przed alergią i oczywiście upałami. Alergia puściła ale upał zastaliśmy na miejscu TAKI SAM. A ponieważ było bardzo gorąco i słonecznie to jeździliśmy nad morze nowym szynobusem, który dowoził nas do Mielna w 15 minut.

Dzięki rodzicom miałam pomoc przy dziecku. Kiedy mały był pod ich opieką lub spał ja zajmowałam się swoimi aktywnościami, o których sama decydowałam bez czekania aż ktoś coś zaproponuje. Prowadziłam wtedy bloga, prezentowałam katalog Oriflame, załatwiałam różne sprawy.

Głównie uprawiałam sport – bieganie. Zainstalowałam sobie wreszcie aplikację w telefonie do pomiaru trasy i odkryłam, że ona mnie motywuje aby biegać większe dystanse. Wcześniej biegałam na czuja, więc wychodziło za krótko i za mało intensywnie. Z aplikacją dobrze wiedziałam co i jak. Zaczęłam biegać po kilka km. Odkrywałam fajne trasy biegowe w mieście czy wokół jeziora.

Lecz najprzyjemniejsze i jednocześnie wymagający największego wysiłku było bieganie po plaży o zachodzie słońca. Plaża powoli pustoszejąca, piękne widoki wody i nieba, szum morskich fal chlapiących pod bosymi stopami oraz przyglądanie się jak się ściemnia. Potem trzeba będzie kawałkiem ciemnego lasu zbiec z plaży do zabudowań. Albo dzwonię po tatę by po mnie wyszedł. To najbardziej zapamiętam z mojego pobytu.

Zachód słońca nad Bałtykiem

Bieganie tak mnie wkręciło, że postanowiłam wziąć udział w dwóch biegach zorganizowanych. Jak na razie na 5 km. Oba były w nietypowych warunkach. Jeden w większości po plaży i częściowo lesie. Gdybym w trakcie zdjęła buty aby sobie ułatwić to na czas zdejmowania zostałabym w tyle. Drugi już w mieście na asfalcie. Myślałam, że przy poprzednim to pikuś. Tymczasem spadł deszcz i biegacze biegli w ulewie, która i tak nas nie powstrzymała.

Na jednym z niewielu spotkań ze znajomymi poznałam chłopaka, który przebiegł ultramaraton w Sudetach. Co to takiego jest. Bieg na…100 km. Niesamowite. Byłam w szoku. Opowiadał mi jak wielu zawodników się poddało np. na 60 kilometrze. Jemu na szczęście udało się ukończyć. Zajęło mu to 14 godzin. A Wystartował o 22:00. Dobiegł do mety o 12:00. Po całonocnym biegu mógł przyglądać się jak słońce wstaje i dzień się budzi. Ponoć zwycięzca przebiegł to w… 8 godzin!

Bieganie w deszczu
Zdjęcie: wspomniany link drugiego biegu

Dwa razy odwiedziłam Warszawę gdzie mieszka mój brat. Podchodziłam tam do komputerowych testów EPSO (Dziś dostałam wyniki. Cóż… nie przeszłam). Potem pojechaliśmy całą rodziną. Pokazywałam naszą stolicę synkowi, który po raz pierwszy jechał pociągiem (wszystkie inne środki transportu w tym samolot i statek miał zaliczone). Byłam świadkiem największego zaćmienia księżyca od 100 lat.

Pub w Warszawie

W Warszawie zaliczyłam więcej spotkań ze znajomymi i nowopoznanymi osobami niż w Koszalinie. Sporo ich się mi porobiło. Przez moment czułam się jak super towarzyska osoba, taka jaką pragnęłam kiedyś być.

Oto jak przebiegało moje „warszawskie tournee” 🙂

Warszawa. Krakowskie Przedmieście

Zrealizowałam w końcu marzenie o zobaczeniu Wilczego Szańca, który obiecywałam sobie od lat. Pojechałam sama. Wrażenia opisałam w poprzednim poście. Teraz co roku jak będę w Polsce to zamierzam gdzieś jechać. Tak jak rok temu z synkiem odwiedziłam Toruń i Grudziądz.

Pobyt w Polsce uświadomił mi jak bardzo warto doceniać rodzinę. Zwłaszcza, że naprawdę mam co. Choć zdarzają się momenty kiedy dobre wychodzimy tylko na zdjęciu ale to tylko chwilowe emocje. Potem się godzimy i jesteśmy razem. Rodzinę warto się wspierać w trudnych momentach. Jak ktoś z nas ma kryzys to przede wszystkim nie oceniać, nie pouczać, nie wypominać lecz stać murem i podbudowywać.

Teraz dziwię się jak głupia byłam jako nastolatka, bo rodzina była dla mnie obciachem i ciągnęło mnie bardziej do znajomych. Z rodziną też można fajnie, wesoło spędzić czas i może być naprawdę wesoło. Nasze posiedzenia przy stole, na spotkaniach rodzinnych, na ogródku czy na tarasie – zawsze będą mi się przyjemnie kojarzyć z Polską

Podczas mojego pobytu nastąpił przełom, bo… na nowo odkryłam towarzystwo cioć i koleżanek mojej mamy. Znowu jeździliśmy do nich w odwiedziny lub one nas odwiedzały. Ja świetnie bawiłam się z nimi i śmiałam, mimo że byłam jedyna w towarzystwie osobą poniżej 60-tki nie licząc mojego synka).

Można by powiedzieć, że było nudno z perspektywy mojej młodości ale super ciekawie tu i teraz. Doceniłam, że te ciocie i koleżanki emerytki to wspaniale kobiety.

Najbardziej zapamiętam nasze grille w pensjonacie nad morzem z rodziną i koleżankami mamy. To właśnie podczas tego grillowania biegałam po plaży do której miałam 50 m. Jedliśmy, piliśmy i tańczyliśmy aż do nocy pełnej gwiazd na niebie (sierpień) przy muzyce disco polo (Bosze! Jaki to był obciach w LO!!).

Najlepiej tańczył i bawił się mój synek. W tym wieku średnio nawiązuje kontakt z rówieśnikami za to uwielbia towarzystwo starszych od siebie i czuje że jest mu super i ciekawie (Cholercia! Po kim on to ma!). Winna byłam brać z niego przykład.

Karim nie zastanawia się jacy ludzie robią życie ciekawszym. On ciekawość dostrzega w każdym człowieku bez względu na wiek.

Teraz mogę powiedzieć, ciocie, koleżanki mamy, znajome emerytki – nadajecie memu życiu sens i z Wami jest super.

Trochę tylko nudzi mnie zadawanie wciąż oklepanego pytania o to jak mi się mieszka w Hiszpanii i czy zamierzam wrócić. Nie bardzo mogę wrócić, bo rodzinę mam w tam, mąż ma stałą prace i już nie chcemy się rozdzielać.

Wszyscy mówią mi że w Polsce na pewno pracę bym miała. Ponoć jest teraz rynek pracownika. Postanowiłam tosprawdzić. Rzeczywiście, wiszą ogłoszenia w centrach handlowych. Na próbę wysłałam do paru firm „cefałkę”.

Chyba rzeczywiście jest lepiej niż kilka lat temu, kiedy ze znalezieniem pracy w naszym kraju miałam takie same trudności. Wtedy tych ogłoszeń nie było wcale i wszędzie mnie wypraszali.

Tym razem załapałam się nawet na jedna rozmowę w sieciówce kilka minut po złożeniu CV. Supermarket Tesco proponował mi prace od zaraz. W pierwszym telefonie kazali odpowiedzieć konkretnie: tak czy nie.

Jednak nikt nie chciał osoby na 3 miesiące lecz na dłużej (a ci co mówili, że chcą – nie oddzwonili). Nawet radzono mi aby mówić, że chcę na długo i ukryć fakt biletu powrotnego do Hiszpanii. Ale ja nie chciałam tych pracodawców okłamywać a potem niespodziewanie odejść.

Za to chaotyczne sezonowe prace nie pozwalały na pogodzenie tego z opieką nad dzieckiem. Dziadkowie tez mają swoje plany a mama wciąż jest aktywna zawodowo.

Jednak dobre wiedzieć, że perspektywy w Polsce się poprawiły. Może gdybym nie mieszkała za granicą byłabym teraz zwykła polską pracownicą od 8 do 16, mieszkającą blisko rodziców, ze średnią ilością znajomych rówieśników i zawsze otoczona towarzystwem starszych kobiet. Pewnie tak samo nauczyłabym się doceniać to „nudne” i „przeciętne” życie.

Warszawa. W stronę Barbakanu

Zazwyczaj tak się układa, że większość dni jakie doświadczamy to przecież nie szalone wydarzenia ale ta zwykła codzienność przy rodzinie, ta cała rutyna i momenty gdy nic specjalnego się nie dzieje. Więc czemu się z nimi nie zaprzyjaźnić, czemu z nich nie cieszyć?

Ja swoją „nudę” w Polsce pokochałam. Szczere, bardzo się cieszę z mojego wyjazdu do Polski i jakikolwiek będzie zawsze wyniosę z niego pozytywne przemyślenia.

Na nowo potwierdziło się moje odkrycie, że sama mogę tworzyć swoje życie i sprawiać, aby było ciekawe, przede wszystkim sama nadawać swoją definicję „ciekawości”. Nikt tego za mnie nie zrobi. To co kiedyś wydawało się nudne można teraz obrócić w coś naprawdę interesującego. To co dla jednego wieje nudą, dla drugiego może być fajne.

Ludzi pod względem ich „ciekawości” też nie klasyfikujmy ze względu na wiek, status, naszą relację z nimi.

Wiele badań potwierdza, że dobrze rozwinięta sfera towarzyska ubogaca nasze życie i wyzwala szczęście. Jednak miałam rację, że czyni je ciekawszym. Ale co robić, kiedy tej sfery zabraknie lub nie układa się tak jak chcemy? Wtedy pozostaje tylko nasza głowa jakich wyborów podejmować czy jak układać sobie dzień.

Naładowana energią z Polski pora zmierzyć się z „hiszpańską nudą”. :)))

Naładowana pozytywną energią po pobycie w Polsce

* stare baby – to określenie może kogoś zniesmaczyć, ale użyłam je celowo aby odzwierciedlić poczucie humoru i dystans jaki mają do siebie wspomniane starsze ode mnie panie. One same przedstawiają się „jestem stara baba”, mówią tak o innych podobnych a potem wesoło się z tego śmieją. A co to znaczy „stara”? Może chodzić o metrykę, która starość przyjmuje po pewnym roku życia (np. po 60-tce). Na szczęście swoim stylem życia i duchem możemy być zawsze młode. Zresztą zobaczcie sami co one wyprawiają :))) To chyba jedyna droga aby przetrwać niezaprzeczalny fakt, że fizyczna młodość trwa naprawdę krótko. Była i nie ma. Za to starość tak jak rutyna obejmuje większość naszego życia.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, graficzka, blogerka, marząca także o pracy przy europejskich projektach z dziedziny kultury, próbująca swoich sił jako konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna. Bez wymówek"

Może Cię zainteresować...