Oto są prawdziwi bohaterowie
Samo życie, Za granicą

Oto są prawdziwi bohaterowie


Zdarzają się sytuacje bez wyjścia, które mogły skończyć się tragicznie. Jednak tym razem miał miejsce cud. A raczej szczera chęć niesienia pomocy ryzykując własne życie, cierpliwość, wytrwałość, bohaterstwo, wiara w ludzi, wiara w siebie a przede wszystkim praca zespołowa. Jestem pod ogromnym wrażeniem i nie mogę pojąć, że po tak długim czasie wszystkim chłopcom uwięzionym w tajlandzkiej jaskini Than Luang udało się przeżyć i zostać bezpiecznie wyciągniętym na powierzchnię.

Nie mogę nie wspomnieć o tym na blogu. To zapierające dech wydarzenie, na które patrzył cały świat, któremu się przyglądałam po prostu trzeba upamiętnić.

W czasach gdy media zdominowały afery, wzajemne obrzucanie się błotem kto w danej sytuacji zawinił i dyskusje pseudo ekspertów jest jeszcze miejsce na relacje z wydarzeń, w których ludzka postawa i podjęte decyzje są takim przykładem, że tylko wykrzyknąć: „Niewiarygodne!”. To coś o czym warto się ekscytować, że prawdziwi bohaterowie istnieją. Mogą nimi być zarówno osoby niosące pomoc jak i te co znalazły się w pułapce.

W Tajlandii 23 czerwca 2018 r. 12 młodych piłkarzy w wieku 11-16 lat po skończonym treningu pod przewodnictwem swojego 25 letniego trenera wybrała się na wycieczkę rowerową na łono natury. Postanawiają wejść do jaskini Than Luang. Nie zważali na porę monsunową i ryzyko, że jaskinia może być zalana. Zagłębili się w wąskie korytarze prowadzące 4 kilometry pod ziemię aby ponieść się przygodzie eksplorowania jaskini.

Najgorsze oczywiście się stało. Spadł rzęsisty deszcz, który zalał korytarze odcinając grupę śmiałków od świata. Zostali uwięzieni w okropnych warunkach, na podziemnej wysepce otoczonej wodą. Tak jakby byli zakopani żywcem. W klaustrofobicznej przestrzeni, w pyle, w zimnie, w ciemnościach, bez wody, z ograniczoną ilością prowiantu i tlenu. Narażeni na utopienie gdyby poziom wody się podniósł. Groziłaby im powolna śmierć.

Aż trudno to sobie wyobrazić, że spędzili tam aż…tydzień do czasu odkryciaprzez świat zewnętrzny, że tam są. Drugi kiedy organizowała się pomoc. W sumie siedzieli tam 17 dni.

Jakie było zaskoczenie gdy okazało się, że wszyscy żyją. Oni zaskoczeni byli tak samo gdy dowiedzieli si, który to dzień i jak długo tam siedzą.

Trudno sobie wyobrazić co czuje człowiek uwięziony w ciemnej jaskini bez szans na samodzielne wydostanie się. Jednak z tego co powiedziano ogromna moc była już w tej grupie.

Początkowo mówiono, że to wina trenera. Oceniano czego nie powinien robić. Bo młody to pewnie niedoświadczony. Kompletny brak odpowiedzialności z jego strony, że zabrał dzieciaki do jaskini. Przecież musiał zdawać sobie sprawy z zagrożeń. Zakładał, że dadzą radę wejść i wyjść przed ulewnym deszczem.

Być może trener popełnił wielki błąd prowadząc podopiecznych do jaskini. Monsun niespodziewanie  ich zaskoczył. Ale wiadomo, że jak już do tego doszło przejął odpowiedzialność. Już nie było czasu na wzajemne oskarżanie i gdybania jak można było tego uniknąć. To już się stało.

Trener musiał robić wszystko aby chłopcy przetrwali. Zwykle gdy jakaś grupa znajduje się w niebezpieczeństwie to częściej nieporozumienia i panika stanowią większe zagrożenie niż sama sytuacja. Powodują nieracjonalne zachowania, które do niczego nie prowadzą.

Cały świat był pod wrażeniem spokoju jaki on zachował i wpływu jaki miał na chłopców, którzy darzyli go ogromnym zaufaniem. Jako były mnich buddyjski wierzył w moc medytacji, którą praktykował ze swoimi podopiecznymi, która pomogła przejść im ze spokojem przerywać czas oczekiwania na pomoc. Przede wszystkim zaakceptowali tą sytuacje i można by powiedzieć, że cierpliwie organizowali swój „dzień” w jaskini.

W Tajlandii buddyzm jest głęboko zakorzeniony w ludziach. Tak samo w innych kulturach inna wiara. Jeśli medytacje można porównać do modlitwy to czyżby naprawdę mogła zdziałać cuda? Gdy sytuacja jest bez wyjścia i możliwe że nie wyjdziesz z niej cało to pozostaje tylko jedno. Pozostawienie niemożliwego Bogu, sile wyższej czy czemukolwiek w co się wierzy.

O przetrwaniu zadecydowała też współpraca i wcześniejsze przygotowanie grupy. Drużyna „Dzików”, bo tak się zwali była wysportowana, świetnie wytrenowana, umiała współdziałać i pomagać sobie nawzajem. Umiejętności nabyte na boisku przydały się w obliczu zagrożenia.

Z pewnością ich planowana wycieczka była nie tylko formą rekreacji a także nauki mierzenia się z samym sobą w trudnych warunkach. Nawet nie przypuszczali jak ogromną lekcję będą musieli przejść.

Jak ich odnaleziono? W grupie było jeszcze dwóch chłopców, którzy szczęśliwie uniknęli znalezienia się w tarapatach. Jeden z nich zapomniał na trening roweru więc nie mógł pojechać na wycieczkę. Drugiemu rodzice kazali wracać do domu by odrabiał lekcje. Do pierwszego chłopca zadzwonił jego wujek, też trener z pytaniem o trenera jego drużyny. Powiedział, ze poszli do jaskini, przed którą później znaleziono ich rowery. Kiedy długo nie wracali zgłoszono zaginięcie służbom specjalnym, które wyruszyły penetrować jaskinię.

Nie byłoby happy endu gdyby nie ekspresowa akcja ratownicza, która podjęto po odnalezieniu ich żywych. Cała akcję zorganizowało dwóch Brytyjczyków Richard Stanton i John Volanthe  – strażak i informatyk, którzy są też światowej sławy nurkami, którzy uratowali niejedno życie właśnie w podwodnych jaskiniach. Oni jako pierwsi dotarli do chłopców.

Ogromne podziękowania należą się tysiącu ratownikom, nurkom, komandosom, ochotnikom, służbom medycznym. Wytrwale pracowali penetrując tunele, odciągając z nich wodę, dostarczając uwięzionym w jaskini żywność, leki i tlen. Wszystko wiązało się z ogromnym ryzykiem, bo w każdej chwili mógł spaść ulewny deszcz i ponownie zalać jaskinię w momencie przemieszczania się w niej ludzi. Nieprawdopodobny był ich wysiłek.

Choć niestety jeden ochotnik Saman Kunan były członek marynarki wojennej poświęcił swoje życie. Miał dostarczać butle z tlenem do jaskini a zabrakło tlenu jemu samemu. Został uznany za bohatera narodowego Tajlandii. Nie pozwolono aby jego ofiara poszła na marne.

Na pochwałę zasługuje współpraca chłopców i trenera z ratownikami oraz ogromna cierpliwość i zaufanie ze strony wszystkich. Bez niej nie byłoby szans. Był konkretny plan działania, ustalenie że najpierw wychodzą najsłabsi chłopcy a trener opuści grotę ostatni.

Przejście wąskim korytarzem o metrze wysokości pełnym wody z butlą tlenową w asekuracji nurków trwające 6 godzin wymagało ogromnej odporności i odwagi. To musiał być ogromny strach, nad którym trzeba było zapanować.

W ciągu trzech dni wyprowadzono na powierzchnię całą grupę. Akcja okazała się wielkim sukcesem. Cała Tajlandia i świat wynagrodziło gromkimi brawami, kiedy jaskinię opuścili dzielni ratownicy.

Wyczerpani choć pełni woli życia chłopcy trafili do szpitala na tygodniową kwarantannę. Wkrótce zobaczą się ze swoimi rodzinami, które na razie mogą oglądać ich przez szybę lub w specjalnych kombinezonach.

To było największe zwycięstwo „Dzików” – mówiono.

Te chwile grozy mogły być dla nich wstępem do spełnienia wielkiego marzenia. Szef FIFA Gianni Infantino wyszedł z inicjatywą aby zaprosić 12 chłopców i ich trenera na mecz finałowy Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Rosji, który odbędzie się 15 lipca (już wiemy że między Francją a Chorwacją).

Jednak w związku z pobytem w szpitalu nie będą mogli w nim uczestniczyć. Pozostanie im jedynie telewizor w szpitalu. Dlatego FIFA obiecała im to zrekompensować  i wynagrodzić w inny sposób.

Będąc pod wrażeniem akcji ratunkowej w jaskini i tego, że wszyscy potrzebujący przeżyli pomyślałam też o innych wypadkach i tragediach, które nie mają happy endu. Do takich często dochodzi. W nich również niesiona jest pomoc ale nie wszystkich udaje się uratować. Chłopcy Ci mieli też dużo szczęścia, że pomoc była dobrze zorganizowana, że to wytrzymali, że ściany jaskini się nie zawaliły i że kolejny deszcz ich nie zalał.

Ciekawa jestem co mogą teraz czuć po wydostaniu się z tej pułapki. Przecież mieli świadomość zagrożenia życia i tego, że pomoc do nich nie dotrze. Myślę, że po wydostaniu się z takich tarapatów, czy przeżyciu tragedii człowiek staje się inny. Może mieć traumę. Może czuć się silniejszy. Ale niewykluczone, że jak dojdzie do siebie to bardziej docenia życie i już inne przyziemne problemy nie mają znaczenia.

Podsumowując akcje wszyscy możemy śmiało powiedzieć:

Dobra robota!

Grafika, źródło: https://whatsnew2day.com/drawings-of-thai-cave-rescue-flood-social-networks/


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, graficzka, blogerka, marząca także o pracy przy europejskich projektach z dziedziny kultury, próbująca swoich sił jako konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna. Bez wymówek"

Może Cię zainteresować...