O tym jak wygrałam konkurs plastyczny, w którym udział mi odradzano
Moja praca to, Tworzę, Za granicą

O tym jak wygrałam konkurs plastyczny, w którym udział mi odradzano


Czasami doświadczam w życiu sukcesów. Zarówno przez zaangażowanie, ciężką pracę, odpowiednie nastawienie, bycie w danym momencie najlepszą a także przez przypadek. Dlatego aby mój blog nie został odebrany jedynie jako biadolenie to od czasu do czasu będę takie sukcesy wspominać np o tym jak wygrałam konkurs plastyczny. Nawet te najmniejsze. Ale takie co dodały mi skrzydeł i wiary, że mogę w czymś być dobra lub wzbogaciły materialnie.

Sukces jaki zamierzam opisać łączył się z pewną szczególną sytuacją. Odradzano mi udział w tym co musiałam zrobić, ponieważ twierdzono, że mogę więcej stracić niż zyskać. Ale ja nie posłuchałam głosów sceptyków i wyjątkowo dobrze na tym wyszłam.

To miało miejsce kilka lat temu a mianowicie w grudniu 2012 r. w Hiszpanii w moim mieście. Był to konkurs plastyczny na najładniejszy malunek ścienny zewnętrzny na powierzchni 5m x 2,40m czyli tzw. mural. Technika dowolna. Mogło to być graffiti sprayem albo obraz wykonany akrylem. Organizowała go prywatna firma – znany w regionie producent napojów bezalkoholowych. Chcieli wymalować mur otaczający ich fabrykę. Tematem miały być fajne malowidła przedstawiające ich produkty.

Na ogłoszenie o konkursie trafiłam nie inaczej jak przez przypadek. Myśl sobie co chcesz ale ja wierzę w przypadki, i są one jednymi z rzeczy co decydują o kierunku naszego życia. Często staram się robić rożne rzeczy, bywać w wielu miejscach, nawiązywać pewne kontakty aby coś się wreszcie wydarzyło. Ale już wiem, że to nie działa, bo fajne przypadki przychodzą tylko wtedy gdy się ich nie spodziewasz. Rzadko kiedy celowo je prowokujesz.

Pewnego popołudnia weszłam na teren wydziału sztuk pięknych Uniwersytetu w Granadzie, na którym kiedyś odbyłam stypendium Erasmusa. Bywam tam od czasu do czasu, z sentymentu, ponieważ jest blisko mojego domu, ma najtańsze ksero w okolicy oraz zerkam co nowego na tablicy ogłoszeń.

Nie wiedziałam po co to robię. Przecież oferty pracy dla osoby z wykształceniem artystycznym czy jakiejkolwiek nigdy tam nie widziałam. Rzadko co wisi coś ciekawego. Zwykle tablica była przepełniona informacją o jakiś wystawach, wydarzeniach kulturalnych, zawalona całą masą ofert płatnych kursów i warsztatów oraz kogoś kto oferuje jakieś usługi czy korepetycje. Czyli standard! Oferujemy Ci wiele okazji do wydania pieniędzy i żadnej na ich zarobienie.

Tego dnia po raz pierwszy na tej tablicy ujrzałam coś innego.

Była to informacja o tym konkursie. Nagroda była pieniężna w zadowalającej mnie wysokości. Każdy zarobek się liczył. Konkurs jak to konkurs. Wystartuje w nim pewna ilość osób a zwycięzca będzie tylko jeden. Mimo wszystko z miejsca zdecydowałam się, że wezmę w nim udział.

Przecież mój „aktualny zawód” to poszukiwaczka okazji. Trafiam na jakąś fajną. Włączam się. Kto wie, może ona coś zmieni.

Poza tym bardzo lubię malować po ścianach. W tamtym czasie nawet szukałam na to zleceń. Od zawsze to robiłam. Może nie jestem jakąś mega utalentowaną malarką. Często nie radzę sobie z proporcjami i muszę to nadrabiać malując abstrakcyjne formy. Ale wiele moich dotychczasowych prac co niektórym się podobało.

Skontaktowałam się z organizatorem. Poznałam reguły konkursu a przede wszystkim firmę i produkty (tzn. spróbowałam ich). Opracowałam koncepcję mojego malunku i wykonałam parę próbnych szkiców. Początkowo firma chciała aby chętni wysyłali swoje prace na kartkach. Spośród nich zostanie wybrana określona ilość tych najlepszych na ilość dysponowanych miejsc na murze. Więc nastawiałam się na pierwszy etap, w którym było ryzyko odrzucenia.

Szkic mojego obrazu ściennego
Szkic mojego obrazu ściennego

Tymczasem do konkursu zgłosiło się mniej kandydatów niż miejsc na murze. Dlatego nie patrzano na prace na kartce. Wzięto wszystkich choć niestety mur zostanie im zamalowany tylko do połowy. Zaakceptowali ten fakt. Wyglądało na to, że można było malować swoją ścianę od razu bez wczesnego pokazania swojej koncepcji firmie.

Szczerze, nie był to konkurs wysokich lotów. Firma pragnęła mieć pomalowany mur tanim kosztem. Zamiast wynająć profesjonalnego artystę, który za duże pieniądze zrobi im mega wypasione dzieło woleli zorganizować konkurs. Taniej będzie wręczyć nagrodę jednej osobie – zwycięzcy. Czuło się trochę tego wykorzystywania młodych i ambitnych ludzi. Niech zostaną wynagrodzeni tym, że coś zrobili i mają nową pracę w portfolio.

Niestety takie jest życie i tak postępuje wiele firm. Ja jako bezrobotna cóż miałam zrobić? Byłam zmuszona podejmować ryzyko we wszystkim na co trafiłam i co mogłoby dać jakoś pieniądze.

Firma nie zapewniała uczestnikom materiałów tj. farb, pędzli i innych potrzebnych akcesoriów. Wszystko musiałaś kupić sobie sama.

To właśnie było ryzyko straty, gdyż trochę tej powierzchni do wymalowania było. Dlatego mój mąż i moi rodzice udział w konkursie mi odradzali. Przecież tylko Cię wykorzystają – tak mówili. Wiemy, że jesteś dobra, że potrafisz malować. Ale co będzie jak nie wygrasz? Tylko stracisz kasę i czas.

Daj se spokój – non stop słyszałam to dołujące zdanie.

Ich ostrzeżenia dały mi do myślenia. Na szczęście znalazłam prosty sposób aby to ryzyko zminimalizować. Przecież już malowałam po ścianach m.in. w naszym mieszkaniu. Miałam już wcześniej kupionych sporo farb.

Wystarczą trzy podstawowe kolory aby stworzyć całą paletę barw.

Jednym z trafnych rozwiązań było zaprojektowanie swojego malunku tak aby zawierał kolory jakie już posiadam. Postanowiłam, że zacznę malować tylko w nich. W miarę jak moja praca będzie powstawać, jak będzie się wszystko pozytywnie rozwijać to wtedy dokupię brakujące kolory. Tak też zrobiłam.

Konkurs na malunek ścienny. Dojeżdżam rowerem. Maluję wino (bezalkoholowe).
Konkurs na malunek ścienny. Dojeżdżam rowerem. Maluję wino (bezalkoholowe).

Rób jak chcesz, ale to Twoje ryzyko – odpowiedzieli moi bliscy. Jednocześnie trzymali kciuki aby mój malunek wygrał. Widzieli szkic i ocenili, że całkiem niezły. Jako temat wybrałam markę wina bezalkoholowego o nazwie zamku w miejscowości nadmorskiej Salobreña.

W ustalonym dniu dostałam swój kawałek muru i zaczęłam malować. Poznałam moich konkurentów w liczbie tylko 5. Z rozmów z nimi wynikało, że myśleli o tym konkursie podobnie co ja. Udział wymaga dużego wkładu własnego a ryzyko na zostanie z niczym spore.

Zdecydowali się na udział ponieważ wszyscy byli bezrobotni. Tak samo jak ja szukali szans na podreperowanie budżetu. Chcieli wygrać. Choć wydaje się, że jeden chłopak potraktował to jako prowokację. Wykonał niezbyt ładny rysunek, który w ogóle nie miał nic wspólnego z marką.

Na namalowanie mieliśmy tydzień. Przychodziliśmy pod mur w dowolnych godzinach. Ja zgodnie z planem malowałam swoimi farbami. Postawiłam przed sobą kamerę na statywie aby nagrywała cały proces tworzenia. Potem zmontowałam wideo w przyspieszonym tempie aby widzieć jak powstawał obraz.

Wkręciłam się w malowanie zupełnie. Moja praca powoli miała ręce i nogi. Nabierała kolorów. Konkurenci zaczęli spoglądać na mnie z obawą. Choć (z wyjątkiem tego chłopaka od prowokacji) też mieli fajne prace. Osoby z firmy odpowiedzialne za konkurs przystawali i patrzyli. Mówili mi komplementy. Mój mąż często mi towarzyszył przy malowaniu. Zaczął twierdzić, że malunek staje się naprawdę super. Nawet poczuł, że jest dobrej myśli i mam szansę wygrać. Zdjęcia jego powstawania wysyłałam rodzicom, którzy zaczęli myśleć podobnie.

Rzeczywiście, wszystko szło w dobrym kierunku. Moje farby się kończyły. Wtedy zdecydowałam się kupić nowe. Wybrałam takie kolory, które mogłabym wymieszać oraz bardzo dużo bieli. Koszt nie był aż tak wysoki.

O tym jak wygrałam konkurs plastyczny, w którym udział mi odradzano

Nie jestem osobą szybką. Na dodatek wymyśliłam sobie pracę dość skomplikowaną z wieloma detalami. W trakcie wpadałam na nowe pomysły co by tu domalować, co zamalować, co poprawić. Czas uciekał a musiałam do końca tygodnia skończyć. Dostałam bakcyla i malowałam przez większość dnia. Przyjeżdżałam rowerem rano. Podczas sjesty jechałam do domu na obiad a na popołudnie znowu wracałam malować.

Doszło do tego, że malowałam nawet po zachodzie słońca, bo uparłam się aby dany fragment ukończyć.

Teraz ci, którzy udział mi odradzali zaczęli mnie nie tylko wspierać ale i pomagać. Mój mąż włączył się w pracę i już malował razem ze mną.

Talentu artystycznego jak twierdzi – nie ma, więc dawałam mu proste zadania np. wypełnić jakąś powierzchnię danym kolorem. Najzabawniejsze było jak świecił mi latarką po murze, kiedy już było ciemno abym widziała powierzchnię. :)))

O tym jak wygrałam konkurs plastyczny, w którym udział mi odradzano

W ostatni dzień odbyło się głosowanie. Głosowali ludzie z firmy. Od prezesów do pracowników z fabryki. Szczerze, po ich minach oboje z mężem czuliśmy, że patrzą pozytywnie na moją pracę.

Wieczorem mieli do nas dzwonić z ogłoszeniem wyników. Zadzwonił telefon.

To ja wygrałam!!!

Wiedziałem – odpowiedział mój mąż. Miałaś najlepszy malunek, ciężko się napracowałaś. Zasłużyłaś.

O tym jak wygrałam konkurs plastyczny, w którym udział mi odradzano

Wręczono mi nagrodę pieniężną. Wszystkim konkursantom podarowano karton napojów firmy.

Mąż, który wtedy też był bezrobotny przyznał, że to ja miałam rację aby zaryzykować. Nie wie co by było gdyby nie moja decyzja. Uratowałam nas. Dzięki mojej nagrodzie mogliśmy zrobić zakupy na święta i mieć na opłaty na kolejne miesiące.

Moi rodzice również mi pogratulowali. Cieszyli się z mojego sukcesu i stwierdzili, że rzeczywiście. Czasem warto iść za swoim głosem.

Zwycięstwo najlepszym jest dowodem na to, że to ty miałaś rację.

Ja cieszyłam się bardzo. Przez kilka dni chodziłam dumna z siebie, że udało mi się na to zapracować. Jednak z powodu mojej nadmiernej empatii zrobiło mi się żal moich konkurentów. Przecież to ktoś z nich mógł wygrać i ja mogłabym być teraz na ich miejscu. Przecież oni też włożyli w to swój czas i pieniądze na kupno farb. Też mieli talent. Też marzyli o nagrodzie. Też ciężko pracowali dzień w dzień (choć przyznam, że w noc byłam tylko ja). Też wiązali koniec z końcem. Teraz zostali jedynie ze skrzynką z bezalkoholowym koktajlem, ginem, winem i szampanem. Ironicznie mówiąc, nawet nie mieli jak się upić by odreagować przegraną.

Dużo myślałam o nich. Ciekawa byłam jak oni odbierali moje zwycięstwo. Czy zaakceptowali to? Czy rzeczywiście ocenili, że jednak to ja byłam lepsza? A może czuli zawiść i poczucie niesprawiedliwości? Może swoje prace uważali za lepsze? W mojej doszukiwali się negatywów uważając, że ci co głosowali mają kiepski gust. Albo to ja ich jakimiś sztuczkami zmanipulowałam.

To są normalne uczucia każdego kto doświadczył porażki i został pokonany. Znam je doskonale z innych sytuacji.

Nawet jak z tymi osobami rozmawiałam to owszem byli uprzejmi mili. W cztery oczy mi gratulowali, lecz skąd mam wiedzieć co myśleli? Jedna para artystów, która malowała swą pracę razem przystanęła pod moim malunkiem. To byli akurat ci konkurenci, z którymi nawiązałam najbliższy kontakt.

Zauważyli coś czego nie zauważyłam ja. Malowałam butelki z winem, które były pochylone. Poziom wina w nich powinien zgodnie z grawitacją być równoległy z ziemią. Tymczasem ja nie dopatrzyłam i namalowałam zgodnie z nachyleniem. Powiedzieli mi o tym, oczywiście z przymrużeniem oka i z żartem, z którego potem ja sama się śmiałam przyznając im rację.

Jednak z drugiej strony czy nie pomyśleli sobie – to niesprawiedliwe, że wygrywa malunek z podstawowymi błędami?

O tym jak wygrałam konkurs plastyczny, w którym udział mi odradzano

Znając nazwiska konkurentów poszperałam w sieci. Sympatyczny chłopak, który tak zawsze uprzejmie się do mnie uśmiechał podczas witania pod murem ma bardzo bogate portfolio. Namalował wiele świetnych prac. Na jego stronie znalazłam takie, co były wykonane na zlecenie. Może ten konkurs był dla niego po prostu małą przygodą a poza nim ma wiele ciekawszych i bardzie opłacalnych rzeczy do roboty. Wygląda na to, że stał się jednym ze znanych grafficiarzy w mieście. Większość ścian tutejszych budynków zdobią jego prace.

Ze wspomnianą parą przez jakiś czas utrzymywałam kontakt. Od czasu do czasu udawało zdobyć się im jakieś prace, z których zarobili pewnie więcej niż wartość nagrody.

Po tym od razu zrobiło mi się lepiej i już przestałam się rozczulać nad porażką innych, ponieważ pewnie mają jakieś swoje podstawy. Dalej świętowałam swój sukces, opijając go oczywiście trunkami bez alkoholu. Cieszyłam się, że wreszcie spotkało mnie coś pozytywnego.

O tym jak wygrałam konkurs plastyczny, w którym udział mi odradzano

W zeszłym roku pojawiła się kolejna okazja udziału w międzynarodowym konkursie na malunek ścienny. Takim z górnej półki. Organizował go nie byle kto a ratusz miasta Estepona. Tam od lat istnieje tradycja malowania murali na budynkach w celu ożywienia ich. Malunki te są tam dużą atrakcją kulturalną. Można by powiedzieć – galerią na wolnym powietrzu. Jest nawet szlak turystyczny prowadzący wzdłuż nich. Co roku artyści z całego świata tworzą nowe prace zdobiące miasto. Mają one ogromny prestiż.

Zarówno nagroda pieniężna jak i wsparcie konkursantów były bardzo atrakcyjne. Miasto zapewniało bardzo wysoki zadatek na nocleg, transport oraz materiały. Nic dziwnego. Ściany do wymalowania były wysokie na 30m. Konieczne było wynajęcie podnośnika czy rusztowania. Wcześniejszy konkurs nie dorastał temu do pięt.

Jednak im ambitniejszy konkurs, tym ostrzejsze kryteria. Moja praca odpadła już na etapie zgłaszania szkiców.

Mimo to nie zniechęciłam się. Jeśli po raz kolejny odbędzie się ten konkurs to jeszcze raz się do niego zgłoszę. Na pewno z inną i lepszą pracą. Przy takich warunkach i nagrodach, bez względu na szanse nie sądzę aby ktokolwiek mi udział odradzał.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, graficzka, blogerka, marząca także o pracy przy europejskich projektach z dziedziny kultury, próbująca swoich sił jako konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna. Bez wymówek"

Może Cię zainteresować...