Moja przygoda z grafiką. Część 1. Dzieciństwo i szkoła
Samo życie, Tworzę, W Polsce

Moja przygoda z grafiką. Część 1. Dzieciństwo i szkoła


Podzielę się z Tobą historią o tym jak przebiegała moja przygoda z grafiką. Jak się to wszystko zaczęło i jak rozwijało w ciągu mojego życia. Pierwszą część poświęcę dzieciństwu i szkole. Wtedy to poszukuje się swojej drogi, błądzi, ma problemy z poczuciem własnej wartości, czuje się zagubionym i jest się podatnym na wpływ okoliczności. Dopiero później zdobywa się więcej predyspozycji w kontroli nad tym wszystkim. Dokładnie tak było ze mną.

Już od dziecka objawiałam pewien talent artystyczny. Lubiłam rysować, malować, tworzyć, wymyślać. Nie zawsze wszystkie moje prace wychodziły ładnie i wybitnie ale zwracały uwagę rodziny i znajomych.

Zaczynałam od rysunków postaci z  ulubionych bajek. Moją ulubioną bajką były Smerfy. W szkole podstawowej koledzy i koleżanki co chwila prosili mnie „Narysuj mi Smerfa”. Na niebieskie skrzaty w moim wykonaniu miałam masę „zamówień”, że się nie wyrabiałam. Zanosiło się, że swoją przyszłość powinnam związać właśnie z plastyką.

Rodzice zapisali mnie na Ognisko Plastyczne, na które chodziłam po lekcjach. Uczęszczały na nie faktycznie wszystkie dzieciaki z miasta objawiające swoje talenty albo poszukujące ciekawych zainteresowań. Chodził też na nie mój brat, mimo że potem nie zajmował się sztuką ani razu.

W zabytkowej kamienicy, gdzie w każdym pomieszczeniu stał kaflowy piec mieliśmy zajęcia z rysunku, malarstwa i lepienia z gliny. Najbardziej interesowało mnie to ostatnie.

Do dziś pamiętam tę starą wannę wypełnioną gliną mieszaną z wodą oraz masywny drewniany stół, na którym lepiliśmy swoje dzieła.

Uwielbiałam te zajęcia, spędzaliśmy je w wesołej atmosferze, żartując a nawet obrzucając się kulkami z gliny.  Zwykle byłam osobą nieśmiałą, wyobcowaną, mającą mało znajomych. Ale jakimś cudem z dziećmi i nauczycielami z ogniska nawiązywałam świetny kontakt.

Z okazji Dnia Dziecka wychowankowie Ogniska malowali na ścianach pod mostem w parku. Potem każdy spacerowicz przechodził tam pomiędzy kolorowymi rysunkami. Każde dziecko miało wydzieloną część ściany. Tematy były różne np. kim chciałbyś zostać w przyszłości.

Nie miałam na to pomysłu, sama nie byłam pewna kim chcę być. Ale skoro tutaj stoję i maluję, to niech będę… malarką. Namalowałam siebie przy sztaludze. Fotoreporter nawet zrobił mi zdjęcie, które trafiło do lokalnej gazety.

Pyszna zabawa. Stary artykuł w prasie. Dzieci z ogniska plastycznego, w tym ja malują pod mostem w parku.

Natomiast mój brat (namalował, że chce być piłkarzem) zdobył wyróżnienie i został wymieniony w artykule. Tak więc fajnym trafem… znaleźliśmy się w nim oboje 😉

Po szkole to ja przychodziłam do mojej mamy do pracy, ponieważ jej zakład znajdował się w pobliżu. Czekałam gdzieś na zapleczu jej biura aż skończy pracować i pójdziemy razem do domu. Aby się wtedy czymś zająć brałam kartki, długopis i rysowałam własne komiksy lub pisałam wierszyki tworząc do nich ilustracje.

Wymyślałam różne postaci i historyjki. Główną postacią był chłopczyk o dziwnym imieniu Guzio (chyba zdrobnienie Gustawa).

Imię to wymyśliła koleżanka z klasy, która czasem ze mną tam przychodziła i towarzyszyła podczas rysowania.

Mama i jej znajomi z pracy szybko to zauważyli i zaczęli oglądać moje prace. Stwierdzili, że te historyjki są naprawdę dobre, zabawne, pełne emocji i dynamizmu. Widać w nich moją wielką wyobraźnię.

W miarę jak otrzymywałam pozytywne komentarze o swoich rysunkach moje marzenia zostały rozbudzone.

Zamarzyłam sobie, że gdy będę dorosła to zostanę animatorką i będę wymyślać kreskówki dla dzieci niczym Walt Disney.

Jednak marzenie te zostało szybko zgaszone a moja wiara w siebie zachwiana. Moje rysunki zostały pokazane pewnej osobie, która się zna na sztuce. Osoba ta stwierdziła, że faktycznie, mam jakiś talent i wyobraźnię ale moim pracom brakuje estetyki i poczucia proporcji. Robi one są jakby na odwal. Faktycznie, były to raczej szybkie i koślawe szkice robione długopisem. Nie miałam wtedy w sobie takiej wytrwałości aby skrupulatnie dopracowywać każdy detal.

Wtedy jako dziecko nie miałam jeszcze poczucia i wytrwałości, że aby nabrać wprawy i poprawić swoje defekty należy dużo ćwiczyć. Odebrałam to jako, ze jednak jestem beznadziejną artystką.

Zresztą oceny na lekcjach plastyki były podobne, takie, że mam do tego talent i pasję ale wszystko wykonane jest szybko, niechlujnie i brzydko.

Zaczęłam wtedy porównywać moje rysunki i obrazy z pracami innych dzieci. Dostrzegałam, że to co stworzyli inni jest o wiele ładniejsze i estetyczniejsze. Zaczęłam popadać w kompleksy, że nigdy nie dorównam ich poziomowi.

Potem w rozmowach z rodziną o tym kim mogłabym zostać w przyszłości, gdy rzuciłam, że będę plastykiem to padło stwierdzenie, że plastyk mało zarabia. Chyba, że znany. To wzbudziło we mnie pierwsze wątpliwości, czy to rzeczywiście właściwy kierunek. Trochę dziwiło mnie, że osoby, które dostrzegały we mnie talent nagle zdejmują mi różowe okulary i sprowadzają na ziemię. Za bardzo wzięłam to do siebie.

Jako osoba wysoko wrażliwa zamiast bardziej oddać się sztuce zniechęciłam się do plastyki.

Od drugiej połowy podstawówki rysowałam coraz mniej i mniej aż… całkowicie zaniechałam.  Może jednak się do tego nie nadaję. Zresztą miałam na to coraz mniej czasu bo zajęłam się nauką. Odrabianie lekcji zajmowały mi całe popołudnia i weekendy.

Większość prac z biura mojej mamy się nie zachowało. Stopniowo ginęły podczas porządkowania i remontów. Mam wprawdzie je zbierała w teczki ale utonęły w stercie innych papierów. Jakoś nie żałowałam, że tak się stało. Zresztą skoro ktoś je wziął za gryzmoły, to rzeczywiście były gryzmoły. Teraz myślę, że trochę szkoda. Dziś rozumiem, że nawet gryzmoły mogą mieć swoją wartość lub zostać ożywione.

Szczęśliwie ocalał np. ten ilustrowany, dziwaczny wierszyk. Do dziś nie kumam o co w nim chodziło ale wywołuje usmiech na ustach moich i tych, ktorzy go czytają.

W liceum też praktycznie nic nie rysowałam. Choć niektóre koleżanki, które znały mnie wcześniej przypominały mi o tym, że mam talent. Próbowały skłonić do rysowania a nawet nakręcały opinię, że jestem artystyczną duszą.

Jedyna praca jaką wtedy zrobiłam to była karykatura naszego wychowawcy przygotowana na chrzest pierwszoklasistów.

Każda pierwsza klasa musiała taką wykonać. Nasz wychowawca był fizykiem i pasjonatem narciarstwa lecz facetem o dość korpulentnych rozmiarach. Namalowałam go jak zjeżdża na nartach po równi pochyłej opatrzonej fizycznymi wzorami. Koledzy z klasy zaprezentowali ją na scenie i ogólnie byłam z niej dumna.

Jednak z zazdrością spojrzałam na karykaturę innej klasy, która też miała swojego plastyka o wiele większym talencie, takiego z prawdziwego zdarzenia. Zrobił on kilka szkiców wychowawcy wykonującego różne zabawne czynności. W porównaniu z moją dziecinną karykaturą te jego były naprawdę profesjonalne, z idealnymi proporcjami, na poziomie prawdziwego artysty na dodatek zaprezentowany w nietypowy lecz prosty sposób, na który sama bym nie wpadła. Każda osoba w klasie trzymała kartkę z innym szkicem.

Owszem, szczerze gratulowałam tej klasie pomysłu. Ale zdałam sobie sprawę, że są lepsi ode mnie i nigdy takim nie dorównam. Znów uleciała ze mnie pasja do plastyki. Znów nie miałam kompletnie czasu na rozwijanie jej, gdyż w LO było więcej nauki i lekcji do odrabiania. Od czasu karykatury nie zrobiłam żadnej konkretnej pracy plastycznej przez całą szkołę średnią.

Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, że w LO instynktownie robiłam coś co może być powiązane z grafiką i kompozycją tekstu. Tym czymś były po prostu moje… zeszyty.

Bardzo zadbane, starannie prowadzone, z zaznaczeniem najbardziej istotnych rzeczy w wielu kolorach, z przemyślaną kompozycją notatek. Tak aby łatwiej można się było się z nich uczyć i szybko znaleźć w nim tego co się szuka. Moje zeszyty były idealne dla wzrokowca. Wiele osób, nauczyciele, rodzice się nimi zachwycali. Koleżanki wciąż pożyczały aby przepisywać notatki (prze z to czasem zeszyty nie wracały do mnie na czas).

Na przekór moje pismo nie jest ani ładne i ani czytelne. Raczej do dziś bazgrzę jak kura pazurem, koślawo, szybko i bez  poczucia estetyki. Tyle, że piszę brzydko kiedy muszę zrobić szybkie notatki kiedy nauczyciel gada. Gdzie tu czas na to by wszystko od razu ładnie spisać.

Ja po prostu robiłam te notatki w brudnopisie słuchając nauczyciela, kiedy nie ma czasu aby natychmiast to wszystko ładnie spisać. Dopiero w domu brałam normalny zeszyt i wszystkie je do niego przepisywałam ładnym i estetycznym pismem. Na tym polegało moje odrabianie lekcji. Podczas tego przepisywania wiele się nauczyłam, bo wzrokowo wszystko wchodziło mi w pamięć.

Niekiedy dostawiałam dobre stopnie ekstra właśnie za zeszyt, gdyż do pokazania nauczycielom miałam te już przepisane. Szczególnie ładne miałam zeszyt do historii i biologii. W tym drugim mogłam pozwolić sobie na robienie rysunków np. anatomii ciała ludzkiego. Lubiłam je przerysowywać na podstawie szkiców nauczycieli na tablicy i książek. Były one bardzo czytelne.  Również podczas nauki do matury sama przygotowywałam sobie wizualnie materiały do nauki, które bardzo mi pomogły.

Pod koniec liceum stanęłam przed trudnym wyborem co dalej w życiu robić. Oczywiste było, że idę na studia.

Tylko jakie? Czy uda się dostać tam gdzie chcę skoro na jedno miejsce jest wielu kandydatów? Co robić jeśli się nigdzie nie dostanę?

Wyszło tak, że zdawałam na zupełnie dwa skrajne kierunki. Tym pierwszym była… farmacja. Nie miałam z tym jakiś specjalnych zainteresowań. Jednak byłam w klasie o profilu biol-chem, co mnie ukierunkowywało.  Rodzice też uważali, że to dobra, pewna droga kariery. Słyszałam opinie, że po farmacji masz szansę na dobrą, spokojną pracę w aptece czy laboratorium, ale też takie, że to bardzo ciężkie studia, gdzie ledwo co skończysz zajęcia to po nich musisz od razu wracać do książek i kuć łacińskie nazwy po nocach. Kompletny brak czasu na życie towarzyskie, imprezy i pasje.

Postanowiłam podejść do egzaminów nie będąc pewna czy robię to z własnego wyboru, czy narzuca mi to otoczenie. Moją osobistą motywacją była chęć przeprowadzki do Gdańska, gdzie jest Akademia Medyczna z kierunkiem Farmacja. Bardzo mi się to miasto podobało.

Niestety zabrakło mi punktów. Mój egzamin był jedną wielką porażką. Miały być na nim pytania z biologii i chemii. Liczyłam na równowagę w obu przedmiotach. Tymczasem 90% pytań okazało się zadaniami na liczenie z chemii. Nie poradziłam sobie z nimi a konkretnie nie zmieściłam się w czasie aby je wszystkie skończyć.

Tutaj musze przyznać, że oblałam z mojej winy, gdyż byłam niedouczona. Nie uczyłam się tak wytrwale jak do matury, którą niecały miesiąc wcześniej zdałam spektakularnie. Nie zmobilizowałam się aby siąść i wykonywać po kilkadziesiąt zadań dziennie. Miałam po prostu problemy osobiste. Zaraz po maturze zostawił mnie chłopak. Ponownie spadło moje poczucie własnej wartości. Byłam tym tak przybita, że nie byłam się w stanie uczyć.

Może farmacja nie była jednak dla mnie? Może w tym zawodzie nie czułabym się dobrze i z racji tego nie byłabym dobrą farmaceutką? W takich sytuacjach egzamin rzeczywiście robi ostrą selekcję. Czasami zastanawiam się co by było gdybym się zawzięła, nauczyła porządnie na ten egzamin, zdała go, zamieszkała w Gdańsku i ukończyłam te studia. Ciekawe jak potoczyłoby się moje życie. Co bym robiła? Gdzie pracowała? W jakim miejscu byłabym teraz? Ciekawe czy nie w lepszym niż obecnie?

Szkoda, że jak się jest młodym to nie jest się tak mądrym jak w późniejszych latach życia. Aby poradzić sobie z depresją mogłam wziąć się w garść i znaleźć ujście właśnie w nauce.

Albo w… sztuce.

Była jeszcze druga opcja studiów. Na Politechnice w moim mieście zaledwie kilka lat wcześniej otwarto nowy kierunek o nazwie Wzornictwo. Był on artystyczny i można było wtedy zrobić specjalizację we wzornictwie przemysłowym, projektowaniu wnętrz i komunikacji wizualnej (obecnie jest ich więcej). Zapowiadał się ciekawie a mi przypomniały się dawne talenty i pasje do plastyki. Także rodzina i otoczenie mi to sugerowali.

Niestety znów nie miałam pewności siebie. Uważałam się za kiepską artystkę, co robi dziecinne prace. Przez całe LO miałam długą przerwę od tworzenia, rysowania, malowania. Co będzie jak obleję kolejny egzamin na studia?

Aby iść na ASP (też jest w Gdańsku) nawet sobie nie wyobrażałam. Egzamin choć zupełnie inny wydawał mi się tam trudniejszy niż na farmację. Przede wszystkim nie miałam własnej teczki z pracami, której pokazanie było pierwszym etapem egzaminu. Czułam wtedy, że nie zdążyłabym wykonać sobie takiej kompletnie od zera.

Na szczęście na Wzornictwo w moim mieście nie było etapu teczki. Od razu przystępowałaś do egzaminu praktycznego, który trwał 4 dni. Dzień 1 – rysunek, dzień 2 – malarstwo, dzień 3 – predyspozycje projektowania, dzień 4 – test z historii sztuki. Ten egzamin nadal jawił mi się jako trudny i taki, do którego nie mam kompletnie przygotowania. Czy nie porywam się czasem z motyką na słońce?

Postanowiłam jednak znaleźć sposób, który chociaż trochę mnie przygotuje. Próbowałam na własną rękę coś rysować. Tworzyłam własne szkice. Kupowałam samouczki. Jednak szło mi to topornie i koślawo.

To już nie był rysunek dziecka tylko obserwacja, badanie, kreślenie linią, proporcje. Nigdy wcześniej nie miałam z tym do czynienia.

Tak się złożyło, że gdzieś pomiędzy terminem egzaminu na farmację a wzornictwo poznałam pewną panią, która jest artystką. Spytałam się ją czy mogłaby mi udzielić paru lekcji rysunku i malarstwa. Chodziłam regularnie do jej pracowni. Ona ustawiała mi martwe natury a ja je rysowałam ołówkiem czy sepią lub malowałam farbami. Początkowo trudno było to robić gdyż ostatni raz stałam przy sztaludze na ognisku plastycznym jako 10 – letnie dziecko.

Rysowałam i malowałam na ile mogłam. Ona twierdziła, że wciąż wiele mi brakuje i powinnam dużo ćwiczyć. Była tą osobą, która po raz pierwszy wyjaśniła mi tak na chłopski rozum o co z tymi proporcjami chodzi.

Na przykładzie, że gdy rysujesz dziecko co trzyma piłkę, która jest mniejsza od jego głowy to nie możesz narysować jej większej. Albo jak coś jest na drugim planie to musi być odpowiednio mniejsze od tego co na pierwszym. Proporcje to zespół ujętych liczbowo między częściami a całością dzieła sztuki. Wiążą się z pojęciem harmonii, rytmu i ładu. Ustala się kanon, czyli reguły pomiarów i wzajemnych relacji oraz moduł jako jednostkę miary. Przedstawiła mi na czym polega złoty podział odcinka i perspektywa.  

Moje wnioski były takie, że nie ważne jaki styl sztuki uprawiasz – PROPORCJE MUSZĄ BYĆ ZAWSZE. Nawet w abstrakcji. Koniec i kropka!

Moje martwe natury z tych lekcji nie były bardzo dobre. Może nawet poniżej przeciętnej. Mimo to tworzyłam je w uparcie i stopniowo stawały się coraz lepsze.

Parę z tych prac zachowały się. Gdy je odkopałam zainteresowała się nimi moja przyjaciółka. Właśnie urządzała swoje nowe mieszkanie. Dziś tamte nieudolne obrazy początkującej artystki z zachwianymi proporcjami zdobią ściany mieszkania przyjaciółki i jak ona mi mówi… bardzo lubi na nie patrzeć. Zdarza się, że jak ktoś ją odwiedza to zwraca na nie uwagę i pyta się kto to malował. Na obrazach widnieje mój autograf.

Moja przygoda z malarstwem. Jeden z moich pierwszyh obrazów co zdoi mieszkanie przyjaciółki
Moja przygoda z malarstwem. Jeden z moich pierwszyh obrazów co zdoi mieszkanie przyjaciółki

Cieszy mnie, że coś co dla mnie wydawało się kompletną klapą dla kogoś innego jest bardzo dobre.

Z drugiej strony co innego jest zrobienie czegoś dla przyjaciółki a co innego na ważnym egzaminie, na studiach na zaliczenie nie mówiąc już o pracy za pieniądze. O tym miałam się przekonać w następnych latach oraz, że nauka tak naprawdę nigdy się nie kończy.

Zresztą czasu na naukę do tego akurat egzaminu miałam niewiele. Wkrótce miał się odbyć a ja znów czułam się „niedouczona”.

CDN…


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, blogerka, grafik, szukająca pracy... jakiejkolwiek, choć fajnie gdyby to była praca marzeń na czas nieokreślony, konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna artystka szuka pracy".

Może Cię zainteresować...