Moja ciąża, poród i początki macierzyństwa. Jestem dowodem na to, że może być idealnie
Samo życie, Za granicą

Moja ciąża, poród i początki macierzyństwa. Jestem dowodem na to, że może być idealnie


Zaszłam w ciążę po roku starania się o upragnione dziecko. Czy to szybko? Nie wiem. Jednak rzadko co w życiu niczym moja ciąża, poród i początki macierzyństwa tak idealnie się układa. A nawet przerasta Twoje oczekiwania.

Hiszpańska lekarka powiedziała nam, że dopiero po roku nieudanych prób zajścia w ciążę powinniśmy się zgłosić na badania czy z naszym zdrowiem jest w porządku i w celu wykrycia co stoi na przeszkodzie. Minął rok. Poszliśmy do przychodni. Mieliśmy się przebadać ja i mąż.

Pierwsza byłam ja. Wykonałam badanie krwi, w którym wyszło, że mogłabym mieć jakieś utrudnienia. Ale w tym wyniku coś jeszcze się nie zgadzało. Zalecono badanie powtórzyć. Tylko że żaden najbliższy termin pobrania krwi mi nie pasował, ponieważ za kilka dni miałam lecieć do Polski. Wobec tego kazano mi się zgłosić po powrocie.

My staraliśmy się normalnie dalej. Mąż też postanowił poczekać ze swoim badaniem do mojego powrotu aby wszystko zrobić razem. Żartował, że pewnie w Polsce okaże się, że jestem w ciąży. I wiecie co? Nieprawdopodobne! Dokładnie tak się stało.

Okres spóźniony o tydzień. Piersi mam nabrzmiałe jak nigdy. Coś dziwnego się ze mną dzieje. Zatem pora na test ciążowy. W jego instrukcji pisało, że trzeba odczekać kilka minut, bo druga kreska może pojawić się później i nawet jak jest niewyraźna to się liczy jako wynik pozytywny.

Mi kreska określająca ciążę wypłynęła natychmiast i była bardzo wyraźna. Zaspany mąż, który był po drugiej stronie komórki aż się obudził, bo zerwałam go bardzo wcześnie by ten test robić. Wielka radość. Wreszcie się udało. Od razu poleciałam do ginekologa. Kazał przyjść za tydzień do drugiej kontroli, bo wtedy powinno wykształcić się serduszko. Od tego momentu będzie pewność, że dziecko jest w drodze. Następnego dnia ogłosiliśmy dobrą nowinę naszym rodzicom, którzy byli niecierpliwi aby mieć z naszej strony wnuka. Potem rodzeństwu. Aż się popłakali. Serduszko dzieciątka wyszło zgodnie z planem.

Wykryłam swoją ciążę bardzo wcześnie, bo już w trzecim tygodniu. Data poczęcia przypadła dokładnie na Walentynki, dzień w którym leciałam do Polski. Biorąc pod uwagę, że dochodzi do tego w kilka godzin po to spekulowaliśmy, że komórki mogły połączyć się na pokładzie samolotu. Może dziecko będzie pilotem – żartowałam sobie.

Jeszcze bardziej zabawne było to, że po powrocie do Hiszpanii miałam kontynuować badania i rozpocząć ewentualne leczenie bezpłodności. Tymczasem wróciłam w ciąży i rozpoczęłam jej prowadzenie. Droga pani doktor. Zmiana planów 🙂

Jak to możliwe? Da się?

No… da się!

Pierwszy trymestr. Podobno będę miała nudności. Będę cały czas rzygać a mąż będzie trzymał mi włosy pochylonej nad kiblem aby nie wpadały do muszli. Nic z tych rzeczy.

Rzygnęłam tylko raz. Dlatego tak dobrze to pamiętam. Było to jeszcze przed wykryciem ciąży. Tego dnia byłam po kilkugodzinnej podróży pociągiem, kiedy to wiadomo – nie je się wtedy zbyt zdrowo. Byłam niewyspana po zaledwie 3 godzinach snu i co najgorsze przeziębiona z ogromnym katarem. Od ciągłego smarkania bolała mnie głowa i czułam się fatalnie. Dlatego nie sądzę, by miało to związek z ciążą.

Działo się to podczas wizyty w gościach, którzy po moim wyjściu z toalety zaproponowali… kielicha na rozluźnienie. Odmówiłam, ponieważ uznałam, że to tylko pogorszy samopoczucie i jeszcze mi zaszkodzi. Przypominam, że nie wiedziałam jeszcze o ciąży. Czyżby intuicja? Uzdrowiła mnie wspaniała atmosfera i ciekawe rozmowy, bez alkoholu. Już godzinę później czułam się doskonale. Od tej pory nigdy więcej w czasie całej ciąży nie zebrało mi się na wymioty.

Może tylko nad ranem czułam się jakoś dziwnie, tak jakbym miała mniej siły. Były lekkie zawroty głowy. Ale nie powiem, że był to tak fatalny stan, który rozwalił mi cały dzień. Za to dała się we znaki nadmierna senność. Po południu głowa mi sama leciała. Zgodnie z potrzebą pozwalałam sobie na drzemkę podczas której wysypiałam się doskonale. Rodzina tym bardziej mnie do niej namawiała, bo powinnam więcej odpoczywać. Kocham spać więc to nie była żadna dolegliwość tylko sama przyjemność.

Bardzo lubiłam regularne kontrole lekarskie podczas prowadzenia ciąży. W Hiszpanii ciążę prowadziła mi lekarka pierwszego kontaktu w mojej przychodni. Ona robiła mi USG. Natomiast pielęgniarka badania krwi, testy glukozy itp. W program wchodziły cztery wizyty w szpitalu położniczym u specjalisty, gdzie miałam robione bardziej szczegółowe USG mające ustalić stan zdrowia dzidziusia.

Tatuś dziecka specjalnie na wszystkie moje szpitalne kontrole brał sobie wolne. Szczególnie dla niego było niesamowite widzieć rozwijające się dziecko na ekranie monitora, patrzenie gdzie główka, gdzie nóżka, gdzie serce. Oczywiście dla mnie jako przyszłej mamy też. To była taka nadzieja, że teraz życie się zmieni i będzie ciekawie, że wszystkie inne pierdoły którymi się przejmowaliśmy są bez znaczenia. Teraz będziemy mieli dla kogo żyć.

Co najważniejsze dziecko było zdrowe i rozwijało się prawidłowo. W 20-tygodniu ginekolog oglądając je na USG leciał po wszystkich jego narządach i je mierzył. Wymieniał dany narząd i kazał notować położnej jego wymiary i stan, aż doszedł do siusiaka mówiąc normalnie „Siusiak”. OK”. Wtedy wtrąciliśmy mu się w zdanie pytając „To znaczy, że to chłopczyk?” Tak, to chłopczyk. Ma siusiaka. Bardzo dobrze widać. Będziemy mieli synka. Mogliśmy już wybrać mu imię.

Mieliśmy jeszcze grupowe spotkania w przychodni z sympatycznym położnym i jednocześnie doradcą laktacyjnym (tak, to był facet 🙂 ) o tym jak przebiega poród, jak się do niego przygotować i bardzo dużo na temat karmienia piersią. Było też parę zajęć z oddychania. Nie uczęszczałam na żadne inne dodatkowe prywatne kursy. Byłam tylko na tych. Wystarczyły.

Czy bałam się porodu? Oczywiście, choć starałam sobie nie wyobrażać jak będzie. Wszyscy zapewniali, że w szpitalu, w którym mam rodzić znieczulenie jest normą. Uspokajały mnie dobre opinie koleżanek, co już tam rodziły.

Drugi trymestr. Ponoć czas, kiedy ciężarna czuje się najlepiej. To akurat się potwierdziło, bo u mnie wszystko było albo lepiej niż być mogło albo dobrze kiedy miało być dobrze. Czułam się doskonale i byłam w świetnej formie zarówno fizycznej jak i psychicznej. Nic nie pomogło mi na pozbycie się stanów lękowych, depresji czy poczucia niskiej wartości jak właśnie ciąża.

Miałam większą potrzebę bliskości i stałam się bardziej sentymentalna. Niektóre rzeczy mnie wzruszały. Oglądałam wtedy jakiś serial, gdzie losy jego bohaterów bardzo mnie poruszały. Pamiętam że jeden aktor tego serialu nawet mi się podobał i uznałam go za najprzystojniejszego faceta na świecie, którego chciałoby się mieć. Zarówno wygląd jak i osobowość. A ponieważ mam już tatusia dziecka to zamarzyłam sobie, aby mój synek właśnie tak wyglądał.

Przyznam, że te sentymentalne momenty czasem wybijały mnie z rytmu. Ponieważ w wykonywaniu swoich zaplanowanych zadań stałam się jakby powolna i często robiłam przerwy by sobie pomarzyć. Ale przynajmniej ten stan był bardzo przyjemny.

Niestety ten wspaniały czas drugiego trymestru zniszczyła mi alergia na pyłki, która przypada w Hiszpanii na maj i czerwiec. Przechodzę ją bardzo ciężko tak, że mam dosłowny potok z nosa a nawet się duszę. Kaszlę i kicham. Prawie nie mogę oddychać. Nie ma od tego ucieczki, bo powietrze jest skażone pyłkami. Maseczka ochronna jest nieszczelna. Lekarka nawet pozwoliła mi brać leki antyhistaminowe.

Bardzo trudny był dla mnie moment nadymania się podczas smarkania, kichanie i kaszel. Musiałam to robić ostrożnie. Najgorsze były poranki po przebudzeniu. Szłam do kibla by wszystko odpluwać i dysząc tak głośno, że słyszał mnie cały blok. Moje sąsiadki to potwierdziły. Słychać było bardzo dobrze, że te odgłosy dochodzą głownie z kibla. Jedna drugiej pytała się co tej Dorocie może dolegać. „Przecież ona jest w ciąży” – przypomniała jej druga. Później to ja musiałam sprostować mówiąc im, że to nie przez ciążę tylko przez alergię. To zabawne jak ludzie oceniają po pozorach.

Może to był jedyny największy minus tych miesięcy. Ale gdybym nie miała alergii, która występowała zupełnie niezależnie to wszystko byłoby w 100% super a drugi semestr wręcz magiczny.

Powiem wprost. Może z różnych powodów męczyłam się ale nigdy z powodu ciaży.

Jak to możliwe? Da się?

No… da się!

Brzuszek mi rósł. Później czułam już pierwsze ruchy dziecka i kopnięcia a raczej były to popychanie mnie od środka, które wyczuwał nawet tatuś pod podczas głaskania po brzuchu.

Trzeci trymestr. Mój brzuszek jest już duży. Raz tatuś nawet dostał od małego kopniaka w tył głowy kiedy oparł się nią o mój brzuch. Od razu zawalał do małego po imieniu, tak jakby był tu obok z nami.

Przez całą ciążę wyglądałam super. Wręcz promieniałam aż sama się sobie dziwiłam. Przestały mi wypadać włosy. Zęby też mi nie wypadały i się nie psuły. Skóra zrobiła się gładka i lśniąca.

Robiłam sobie zdjęcia co tydzień. Lubiłam się oglądać w lustrze i na tych zdjęciach. Byłam nawet szczuplejsza niż przed ciążą. Dostawałam masę komplementów. Miałam zachowaną swoją sylwetkę taką jaką miałam przed. Tylko z brzuszkiem. Odbyłam sesję ciążową. Fotografowałam się na plaży w bikini. Powiem szczerze, że nigdy w życiu tak bardzo się sobie nie podobałam.

Praktycznie nie tyłam, mimo że pozwalałam sobie kilka razy w tygodniu na kaprysy takie jak ulubiona neapolitanka z czekoladą z piekarni pod blokiem.

Czy miałam zachcianki? Czasami. Ale nigdy na żadne dziwactwa, tylko na to co już lubiłam czyli np. na pizzę, placki po węgiersku czy dania meksykańskie z sosem czosnkowym. Będąc na mieście spontanicznie leciałam do baru czy pizzerii na drugie śniadanie. Oczywiście pod koniec ciąży nie mogłam już wrzucić w siebie aż tyle jedzenia.

Owszem, była zgaga i bolesne zaparcia. Ale nie zakłóciło mi to aż tak bardzo pozytywnego samopoczucia. Nie czułam też absolutnie żadnego obrzydzenia na niektóre potrawy ani nie śmierdziały mi pewne zapachy.

Ale ogólnie jadłam zdrowo, normalnie, lecz nie za dwóch. Podobno dziecko w przyszłości polubi to co mama jadła w ciąży. Na pytanie ile przytyłam odpowiem, że nie więcej niż 6 kg. Niektórzy dziwili się, że tak mało. W połowie ciąży nawet zaczęłam chudnąć. Ale nie kwestionował tego żaden lekarz. Według nich u mnie było wszystko OK. Więc pozostało się cieszyć, że dodatkowe kilogramy nie są u mnie problemem. Myślę, że miałam podwójnie szybszą przemianę.

Ciuchy nosiłam normalne, tylko trochę luźniejsze. Wchodziłam w nie bez problemu. Ciążowych miałam niewiele, jedynie dżinsy z gumką w ostatnich tygodniach.

Ponieważ ja i dzidziuś byliśmy zdrowi nic nie stało na przeszkodzie abym prowadziła aktywny tryb życia. Oczywiście z zachowaniem ostrożności i pytaniem się lekarzy co mogę a co nie. Przez całą ciążę dużo chodziłam pieszo a na jej początku nawet mogłam biegać lekkim truchtem. Nie było to dla mnie wielkim problemem. Może trochę przy wchodzeniu pod górkę miałam lekka zadyszkę. Ale nie powiem że czułam się jak worek kamieni. Nie było mi ciężko, nie pociłam się.

Regularnie uczęszczałam na basen, pływałam, brałam udział w zajęciach z aquagym i aquazumba. Zrezygnowałam jedynie z roweru i ćwiczeń na siłowni. Jeździłam na wycieczki. Zwiedzałam miasta wraz z moimi gośćmi. Wspinałam się na zabytkowe twierdze. Pływałam w morzu.

Dzień po pamiętnej wizycie kontrolnej, na której powiedziano, że będzie chłopiec poszłam to uczcić wybierając się na słynną trasę w Andaluzji El Caminito del Rey. Nie było przeciwwskazań. Trasa tylko z pozoru wygląda na trudną, tak że koleżanki widząc zdjęcia mówiły „Dorota, uważaj na siebie i nie przesadzaj.” W rzeczywistości jest to płaska drewniana kładka wzdłuż stromych ścian. Nic trudnego.

Parę razy w ciąży leciałam samolotem. Raz płynęłam statkiem. Synek w brzuszku jechał praktycznie wszystkimi możliwymi środkami transportu. Był w trzech swoich krajach – w Polsce, w Hiszpanii i w Maroku.

Przede wszystkim realizowałam normalnie swoje plany starając się wiele spraw zrobić przed porodem. Blogowałam na Kropla Arganu, uczyłam się do egzaminów EPSO i oczywiście jakby nigdy nic normalnie szukałam pracy mając gdzieś co potencjalni pracodawcy myślą o moim stanie. Jak się czegoś bardzo chce to znajdzie się sposób. A jak ktoś Cię z tego powodu odrzuci (były takie przypadki) to znaczy, że nie był Ciebie wart.

Puchnące stopy? Ból pleców? Czekałam kiedy to się zacznie. Nigdy się nie zaczęło. Nie puchły mi stopy. Nie zrobiły się jak u słonicy. Miałam takie jak zawsze i mogłam nosić normalne buty. Plecy też mnie nie bolały. Za to w trzecim trymestrze trochę pobolewało mnie od dołu prawe żebro. Pomagało mi masowanie punktowe. Więcej bóli już nie miałam. Nie licząc tych na 2 tygodnie przed porodem podobnych do bóli miesiączkowych. Ciało się tak przygotowuje do ważnego momentu.

Z brzuchem trudno będzie mi się ogolić poniżej pasa i pomalować paznokcie u stóp. Ludzie! To żadna tragedia tylko powód do śmiechu. Kobieta jest na tyle elastyczna, sama dojdzie jakie pozycje przyjąć i da radę.

Aha, podobno w ciąży miałam co chwila sikać. Ledwo co zrobię to znów się chce. Taaaaa! Ochotę na siku miałam normalną tak jakby ciąży nie było. Tylko raz ok 6:00 w nocy (to dla mnie noc, nie poranek) wstawałam do kibla. I to nie zawsze. Nie zauważyłam jakiejś zwiększonej potrzeby.

Ciąża to był dla mnie pikuś. Bardziej w ciągu życia to mi się chciało siku jeszcze przed ciążą… po wypiciu zwykłej kawy. Nie mogłam jej pic poza domem wiedząc, że będzie brak dostępu do kibla.

W najlepszym drugim trymestrze stwierdziłam „Fajnie jest być w ciąży”. Zdania nie zmieniłam aż do porodu.

Jak to możliwe? Da się?

No… da się!

Moja ciąża, poród i początki macierzyństwa. Jestem dowodem na to, że może być idealnie

Poród zaczął się dwa dni po terminie. Można by rzec, że prawie w terminie. Była 1:00 w nocy. Mąż i teściowa już spali. Ja jak typowy nocny Marek czytałam sobie jakiś ciekawy tekst w sieci. Nagle poczułam bóle podobne do menstruacyjnych i potrzebę. Poszłam do toalety i spostrzegłam symptomy, że szyjka macicy się odetkała. Krwawiłam. To musi być to! Zaczęłam trząść ze strachu się jak galareta a zęby same mi zgrzytały. Obudziłam domowników. Teściowa potwierdziła, że to jest to. Oni przygotowywali moje dwie wcześniej spakowane walizki do szpitala (jedna moja druga dzidziusia).

Ogarnianie się zajęło nam prawie godzinę, choć to było przez moje posiedzenie w kiblu (naturalne oczyszczenie przed porodem) mimo że mieliśmy nakaz stawienia się w szpitalu jak najszybciej. Miałam pozytywny wynik badań na pewną bakterię i musiałam być natychmiast podłączona do antybiotyku dożylnie na cały poród aby chronić dzidziusia przed zakażeniem.

Nie miałam jeszcze żadnych skurczów ani chluśnięcia wód płodowych. Czułam się tak jakbym miała okres.

Zadzwoniłam szybko do rodziców w Polsce aby zawiadomić ich, że chyba rodzę. Wsiedliśmy w samochód. Pojechaliśmy do szpitala, do którego mieliśmy 15 minut. Był początek listopada. Padał deszcz. Drogę zablokowała nam śmieciara. Musieliśmy stać kilka minut w ulewie czekając jak skończy robotę i pojedzie.

W szpitalu wszyscy na nasz widok popukali się w głowę. To z powodu naszych walizek, które wyglądały jak na podróż. Po co nam targać tyle rzeczy. Przecież wszystko jest na miejscu. To prawda, w szpitalu dano nam wszystko co potrzebne. Pidżamy, podpaski, pieluchy, środki opatrunkowe, kosmetyki. Myślę, że spokojnie mogłabym zacząć rodzić na ulicy i wejść do tego szpitala z pustymi rękoma.

Na początku zrobiono mi badanie ginekologiczne. Serduszko naszego synka bije. Co ważne jest prawidłowo ułożony. Z tym nie było problemu. Praktycznie główką w dół był przez całą ciążę. Mąż żartował, że jak kopie nóżkami to znaczy, że tańczy. A ponieważ jest na głowie to tańczy break-dance. 🙂

Następnie podłączono mnie do KTG. Miałam zaledwie 1 cm rozwarcia. Ale zostałam przyjęta do szpitala ze względu na wymagany antybiotyk. Tak jak obiecano, wkuto mi go w żyłę. Zostałam w szpitalu na noc. Miałam własny pokój. Mąż był w nim wraz ze mną. Dla niego był tylko twardy rozkładany fotel. Wcześniej szybko odwiózł moją teściową do domu aby mogła się wyspać, ponieważ tej nocy raczej nic się nie zdarzy. Następnego dnia miała przyjechać do nas autobusem z samego rana.

Ciągnęło mnie do toalety na dalsze samooczyszczanie. Ale też przez stres. Idąc tam musiałam ciągnąc za sobą butelkę z antybiotykiem i jej kabel w żyle. Butelka była szklana, nie plastikowa, co mnie cholernie zdziwiło. Zabawne było, że na każde posiedzenie wołałam męża lub pielęgniarkę aby nosili za mną tą butelkę. Co będzie jak nagle mnie coś mnie zaboli po czym butelka wyleci z ręki się potłucze. Ach, ta moja zapobiegawcza wyobraźnia!

Kibel zupełnie wystarczył. Żadnej lewatywy czy innych nieprzyjemnych zabiegów mi nie robiono.

Próbowałam zasnąć. Nie dało się ponieważ zaczynałam czuć pierwsze skurcze w krzyżu, jeszcze nie bolesne ale trzymające w napięciu i wody płodowe stopniowo odchodziły. Pielęgniarka zalecała mi sen pomiędzy skurczami. To było maksymalnie 30 min. Potem coraz krócej. Chyba coś tam spałam. Całą noc byłam podłączona do automatu mierzącego skurcze oraz słuchałam bicia serca dziecka. Ten dźwięk usypiał i dawał uczucie spokoju.

Później nie miałam już czasu myśleć o śnie, jedzeniu, piciu i kiblu.

O 8 rano skurcze zaczęły być coraz częstsze i bolesne. Wcześniej słyszałam, że ponoć to boli jak wbijanie igły w brzuch. Brrrrr! Ja nie czułam żadnej igły w brzuchu tylko napinanie i łamanie w krzyżu. Ze strony brzucha nie bolało nic. Nawet ból żebra zniknął. Pewnie dzidziuś się osunął w dół.

Aby to wytrzymać leżeć nie mogłam. Pomagało mi wyskakiwanie z łóżka w momencie skurczu lub robienie kociego grzbietu. Przybierałam rożne pozycje, które uśmierzały ból w których pomagał mi mąż. Na dodatek z tym cholernym antybiotykiem w szklanej butelce na żyle. Strasznie mnie ograniczał, więc nie miałam swobodnej gimnastyki.

Zaczęliśmy wołać pielęgniarkę. Dopiero po 9:00 przyszła. Zbadała mnie. Miałam już 4 cm. Spytałam się czy będzie znieczulenie, bo boli. Odpowiada mi, że to normalne rozwarcie musi boleć a znieczulenie mogą podać tylko wtedy gdy akcja porodowa rozpocznie się na dobre, więc jeszcze nie teraz.

Ale mogli mnie już przewieźć (wraz z antybiotykiem) do kolejnej sali traktu porodowego, do tzw. sali dylatacji w której oczekuje się na pełne rozwarcie. W sali tej były miejsca dla dwóch rodzących do oddzielenia parawanem. Drugiej rodzącej nie było. Cała sala moja i praktycznie przez cały poród nie widziałam ani innych matek ani dzieci. Jedynie słyszałam i wiedziałam, że tam są.

Opiekowała się mną bardzo sympatyczna położna, z którą odbyłam pogawędkę.

Mąż również mógł tu ze mną być. Dostał właśnie telefon od swojej mamy, że przyjechała i czeka na korytarzu. Ze mną w sali mogła być tylko jedna osoba towarzysząca. Dlatego co jakiś czas wychodził do niej informować jak idzie a jak nie mógł to dzwonił.

Ponownie podłączono mnie do aparatury i wykryto, że przez ten moment przewożenia z 4 cm nagle zrobiło się 7 cm. Czułam już skurcze parte – to chyba to. Uczucie jakby kamień (dzidziuś) napierał na krocze od środka. To właściwa pora na podanie znieczulenia.

Ukucie w kręgosłup nic mnie nie bolało. Choć nie udało mi się nie poruszyć. Potem 20 min czekania na efekt. Chyba anestezjolog dobrze trafiła, bo zadziałało. Ból ustąpił i poczułam rozluźnienie. Niesamowite! Przecież byłam w końcowej fazie porodu. Słyszałam, że znieczulenie może spowolnić skurcze. Dlatego spytałam się położnej czy będą mi podawać oksytocynę. Podobno po niej bóle powracają. Powiedziała, że zupełnie jest niepotrzebna bo wszystko idzie we właściwym tempie.

Kiedy miałam już 10 cm kazano mi przeć aby dziecko było trochę wypchnięte nim zawiozą mnie na salę porodową. Mój mąż włączył się we współpracę i wypatrywał główki. Gdy powiedział, że widać jaki będzie kolor włosków to tym bardziej mnie zmotywowało. Położna gdy musiała wyjść zostawiała go samego ze mną na stanowisku. Ponieważ bólu nie czułam, nie krzyczałam to z boku wyglądało to raczej jak zabawa w poród. Dokładnie to skurczów nie czułam. Ale od czego jest wykres? Mówiono mi kiedy był ten moment a ja parłam wcale tego nie czując.

Potem pojechaliśmy wraz z moim antybiotykiem w żyle do sali porodowej. Kolejne zdziwienie. Asystowało mi aż 5 osób (+ mąż oczywiście). Kilka położnych. Dwóch lekarzy na zmianę. Wszyscy młodzi. Wszystko przebiegało ok i nie było żadnego zagrożenia dla mnie i dla dziecka. Sala porodowa, była niewielka i wyglądała jak zagracona kanciapa a łóżko porodowe wyglądało jak stół. Cały personel dodawał mi otuchy. Kazano mi się rozluźnić czego akurat nie umiałam, nie przez stres tylko dlatego, bo z natury jestem spięta.

Nie wrzeszczałam jak rodzące na filmach, bo mnie nie bolało. Jedynie mocno stękałam. Ten końcowy moment trwał prawie godzinę. Ja i tak straciłam poczucie czasu. Dla mnie wszystko działo się szybko i dynamicznie. Choć była jedna przeszkoda. Nasz synek nie mógł się przecisnąć aby wyjść na zewnątrz mimo że był niewielki. Wtedy doktor zadecydował, że będzie trzeba nacinać.

Trochę przestraszyłam się, bo słyszałam o tym różne opinię. Jedna była taka, że się tego nie czuje ponieważ bóle porodowe są tak silne, ze wszystko się zlewa w całość. Druga, że czuć i to bardzo. Jak uderzenie z bicza. Jednak uprzedzano, że w tym szpitalu jak kobieta rodzi bez znieczulenia to dostaje znieczulenie miejscowe a jak ze znieczuleniem to ból nacięcia będzie uśmierzony tym samym.

Poddałam się opinii lekarza. Lepsze to niż pęknięcie jak gwiazda. Czułam, że coś mi robią ale to nie bolało. Lekarz jednocześnie nacinał i wyciągał dziecko. Po tej interwencji synek od razu wyszedł na świat 6 listopada 2016r. o 11:50 po 10 godzinach porodu.

Będąc osobą spiętą do tej pory nie wiem jakim cudem go urodziłam. Porodem naturalnym praktycznie nie czując bólu.

Jak to możliwe? Da się?

No… da się!

Od razu położyli mi maluszka na piersi by mieć pierwszy kontakt skóra do skóry. Niesamowity moment, zapominasz o wszystkim i tylko się jemu przyglądasz nie wierząc jakie to nieprawdopodobne. Wyszło z Ciebie takie cudo! Ono się rusza, ma oczka i patrzy. Prosiłam by pokazali mi, że ma siusiaka aby sprawdzić czy dobrze przewidziano płeć. Siusiak był.

Nasz Karimek ważył niewiele, bo 3080 gr. i mierzył 51 cm. Dostał 9 pkt w skali APGAR. Nie wiem dlaczego nie 10. Same wiecie, jak to lekarze? Działają szybko, coś tam ustalają i kompletnie nie tłumaczą się pacjentowi. Wychodząc na świat nie wydał pierwszego krzyku. Nie płakał. Był przytomny i spokojny. Powiedziano, że jest zdrowym chłopcem. Tylko to się liczyło.

Mój mąż też nie mógł oderwać od niego wzroku. Jednak ominęło go przecinanie pępowiny co bardzo chciał zrobić. Czekał aż mu to zaproponują. Nie chciał wtrącać się w pracę personelu, wstydził się spytać kiedy może. Oni nic nie zaproponowali tylko sami przecięli. Następnym razem zapyta.

W tym czasie kiedy tuliłam małego wyciągali mi łożysko za pępowinę jak za linę (nie widziałam go, bo miałam ograniczone pole widzenia, ale widział maż i powiedział, że wygląda jak wątróbka) oraz zszywali. Mogli wreszcie odłączyć ten przeklęty antybiotyk więc odzyskałam swobodę ruchu.

Za drzwiami słyszałam jeszcze krzyki i stękania innej rodzącej z drugiej sali, która urodziła po mnie.

Po wszystkim przewieziono mnie i synka do pomieszczenia w którym czekałam na przydzielenie pokoju i informacje co robimy dalej. Ja i Karimek byliśmy cały czas razem. W ogóle nas nie rozdzielano. Zaraz po nnie wjechała tamta druga mama ze swoim maluchem. Nim ją zobaczyłam opuszczono między naszymi łózkami parawan.

Do tego pomieszczenia mogli być wpuszczeni odwiedzający. Do tamtej kobiety weszła cała pielgrzymka rodziny. Ponieważ zanim doszli do niej to mijali mnie, także składając gratulacje. Powiedzieli, że też urodziła chłopca.

Wreszcie mogła wejść do mnie teściowa. Była zachwycona wnukiem. Gdy owinęli go w kocyk wzięła go na ręce.

Zadzwoniłam przez Skype do moich rodziców aby mogli widzieć wnuka tak byli tutaj ze mną. Mój mąż już wcześniej poinformował ich SMS-em a mama gdy go odebrała ponoć się popłakała.

Jednocześnie mogłam robić już pierwsze próby przystawiania małego do piersi. Wskazane było jak najwcześniej. Chciałam karmić piersią wiedząc, że to dla niego najlepsze.

Przydzielono mi pokój, do którego wszyscy goście mieli prawa wstępu o każdej porze dnia i nocy. Przewieziono mnie z synkiem na rękach przez korytarz pełny innych rodzin czekających z kwiatami. Wjechałam jak dumna mama do której wszyscy się uśmiechali.

Pokój był bardzo duży i wyposażony we wszystko co potrzebne. Stolik, szafkę, łóżeczko (tzw. mydelniczkę), przewijak. Tylko telewizor był osobno płatny ale mogłam obejść się bez niego. Łazienka z prysznicem były czyste i estetyczne.

Sorry, że będzie znowu o kiblu ale to mnie bardzo śmieszy i daje zdrową głupawkę 🙂 Nie kazano mi przez kilka godzin leżeć z zakazem zasypiania. Jedynie powiedziano bym pod żadnym pozorem nie wstawała sama do toalety. Jeśli mam potrzebę, to muszę zawołać pielęgniarkę, która pomoże mi wstać. A raczej odnotować, że wstałam i się załatwiłam. Zrobienie tego samodzielnie mogło być ryzykowne.

Mimo, że nie ciągnęło mnie do kibla (ponoć efekt znieczulenia) to pielęgniarka przyszła aby mnie o to upomnieć. Kazała wstać i iść. W tym momencie chlup! Kałuża krwi wylądowała na podłodze. Pielęgniarka i mąż szybko posprzątali, umyli mnie i mogłam już skorzystać z toalety. Zacisnęłam zęby, gotowa na krzyk spowodowany szczypaniem. A tutaj… nic. Żadnego bólu. Mogę się załatwić normalnie. Kolejny pozytyw, którego się nie spodziewałam.

Tak samo było z prawdopodobnymi efektami znieczulenia. Że np. będzie mnie po nim boleć głowa. Tego się obawiałam, bo oprócz bólu głowy zniosę wszystko (haha, właśnie zniosłam poród). Nie mialam żadnych zawrotów głowy. Czułam się normalnie.

Myślałam też, że jak znieczulenie puści to będę cała obolała. A tutaj zupełnie nic. Jedynie czułam, że jest mi gorąco i się pocę, mimo że temperatura w pokoju nie była zbyt wysoka. Żadnego bólu ciała, kręgosłupa, brzucha. Jedynie trochę po nacięciu siadanie na twarde krzesło było niewygodne. Aha, nie musiałam chodzić na żadne zdjęcie szwów. Szwy były organiczne i chyba albo miały same wrosnąć albo odpaść.

Dziwię się trochę, że nie każdy szpital daje opcje znieczulenia i czemu ono często jest niedostępne. Słyszę jak wiele przyszłych mam jest zmuszona zdecydować się na cesarkę na życzenie (o ile mogą) tylko po to aby uniknąć bólu. Mają do tego prawo. Choć ja bałabym się pokroić, bałabym się komplikacji i tego że po cesarce ponoć bardziej boli i dłużej dochodzisz do siebie. Całe szczęście, że nie musiałam tego przechodzić i jestem bardzo zadowolona z tego jak wyszło i jakie miałam udogodnienia. Oczywiście jeśli nie byłoby innego wyjścia to bym się poddała.

Mimo dobrego stanu zdrowia mojego i dziecka zostałam w szpitalu przez 3 dni. Ponieważ musiano zrobić małemu badanie czy nie zakaził się przypadkiem bakterią, na którą podawano mi antybiotyk. Na szczęście okazało się, że jest z nim wszystko w porządku. Przez cały pobyt mieliśmy inne badania zarówno ja i synek, który był pod stałą kontrolą pediatry.

Kiedy ja i Karimek odpoczywaliśmy po porodzie ciesząc się pierwszymi wspólnymi chwilami tatuś korzystał z 2 tygodniowego urlopu aby być z nami. Latał też po urzędach załatwiając formalności związane z rejestracją nowego obywatela. Robił zakupy, przynosił do szpitala potrzebne rzeczy i wynosił niepotrzebne (bo wzięliśmy ich za dużo) oraz wraz z mamą przygotowywał mieszkanie.

Personel szpitala pokazywał nam jak zajmować się małym. Jak go trzymać na rękach, myć (w zlewie pod kranem) i przewijać. Co najważniejsze jak karmić piersią.

Nie dokarmiano go butelką. Była tylko pierś. Synek szybko załapał i zaczął ssać. Jednak nie było łatwo. Bolały mnie sutki, które strasznie pogryzł. Zalecano mi krem, który był dość drogi. Maż poleciał po niego do apteki. Jednak po kilku dniach stał się bezużyteczny. Nauczyłam się prawidłowo karmić, co musiałam robić co chwila na żądanie. Mleko matki też jest idealnym balsamem. Natura dobrze to przemyślała.

Jedzenie w szpitalu było ok. Przynosili mi posiłki w pojemnikach termicznych z kartką, na której było napisane co się w nich znajduje, abym wiedziała zanim zjem. Brakowało mi tylko herbaty. W Hiszpanii mało się jej pije dlatego nie podawano. Mąż przynosił mi ją z domu w termosie.

Opieka była bardzo indywidualna. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że była bardzo dobra przez cały nasz pobyt w szpitalu. Trafiłam na wspaniałe pielęgniarki i położne, w których wyczuwało się powołanie, którym bardzo dziękuję.

Może niektóre szpitale stać na lepszą opiekę ale wszystkie podstawowe potrzeby miałam zaspokojone. To najważniejsze. Uważam, że rodziłam po ludzku, w godnych warunkach. W państwowym szpitalu.

Nie licząc podatków na hiszpańską służbę zdrowia, wszystko było za darmo. Nie musiałam dopłacać ani centa za jakieś dodatkowe usługi.

Jak to możliwe? Da się?

No… da się!

Gdy nas wypisano zrobiłam sobie makijaż. Myślę, że gdybym na wyjście ze szpitala ubrała jakąś kieckę zamiast wygodnych sportowych ciuchów to wyglądałabym jak Kate Middleton z roal baby na rękach.

Jak wyglądałam po ciąży? Normalnie jak przed. Wystający brzuszek zszedł po niecałych 2 tygodniach. Do treningów na siłowni, biegania czy chodzenia po górach wróciłam po 3 miesiącach. Czy miałam rozstępy? Nie, nie miałam.

Jak to możliwe? Da się?

No… da się!

Początki macierzyństwa? Wiadomo, szok i całe to zamieszanie. Ale też niesamowite chwile obserwowania jak rozwija się dzidziuś, jak uczy się nowych rzeczy, jak nawiązuje z nami kontakt. Dużo by o tym mówić, to temat na osobny wpis.

Czy miałam depresję poporodową? Przez krótki czas przechodziłam zmiany nastrojów. Zdarzały się chwile gdy niezbyt sobie radziłam ze wszystkim. Ale większą i dłuższą depresję miewałam w życiu z innych powodów.

W momencie gdy to piszę Karim ma już półtorej roku i mogę powiedzieć, że… jest bardzo a bardzo przystojny. Niczym idealny facet. Nie tylko dlatego, że to mój syn, ale taki jest. Tak samo uważa rodzina i znajomi. Jeszcze bardziej jestem ciekawa jak będzie wyglądał jako dorosły mężczyzna.

Oczywiście zaliczyłam karmienie co godzinę i wiszenie malucha na cycku. Miałam wrażenie, że mleka nie wystarcza i miesiąc później zaczęliśmy równolegle z piersią dokarmiać na zmianę butelką lub mlekiem odciągniętym laktatorem.

Karmiłam piersią do 10 miesiąca. Planowałam najdłużej jak się da. Ale rozszerzenie diety po 6 miesiącu spowodowało, że nie dało rady wcisnąć jeszcze więcej mojego mleka. Dlatego się skończyło. Jednak ten okres w jakim powinien je pić, czyli pół roku został zaliczony.

Na początku były nieprzespane noce, gdzie synek budził mnie na karmienie. Rzeczywiście byłam niewyspana, choć odkryłam, że organizm się do tego przystosował. Wystarczyło mi mniej godzin snu niż przedtem. Nawet jak miałam czas na spanie i próbowałam zasnąć – nie mogłam. Aby się wyspać często w ciągu dnia mąż czy teściowa przejmowali nad nim opiekę.

Na większości blogów o dzieciach naczytałam się, że jako matka nie prześpię żadnej nocy przez min trzy lata. Będę musiała pić hektolitry kawy na wspomaganie. Aż tu nagle po 2,5 miesiąca pewnego ranka…budzę się i jestem w szoku! Karimek przespał 8 godzin. Ja jestem wyspana. Kolejną noc znowu i kolejną jeszcze raz. Dobra, kolejną tylko raz się obudził. Ale przez następne już spał jak suseł a ja po przebudzeniu miałam cyce nabrzmiałe jak balony.

Synek przesypia noce aż do dziś. Może czasem się obudzi, jak mu się coś złego przyśni, zgubi smoczek lub jest mu niewygodnie. Ale tylko poprawię go, naciągnę kocyk i śpi dalej.

Mówiono, że jako matka będę musiała wstawać o 5 rano. Codziennie, nawet w weekendy. Tego najbardziej się obawiałam, bo te godziny to dla mnie środek nocy. Dzieci ponoć wstają wcześnie. Ale nie Karimek i dobrze wiem po kim to ma. Całe szczęście.

Karimek chodzi spać o 22 a budzi się o 9:00, czyli o także mojej naturalnej godzinie. Ja nie jestem zombie, jestem wyspana, pełna energii i teraz to wykorzystuję starając się wstać przed nim. Choć jego pora wstawania zależy od lokalizacji. O 9:00 budzi się w Hiszpanii gdzie na co dzień mieszkamy. W Maroku o 7:00 – według tamtej różnicy czasu, pewnie myśląc, że to 9:00. Natomiast w Polsce (był tylko latem) trochę za wcześnie bo 6:00 – 7:00. Po prostu dlatego, że dzień jest dłuższy i wcześniej się zaczyna. Jestem ciekawa jak byłoby zimą.

W każdym razie rannym ptaszkiem nie jest i o 5:00 nigdy jeszcze się nie obudził.

Kiedyś rzeczywiście chodziłam z poczuciem winy, że tak późno wstaję. Wiesz, efekt motywacyjnego bełkotu, że tylko ranne ptaszki to ludzie sukcesu. Nawet w to uwierzyłam i chciałam nauczyć się wstawać wcześniej i rzadko co mi to wychodziło. „Zrób sobie dziecko” – radzono mi. Teraz dopiero będziesz miała budzik. Taaaa!

Kto rano wstaje, ten ma dziecko – głosi cytat znany z internetowego mema. Ja mam dziecko i wcześnie wstawać nie muszę.

Jak to możliwe? Da się?

No… da się!

Co jeszcze. Mając dziecko nie będę miała na nic czasu a tym bardziej na odpoczynek. Zwykła wizyta u dentysty będzie dla mnie jak wakacje. To prawda, teraz czasu na inne rzeczy i dla siebie mam o wiele mniej. Jedynie podczas drzemek, w nocy i kiedy Karimkiem zaopiekuje się mąż, dziadkowie lub nianie z bawialni na siłowni. Ale nie tak sobie to wyobrażałam.

Na podstawie tego co wiele mam pisało na swoich blogach wyobrażałam sobie, że będzie to dokładnie tak jak podczas mojej pracy w Niemczech – opieki nad osobą starszą 24h. Spędzanie non stop z jedną osobą, która jest bardzo wymagająca i do tego ma jeszcze humory odbijające się na tobie było przytłaczające. Jedna z podopiecznych w godzinach pracy nie pozwalała mi nawet usiąść na chwilę, bo ona za to drogo płaci i mam w pełni wykorzystać czas.

Wolne miałam maksymalnie 2 godziny sjesty w ciągu dnia i noc. Bez weekendów i świąt. Przez np. dwa miesiące. Wtedy rzeczywiście, najlepsze momenty to były dla mnie pójście do toalety czy pojechanie samotnie na zakupy albo gdy do babci na moment przyjdzie ktoś inny. To były dla mnie mega, mega wakacje!

Rozmawiałam wtedy z inną opiekunką, która miała już dzieci. Spytałam się jej co jest trudniejsze. Opieka nad własnym dzieckiem czy ta praca. Odpowiedziała, że zdecydowanie ta praca. Ponieważ własne dzieci się kocha a przede wszystkim one się rozwijają i stają się coraz bardziej samodzielne. Natomiast starszy, obcy człowiek, z którym jesteś tylko dla pieniędzy niestety „się zwija”.

Gdy zostałam mamą jej słowa się potwierdziły.

Dziecko sporo absorbuje. Wymaga wysiłku fizycznego i psychicznego. Teraz to ono jest na pierwszym planie. Moje potrzeby są później. Ale nie powiem, że czuję się przytłoczona jego ciągłą obecnością i tym, że wymaga sporo pracy. Jakoś daję sobie radę, czuję się spokojna i mam równowagę psychiczną, która podczas mojej pracy w Niemczech była kompletnie zryta.

Poza tym staram się znajdować czas dla siebie i robić równolegle rzeczy, które lubię. Raz w tygodniu wychodzę gdzieś sama np. na wycieczkę w góry. To są te rzeczy do których blogi mam nawołują jak szalone – matko, zadbaj najpierw o siebie.

Nie mogłabym nic złego powiedzieć na mój czas spędzony z dzieckiem. Nie narzeka się na to co jest normalną koleją rzeczy.

Skoro wszystko było u mnie takie super to czy znajduję w ogóle jakieś negatywy? Hmmmm. Muszę się zastanowić. Alergia się nie liczy, bo była niezależna od ciąży. Ale jeśli miałabym wskazać jakieś trudności, które spowodowały ciąża i macierzyństwo to znalazłam trzy największe.

  1. Schylanie się i kucanie aby podnieść coś co mi spadło na ziemię. Jestem niezdara, zdarza mi się bardzo często. To było bardzo męczące z obciążeniem, najpierw z brzuchem ciążowym a potem z dzieckiem na rękach. Ale znalazł się na to sposób. Mąż kupił mi w prezencie łapkę do podnoszenia, którą używają staruszkowie. Super sprawa!
  2. Mieszkanie na 3 piętrze bez windy. Zwykłe wyjście z domu i jeszcze gorzej powrót na raty. Rozstawianie i składanie wózka na dole. Chodzenie po schodach na raty najpierw z rzeczami, potem z dzieckiem, lub z wszystkim naraz jak wielbłąd. Na ten problem marudzę przy każdej okazji. Jedyne wyjście to zmiana mieszkania ale najpierw potrzeba kasy.
  3. Prawdopodobnie teraz stałam się kompletnie niezatrudnialna. Zaszłam w ciążę już jako długotrwale bezrobotna. Nie kwalifikowałam się do żadnego macierzyńskiego, zasiłku czy innego świadczenia. Nie dostałam od państwa nic. Jedyną pomoc miałam w oszczędnościach, dorabianiu i rodzinie. Teraz mam kilkuletnią dziurę w CV, w którą z braku laku wpisuję… moje blogi. Tylko który pracodawca weźmie to na poważnie? Czy w ogóle uda mi się wrócić do pracy… zaraz… do pracy wrócić się nie da. Do pracy nie da się pójść. Najpierw ktoś musi dać Ci szansę.

To byłoby na tyle z negatywów.

Aha! „Dobre rady” od rodziny, znajomych, ciotek, przypadkowych osób z ulicy. Każdy wie lepiej niż Ty. Jak robisz inaczej uważają że jesteś złą matką. Podobno największe utrapienie mam o którym z blogów codziennie słychać jeden wielki krzyk i fale protestów. Czy ja się z tym spotkałam?

Nie przypominam sobie.

Dlatego wątpię czy ten problem tak masowo istnieje.

Może od czasu do czasu moja sąsiadka porówna Karimka ze swoją wnuczką, która zaczęła chodzić wcześniej niż on i ponoć już płynnie mówi. Dziwi się jak daję radę w ciąży czy potem z dzieckiem wychodzić latem w środku dnia kiedy to największy hiszpański upał. Normalny człowiek chowa się w domu, w cieniu i włącza klimatyzację. Ktoś z rodziny czy znajomych coś tam jeszcze mówił. Ale nie pamiętam aby mnie to aż tak dotknęło, że chciałabym tej osobie przysunąć plaskacza w ryj. Nie było to ani złośliwe, ani krzywdzące.

Kolejne pozytywne zaskoczenie. Jestem osobą nadwrażliwą, co wiele spraw bierze na poważnie do siebie. Tymczasem dobre rady obijały się o mnie jak o ścianę. Przeważnie wcale ich nie słyszałam.

Poza tym niektóre dobre rady innych, serio… okazały się przydatne. Wsadziłam Karima w nosidło (dostałam je używane za darmo), zrobiliśmy sobie zdjęcie, które wrzuciłam na Facebooka. Od razu poleciały komentarze  moich koleżanek, że ono jest niedobre i że lepiej jak wypróbuję chustę. To wcale mnie nie uraziło tylko… posłuchałam ich. Natychmiast kupiłam sobie chustę, nauczyłam się wiązać. Maluch bardzo lubił być w niej noszony i oboje byliśmy zadowoleni. Efektami też się pochwaliłam na Facebooku. Znajome jeszcze co nieco podpowiadały jak wiązać lepiej aż w końcu mi się udało i odrzekły, że „Dobra robota!”

Moja ciąża, poród i początki macierzyństwa. Jestem dowodem na to, że może być idealnie

Ogólnie zamiast nadmiaru dobrych rad i krytyki dostałam morze wsparcia, dowartościowania i miłości od każdego kogo spotkałam na swojej drodze. Za wszystko bardzo dziękuję. Dzięki temu nie czuję się obywatelką drugiej kategorii z powodu bycia mamą nawet jak nie jestem idealną.

Jak to możliwe? Da się?

No… da się!

Jeśli też jesteś mamą i doczytałaś moją historię do końca to możesz czuć się różnie. Możesz potwierdzić, że Tobie też wszystko tak świetnie się ułożyło i być tak jak ja za to wdzięczna. Ale możesz też mi zazdrościć i ze smutkiem pomyśleć, Ty nie miałaś tyle szczęścia. Dlatego w tym momencie odłożę na moment swoją radość i będę bardziej poważna.

Teraz pokażę Ci, że moje zwierzenia były tylko pretekstem do zwrócenia uwagi na pewne zjawisko, które bardzo mnie drażni i z pewnością Ciebie też.

Wystarczy przeczytać parę blogów parentingowych, by zobaczyć, że wiele matek nie mogłoby w taki sposób jak ja swojej historii opowiedzieć. Nie znalazłoby w niej samych pozytywów.

Dla wielu kobiet staranie się o upragnione dziecko to wcale nie żarty tylko żmudna walka z niepłodnością, wiele nieudanych prób, wizyt u specjalistów, rozczarowanie i depresja. Smutek i zazdrość na widok innych mam z dziećmi na spacerze. To przykrość kiedy słyszą od znajomych non stop presję i pytanie „Kiedy będziecie mieć dzieci? Przecież latka lecą?” Gdyby to było takie proste?

Dla wielu przyszłych mam ciąża to wcale nie stan błogosławiony a jednak choroba, naznaczona wieloma nieprzyjemnymi symptomami. To zawroty głowy, mdłości i wymioty przez pierwszy trymestr a dla niektórych przez większość ciąży. To niemożność prawidłowego funkcjonowania. To ból pleców, stóp, całego ciała. To opuchnięte stopy. To trudności w poruszaniu, we wstawaniu z łózka pod ciężarem własnego brzucha. To jednak częste potrzeby wyjść do toalety, przez które nie można swobodnie ruszyć się z domu. To niekorzystne zmiany w cerze, wypadanie włosów, problemy z próchnicą. To zniszczona sylwetka, kilkadziesiąt kg na plusie i rozstępy. To ogólna niewygoda i poczucie, że nie wygląda się już tak atrakcyjnie, nawet jak rodzina prawi komplementy. To huśtawka nastrojów, która potrafi rozwalić dzień.

Dla wielu przyszłych mam ciąża może skończyć się nie tylko dodatkowymi kilogramami ale i skutkami ubocznymi takimi jak rozjechanie stawów, nadciśnienie, hemoroidy, grzybica, infekcje a nawet cukrzyca. Co mają powiedzieć te przyszłe mamy, które są po poronieniach, których ciąża jest zagrożona i zmuszone są zrezygnować ze wszelkich aktywności? Mogą jedynie leżeć i muszą być pod stałą kontrolą lekarską.

Dla wielu świeżo upieczonych mam poród był traumą. Kojarzył się tylko z bólem i niemocą. Nie wszystko szło dobrze. Opieka w szpitalu zawiodła, nie dało się rodzić z godnością. Pojawiły się komplikacje, mogło stać się coś złego zarówno matce jak i dziecku. Po porodzie czuje się obolała, wykończona, wewnętrznie rozbita i przeżywa depresję. Możliwe, że ma powikłania.

Dla wielu mam początki macierzyństwa a także kolejne lata to ciężki kawał roboty. To problemy z kamieniem piersią. Dziecko nie przesypia nocy przez kilka lat i codziennie budzi się o 5 w nocy. Mamy są zmęczone, wykończone i zagubione. Nie jest im łatwo pogodzić wielu ról. Nie mogą liczyć na pomoc. Czują się niedowartościowane i potrzebują wsparcia.

Dla wielu mam „dobre rady”, krytyka i porównywanie są jednak częste. Są nie do zniesienia i dotykają je boleśnie.

A co dopiero mamy, których dzieci rodzą się chore, niepełnosprawne. Już na starcie czeka ich walka o zdrowie i życie dziecka, które okazuje się być warte miliony dolarów. Zmuszone będą błagać o wsparcie finansowe, bez którego nie ma szans. Będą dziać się u nich dramaty. Będą musiały przejść ogromne poświęcenie opieki nad chorym dzieckiem. Choć te mamy to prawdziwe bohaterki, pamiętajmy o tym. Jednak one sobie tego nie wybrały. To je po prostu spotkało. Nie zapominajmy o rodzicach, do których tragedii dopuścił się kto inny. Pamiętajmy o rodzicach Alfiego Evansa.

Nie każda matka miała tyle szczęścia co ja. Nie u każdej wszystko się tak świetnie układało. Dlatego co mogłabym zrobić?

Patrzeć na te matki z góry i mówić nim, że to z nimi jest coś nie tak? Że źródła problemów są w nich samych? Wymądrzać się, że każdy jest kowalem swego losu, wystarczy tylko wsiąść się w garść, odpowiednio zadbać o siebie, bo jest możliwe aby wszystko było idealnie?

Jak to możliwe? Da się?

No… da się!

Da się, bo mi się udało. Da się, bo ja mogłam!

Taaaa!

Bo ja, bo ja, bo ja!

Wszędzie tylko się słyszy „bo ja” kiedy człowiek staje w obliczu problemu i ktoś komu w życiu się ułożyło próbuje mu doradzać.

Mimo, że moja ciąża, poród i początki macierzyństwa przebiegały bez większych problemów to często myślę o matkach, którym nie było to dane. Wyobrażam sobie co one mogą czuć. Bardzo im współczuję. Staję po ich stronie. Nie patrzę na nie z góry. Nie chcę im dawać nieproszonych rad lecz pałam do nich ogromną empatią.

Ponieważ mi w wielu innych dziedzinach też się nie powiodło w przeciwieństwie do innych osób. Wprawdzie macierzyństwo było dla mnie biegunem totalnego szczęścia to mam równolegle swój drugi inny biegun totalnego pecha.

Jak możesz twierdzić, że nie ma pracy? Bzdura. Ona jest tylko trzeba umieć szukać. Bo ja ją znalazłam już po tygodniu – takie teksty zdarzało mi się słyszeć lub czytać w sieci ze strony osób „zaradnych” skierowane do tych, które bezskutecznie jej poszukują.

Bo ja, bo ja, bo ja!

Bardzo często można się spotkać z pogardą osób dobrze zarabiających w stosunku do tych zarabiających mało. Pouczają ich i dyscyplinują. Wmawiają im, że sami są sobie winni, nie umieją ruszyć dupy i za mało się starają. Często zapominając o tym, że nierówności są wpisane w system i miejsc w dobrze płatnych zawodach nie starczy dla wszystkich. Może nie każdy ma predyspozycje i warunki by się do nich dostać ale przede wszystkim nie każdy, nawet utalentowany ma szczęście trafienia na pracodawcę czy osobę co będzie trampoliną do znakomitej kariery. Nie każdy jest wolny od ograniczeń.

Teoretycznie wszystko jest możliwe ale nie musi tak się stać. I to niestety trzeba zaakceptować.

Wśród „dobrych rad” skierowanych do matek też zdarza się pouczanie tych dla których wszystko było trudne ze strony tych, którym łatwo poszło. Chociaż w temacie macierzyństwa dzięki blogom zaczęto z tym problemem walczyć.

Jednak jeśli chodzi o życie zawodowe, tam nadal panuje samowolka w bezkarnym jechaniu po tych, którym się z różnych przyczyn nie powiodło.

Często zastanawiam się czy rzeczywiście mam całkowity wpływ na moje życie. Czy to, że w macierzyństwie tak idealnie się wszystko ułożyło to wyłącznie moja zasługa czy głównie okoliczności? Może to, że nie przytyłam zawdzięczam temu, że przed ciążą miałam dobre nawyki, zdrowy program żywienia i regularnie chodziłam na siłownię. Choć nie jestem tego pewna. Reszta to po prostu korzystna sytuacja losowa.

To natura i geny będące po mojej stronie, które obdarzyły mnie i Karimka zdrowiem. Teraz tylko się modlić, by tak zawsze było. Trafiłam na dobrych ludzi co mnie wspierali i dobry szpital w którym rodziłam. Miałam dużo szczęścia i tyle.

Od zawsze wiadomo, że każda matka przechodzi swą ciążę inaczej. Podczas porodu przytrafiają się jej różne rzeczy. Natomiast każde dziecko okazuje się być inne.

Życie nie jest sprawiedliwe i nigdy nie wiesz jaką kartę wyciągniesz. Może być albo idealnie, albo nieidealnie a także zupełnie fatalnie. Zrozummy w końcu to, zanim będąc na lepszej pozycji zaczniemy się przed kimś wywyższać i go pouczać. Są ludzie, którym we wszystkich dziedzinach życia się układa i mają za co dziękować. Innym w jednej dziedzinie układa się lepiej a w drugiej gorzej. I niestety są też tacy dla których nieszczęścia chodzą parami we wszystkich dziedzinach.

Ja jestem wdzięczna za swoją ciążę, poród i początki macierzyństwa. Jestem wdzięczna za zdrowie i wspaniałego synka.

Ale też zazdroszczę wielu mamom które mogły jednocześnie zrobić karierę, zarobić dobre pieniądze, wybudować domek, urządzić sobie ogród i taras, zaliczyć urlop macierzyński, po których rzeczywiście udało się wrócić do pracy albo założyć biznes, który chwycił. Choć jeśli lepiej te mamy poznasz to też przyznają, że to tylko pozory. Wciąż czegoś im brakuje do tego aby wszystko było idealne.

Jeśli my również mamy do czegoś szczęście to bądźmy za nie tak samo wdzięczni. Mówmy o nim. Dzielmy się swoją radością.

Ale nie wymądrzajmy się i nie pogardzajmy tymi, którym nie było ono dane. Nie wpędzajmy ich w poczucie winy. Uszanujmy to. Uszanujmy ich sytuację, której z pewnością sobie nie wybrali.

To, że wszystko nam się ułożyło idealnie nie jest żadnym dowodem na to, że innym tak samo powinno było się ułożyć.

Dajmy im wsparcie i pocieszenie. Przywróćmy choć trochę wiary w siebie. Oni mogli nie mieć wpływu na okoliczności. Jedynie na to jak na nie zareagują. Dlatego zmuszeni są znaleźć sobie ogromną silę, która pomoże im to przetrwać.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, graficzka, blogerka, marząca także o pracy przy europejskich projektach z dziedziny kultury, próbująca swoich sił jako konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna. Bez wymówek"

Może Cię zainteresować...