Internetowy dziennczek. Podsumowanie stycznia 2020
Moja praca to, Samo życie, W Polsce, Za granicą

Internetowy dzienniczek. Podsumowanie stycznia 2020


Minął już drugi rok istnienia tego bloga. Czyta mnie kilka osób, które mogłabym wymienić z imienia i które możesz poznać odwiedzając moje profile w mediach społecznościowych i zaglądając w komentarze. Takie są efekty bycia sobą w 100%, nie wpasowującą się w absolutnie żaden blogowy trend, brak stylizacji, udawania, dostosowywania się do oczekiwań kultury masowej y Rynku.

Nie raz zastanawiam się czy prowadzenie tego internetowego dzienniczka ma sens ale mimo wszystko prę uparcie do przodu. Właśnie z potrzeby posiadania azylu, w którym mogę cieszyć się z bycia sobą i niezależności. Ponieważ w życiu zawodowym, na przekór tego co ci mówią – nie możesz sobie na to pozwolić. Chyba, że już z natury jesteś taki jakiego chcą inni. Nie zależy mi na wielkim sukcesie w blogosferze. Będę robić swoje najlepiej jak umiem i na tyle ile mogę a wyjdzie z tego co wyjdzie. Jeśli znajdę pracę na cały etat, która totalnie zabsorbuje mój czas to nie zawaham się tego porzucić i zniknąć z sieci. Ale dopóki jest jak jest to chcę pisać i tworzyć przynajmniej dla tych kilku osób, które utożsamiają się z moimi tekstami oraz lubią moje zdjęcia i grafiki. Dziękuję Wam, że jesteście.

Blog też nie jest prowadzony regularnie, ponieważ większość czasu zajmuje mi codzienność offline i sprawy priorytetowe (dziecko, dom, rodzina, zarabianie pieniędzy). „Żyj tak abyś nie miała czasu na Facebooka” – to maksyma, którą ostatnio coraz częściej się kieruję. Mój prywatny profil na Fejsie rzeczywiście umiera aby inne sfery i działalności mogły żyć.

Blogi czytam coraz rzadziej ale nie znaczy, że nie podpatruję jak działają. Od lat popularne jest robienie wpisów z miesięcznymi podsumowaniami. Długo się zastanawiałam czy coś takiego też u siebie wprowadzić, bowiem wymaga to jednak systematyczności i konieczności znalezienia czasu aby to napisać. Postanowiłam, że w tym roku postaram się zrobić takie podsumowania o tym co się wydarzyło w danym miesiącu. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu.

Takie podsumowanie będę dzielić na kilka działów z różnych dziedzin życia i zainteresowań. No to jedziemy. Podsumujmy styczeń 2020. Działo się zarówno w Polsce, gdzie pojechałam na święta jak i w Hiszpanii.

PRACA, ZARABIANIE, BIZNES

Dalej wysyłam CV na ciekawe oferty lub przypominam się tam, gdzie wcześniej wysyłałam. Parę ofert podrzucili mi znajomi, rodzina a nawet niektórzy z Was. Jeśli coś macie to poproszę. Po wysłaniu zapominam o nich i nie czekam na telefon. W styczniu nie dostałam żadnej odpowiedzi. Zaktualizowałam swój profil na portalach dla kandydatów do pracy. Musiałam dopisać nowe doświadczenie zdobyte pod koniec ubiegłego roku.

Jakiś czas temu pisałam Wam na fanpage, że chciałabym dołączyć do tzw. Klubu Pracy. Polega on na tym, że niewielka grupa bezrobotnych o różnych historiach życiowych i profilach regularnie zrzesza się w wspólnie. Pomaga sobie nawzajem w szukaniu pracy, motywuje się, podsumowuje działania, odbywa też różne szkolenia i coaching ze specjalistami. Ponoć daje to dużą skuteczność. W zeszłym roku zapowiadano w Granadzie takie przedsięwzięcie. Ilość miejsc była ograniczona a kandydatów kilkaset. Robiono casting. Dlatego się nie dostałam.

Nawet myślałam aby sama założyć taką grupę czy to w Internecie czy to na terenie mojego miasta wśród Polonii wychodząc potem na inne nacje. Niestety trudno było znaleźć chętnych.

W styczniu przypadkowo trafiłam na wiadomość, że inna fundacja współfinansowana przez miasto też taki klub tworzy. Poszłam na pierwsze spotkanie organizacyjne i okazało się, że to może być to czego szukam. Chętnych było o wiele mniej, bo akcję tę skromniej rozreklamowano. W dzień pierwszego spotkania informacyjnego, pogoda się popsuła, sporo się ochłodziło się i pewnie mało komu się chciało przyjść. Mi się chciało.

Później przekazałam wieść o tym klubie innym osobom spotkanych u mojego doradcy zawodowego. Zostałam do tej grupy przyjęta i już w lutym ruszamy ze sesjami. Bardzo się z tego cieszę. Nasze sesje mają odbywać się dwa razy w tygodniu przez pół roku. Mamy mieć coaching grupowy i indywidualny oraz spotykać się z przedsiębiorcami – potencjalnymi pracodawcami. Jestem ciekawa jak to się będzie odbywać i co nam to da. Oczywiście bez oczekiwań i wyobrażeń. Otwieram się na to co nas czeka.  Optymizmu dodaje pogoda, która teraz się poprawiła i jest wręcz wiosenna.

Mam maksymalnie 5 godzin dziennie jedynie od pn. do pt. na zadania wymagające skupienia kiedy mój syn jest w przedszkolu. Do takich należy szukanie pracy i nie tylko. Mam tyle do zrobienia, że czasem nie wiem w co ręce włożyć. Mówię o sobie, że w tych godzinach po prostu… pracuję tak jakbym była na etacie czy na swoim.

Może już na swoim jestem?

Ruszyłam z własną działalnością, która odbywa się online. Można ją potraktować jako coś dodatkowego. Ja potraktuję to jako biznes. Dostrzegłam w niej ciekawą i konkretną szansę. Być może napiszę Wam o niej dopiero jak będę miała wyniki, żeby np. polecić (spoko, nie jest to MLM). Powiem tylko, że postanowiłam zrobić tutaj zupełnie inaczej niż dotychczas a mianowicie nie tworzyć tego co wydaje mi się fajne, nie być sobą lecz robić to czego oczekuje Rynek. Dokładnie go zbadałam. Kiedyś taka czynność wydawała mi się niezbyt przyjemna i nudna. Teraz okazało się, że to tworzenie „przynęty na ryby” może być pasjonujące. Pieniądze są w końcu w tym co chcą inni a niekoniecznie ty.

Stawiałam tę działalność krok po kroku z harmonogramem zadań do wykonania. Pokornie uczyłam się jak to się robi. Pod koniec stycznia wprowadziłam na Rynek moje pierwsze produkty. Do czasu kiedy robiłam rzeczy, nad którymi tylko ja mam kontrolę i ja decyduję to wszystko szło sprawnie. Byłam na dobrej drodze.

Niekiedy nawykowo nachodziły mnie wyobrażenia i marzenia jak to będzie fajnie gdy to się rozwinie i zacznę zarabiać. Dlatego starałam mówić do siebie: STOP! Nie miej oczekiwań! Działaj według swego planu ale nie wyobrażaj sobie za dużo. Ten głos rozsądku winnam przywoływać o wiele częściej i sprowadzać się nim na właściwe tory.

Niestety doszłam do etapu, w którym o tym jak biznes pójdzie dalej zależy od kogoś innego. Ten etap jest nie do ominięcia. Jeśli go nie przejdziesz go w miarę szybko to nie jesteś w stanie się rozwijać. Nie spodziewałam się, że będzie to iść tak wolno. Uwierzyłam w opinie, że idzie o wiele szybciej i zawiodłam się. Stało się tak, że mój start z tym biznesem zbiegł się z trudnym okresem niezależnym ode mnie.

Staram się przejść ten etap jak mogę i musiałam zaakceptować aby dostosować się do narzuconego mi tempa. Nie pójdzie to tak szybko jak chciałam ale, robię wszystko, żeby chociaż szło na przód i za jakiś czas zwrócił się mój wkład.

Ale to jeszcze nie wszystko. Beata ze znanego bloga Vademecum Blogera zaprosiła mnie do współpracy przy tworzeniu agencji kreatywnej Anavella.com. Agencja ta ma zajmować się budowaniem Twojej marki w sieci a mianowicie: tworzeniem stron internetowych w oparciu o WordPress, identyfikacją wizualną oraz obsługą mediów społecznościowych. Ja mam być odpowiedzialna za stronę graficzną.

Anavella.pl

Beata ma ogromne, wieloletnie doświadczenie w blogowaniu i działalności w sieci. Swoją wiedzę zdobywała sama stopniowo krok po kroku nigdy się nie poddając, nawet w sytuacjach gdy nie wiadomo czy to wszystko ma sens. Z Beatą też doskonale się rozumiemy, ponieważ obie jesteśmy emigrantkami oraz wrażliwymi i twórczymi kobietami. Teraz chcemy nabyć trochę żyłki biznesowej. Życzcie nam powodzenia.

KURSY I SZKOLENIA

Na początku stycznia tak jak planowałam ukończyłam kurs online przygotowujący do otwarcia mojej działalności. Czas pokaże czy to była dobra inwestycja.

W centrum Andalucia Orienta, w którym mam konsultacje z doradcą zawodowym co jakiś czas organizowane są różne darmowe kursy i warsztaty. Tym razem odbyłam warsztat z zarządzania sobą w czasie. Przyszłam na niego ponieważ czułam, że nie mogę pogodzić ze sobą konieczności bycia perfekcyjną z byciem szybką. Niestety boleśnie się przekonałam, że na Rynku Pracy to jest wymagane. Zastanawiałam się czy brak mi umiejętności czy taka jest po prostu moja natura i taki mam rytm pracy. Prowadząca dostrzegła przyczynę w mojej naturze (ach, przynajmniej mam pocieszenie!)

Na warsztatach uczyliśmy się tego aby określić swoje role, misje i cele oraz to rozpisać. Ja np. jestem mamą, żoną, córką, siostrą, bezrobotną co szuka pracy, obywatelką, kobietą dbającą o zdrowi i swoje potrzeby, artystką i nawet jeśli chodzi o próby swoich działalności… przedsiębiorcą. Musiałam podać jaką misję i cele ma każda z tych ról.

Ustalaliśmy też priorytety na to co jest pilne, ważne, mało ważne i mało pilne.

Do myślenia dało nam dużo nagranie z TEDx o tym, że w naszym mózgu pałęta się tzw. Małpa Natychmiastowej Przyjemności i to właśnie ona powoduje naszą prokrastynację i bycie najbardziej produktywnym na ostatnią chwilę. To właśnie nią powinniśmy ujarzmić aby skutecznie zarządzać naszym czasem. Ważne jest jeśli robimy to co rzeczywiście zaplanowaliśmy zrobić bez względu czy to praca nad swym biznesem, wysyłanie CV czy nawet oglądanie filmu na Netflixie. Jeśli jest ustalone, że teraz robimy właśnie to – prawidłowo. Jeśli do czegoś popchnęła nas Małpa Natychmiastowej przyjemności to jest coś nie tak i trzeba z tym coś zrobić. Przyznajcie się, że też macie tę Małpkę cały czas.

TURYSTYKA I REKREACJA

Małpa Natychmiastowej Przyjemności odzywała się gdy chciałam iść biegać. Mogę dopiero w nocy po usypianiu dziecka. Kładę się koło niego, oboje przykryci ciepłym kocem. Synek zaśnie ale na dworze ciemno, zimno aż wygramolić się nie chce. Kto z Was był w takiej sytuacji przed bieganiem? Ja jestem zawsze. Czasem przegrywałam a czasem wygrywałam tę nierówną walkę.

Nocne bieganie pomaga mi utrzymać formę, zahartować i poprawić odporność. Myślę, że było dobrym przygotowaniem do tego co zawsze chciałam zrobić zimą w Polsce ale brakowało mi czasu i odwagi.

W końcu to zrobiłam i zostałam morsem. Zainspirowała mnie do tego moja rodzina, z której coraz więcej osób się tym zaraża. Więc zaraziłam się i ja. Jest to bardzo zdrowy sposób na rekreację.

Kto by pomyślał, że jako największy zmarzluch na dodatek z zespołem Raynauda na dłoniach wykąpię się w lodowatym Bałtyku przy temp. 1 stopień na dworze. A jednak udało się. Kąpielą pożegnałam stary i powitałam Nowy Rok. Kluczowe aby nie zmarznąć jest dobra rozgrzewka czyli bieganie po plaży.

Co niedziela o 12:00 na plaży w Mielnie spotyka się grupa morsów. Każdy może do nich dołączyć. Wraz z rodziną umawialiśmy się i robiliśmy sobie indywidualne zloty na plaży.

Podczas podejmowania tego wyzwania zawsze towarzyszył mi synek, oczywiście z opiekunem na plaży. Cieszę się, że mogę mu pokazać takie rozrywki.

Jako mors pojawiłam się nawet w noworocznym wydaniu kroniki TVP3 Szczecin (na końcu filmu).

Oprócz dumy z siebie morsowanie dało mi to co powinno – odporność na przeziębienia. Jeszcze jakiś czas temu pisałam, że z zarazkami wygrać się nie da cokolwiek robisz. Zdaje się, że na razie jednak wygrywam.

Wcześniej zimą przeziębiałam się raz, dwa razy na miesiąc. Teraz od dwóch miesięcy jestem zdrowa i nic mnie nie bierze. W życiu nie pamiętam zimy z tak długim okresem mojej odporności. Mój syn też jest zdrowy i nie ma nieobecności w przedszkolu. Ja nie choruję to nie zaraża się ode mnie.

Ciekawe też jak długo potrwa. Życie nauczyło mnie by zbyt mocno się nie zachwycać kiedy coś zbyt długo się układa a tym bardziej ogłaszać to publicznie. Zatem czekam kiedy to przeziębienie mnie w końcu weźmie. Założę się, że weźmie mnie dzień po publikacji tego postu.

Szkoda, że w Hiszpanii musiałam morsowanie przerwać. Do morza mam dalej, woda jest cieplejsza, nie mam też grupy do towarzystwa oraz o wiele mniej osób pod ręką do pilnowania syna. Nie ma też tu takiego zwyczaju. Gdy pokazałam zdjęcia z Polski znajomym Hiszpanom to ciarki im przeszły.

Jako namiastka pozostaje mi nocne bieganie (o ile wygram z Małpą Natychmiastowej Przyjemności).

Jednak zawsze gdy będę mogła, gdy będę w Polsce zimą to będę morsować, bo to po prostu dobrze robi na zdrowie. Gorąco a raczej lodowato polecam.

Mój styczniowy lokalny wypad to przede wszystkim Międzyzdroje szlakiem ulubionego filmu „Młode Wilki” Całą wycieczkę opisałam na blogu.

Ver esta publicación en Instagram

🇬🇧 Let’s go on a trip! Now it’s my tradition to go somewhere in the first week of every New Year. Today I visited the Wolin’s National Park in North-West of Poland. 🇵🇱 To już moja tradycja rok rocznie. Bez względu jak bardzo jest zimno robię sobie jakiś wyjazd w pierwszy tydzień Nowego Roku. Tak więc zwiedzam sobie Woliński Park Narodowy. Pogoda nie zachęca. Pochmurno, kropi ale dzięki drzewom nie piździ tak od morza. Przeszłam się zobaczyć żubry w zagrodzie w Międzyzdrojach. 🐃 Oprócz nich w zagrodzie są dziki. Mówiono mi, że one ponoć także chodzą na dziko przy turystycznych szlakach. 🐗 Obecność innych turystów dodała mi odwagi – szczęśliwie doszłam na miejsce i wróciłam. Nie było na ani śladów dzików poza zagrodą. Zatem teraz czas wybierać się na szlak Młodych Wilków 🐺😎 #zagrodażubrów #poland #wolińskiparknarodowy #forest #nationalpark #wyspawolin #las #samawlesie #dziki #żubry #międzyzdroje #młodewilki #zachodniopomorskie #podróżepopolsce

Una publicación compartida de DorotaStrzelecka*KroplaArganu (@dorotadorkita) el

Natomiast atrakcją Hiszpanii w styczniu był nocny spacer po Granadzie szlakami nawiedzonych domów, duchów, zjawisk paranormalnych i tajemniczych zbrodni. Ciekawa alternatywa na nocne wyjście zwłaszcza dla turystów. Opisałam ją TUTAJ. Jakby ktoś był zainteresowany to podam, że atrakcją zwie się Rutas Misteriosas. Moja rada jest taka, by zaplanować sobie nocny powrót zwłaszcza gdy pójdziesz na to sama.

OBEJRZANE FILMY

Ostatnio nie oglądam zbyt dużo filmów mimo że jestem miłośniczką dobrego kina. Wieczorem po położeniu dziecka spać muszę wybierać czy spać dalej aby się wsypać, iść pobiegać, porobić coś przy blogu czy biznesie. Częściej niż obejrzenie filmu wybieram poczytanie książki. Jednak coś tam udało mi się obejrzeć. Przedstawię Wam 3 moje filmy stycznia. Są one bardzo różne.

Ostatnio popularne są filmy o kościele, które gdy mogę to chętnie oglądam. Jednym z nich była najnowsza produkcja Netflixa „Dwóch papieży” w reżyserii Fernando Meivellesa gdzie główne role prawdziwych, żyjących postaci zagrali Anthony Hopkins i Jonathan Pryce.

Słyszałam wcześniej krytyki, że papież emeryt Benedykt XVI jest pokazany rzekomo jako ten rządny władzy (chyba nie był skoro ustąpił). Odgrywa tu przeciwieństwo dobrotliwego, otwartego i idącego z duchem czasu Franciszka I (który przez większość filmu jest jeszcze kardynałem Bergolio).

Szczerze, ja tego tak nie odebrałam. Była to raczej rozmowa dwóch wierzących staruszków choć faktycznie o różnym podejściu do wiary. Cały film to taki dialog dwóch aktorów, w który trzeba się dobrze wsłuchać aby nie zanudzić. „Nauczyciel”, osoba doświadczona przygotowuje „ucznia” do nowej roli, w której wkrótce go zastąpi. Jednak uczeń wnosi też swoje spojrzenie na świat.

W filmie tym pokazano, że papież to nie jest żadna istota nadprzyrodzona i na pewno nie żaden drugi Bóg. Choć osiągnął szczyt hierarchii w swojej instytucji to jest takim samym człowiekiem jak my. Ma swoje potrzeby, pasje, poglądy, słabości a czasem ochotę na włoską pizzę o nazwie Diavolo.

„Dwóch papieży” było nominowane do Oskara za najlepszy film, scenariusz oraz za najlepszego aktora pierwszoplanowego dla każdego z tych dwóch. Jednak Hopkins i Pryce nie zdobyli statuetki. Za to operator kamery César Charlone został wyróżniony za ten film Złotą Żabą na festiwalu Camerimage. Nic dziwnego. Zdjęcia są naprawdę doskonałe. Ogromny plus ma też charakteryzacja, która połączona z ujęciami i zbliżeniami kamery doskonale podkreśla wiek obu Ojców Świętych.

Inny obejrzany film – komedia produkcji francuskiej istnieje już jakiś czas i raczej nie jest znany w Polsce. Polecił mi go mąż a ja wreszcie dałam się namówić. Niewiele francuskich filmów pokazujących mentalność mieszkańców tego kraju jest dla mnie łatwa. Być może nie rozumiem tego rodzaju humoru. Przyzwyczaiłam się do tego, że chyba w dosłownie każdym francuskim filmie pojawia się motyw imigrantów z Północnej Afryki, głównie z Algierii. Są oni częścią tego społeczeństwa i po prostu nie da się już o nich nie wspomnieć. Komedie francuskie mają też to do siebie, że pokazują bardzo dziwne postacie robiące nieprawdopodobne i absurdalne rzeczy.

Film ten zwie się „L’Italien” czyli „Włoch”. Jest w reżyserii Oliviera Baroux a w główną rolę wcielił się algierski aktor Kad Merad. Jest to historia Algierczyka mieszkającego we Francji w Marsylii, który wpadł na absurdalny ale skuteczny pomysł aby dostać dobrą pracę i nie być zwykłym imigrantem z nizin. Postanowił… udawać Włocha, bo jest to bardziej prestiżowe i Włosi rzekomo mają lepszą opinię niż Algierczycy. Zmienił swoje dane osobowe na włoskie, przyjął imię Dino, ubiera się jak Włoch, zakłada krzyżyk, nauczył się włoskiego, zna fakty z Wikipedii o Włoszech ale… w kraju tym nie był ani razu. Aby móc lepiej udawać odszedł też od swojej kultury i religii całkowicie zapominając o zasadach islamu. Dzięki temu jest przedstawicielem handlowym w salonie luksusowych samochodów włoskiej marki Maserati, takim też autem jeździ i zarabia świetne pieniądze.

Nikt nie zna prawdy. Jego szef, koledzy z pracy oraz dziewczyna myślą, że naprawdę jest Włochem mieszkającym we Francji. Za to jego rodzice i rodzeństwo myślą, że pracuje we Włoszech i ma apartament w Rzymie. Tymczasem Dino dyskretnie parkuje pod lotniskiem w Marsylii i udaje, przed wychodzącą mu naprzeciw matką, że właśnie przyleciał z Włoch na weekend.

Ale jak wiadomo kłamstwo ma krótkie nogi. Ojciec Dino niespodziewanie dostaje zawału. Jest chory i nie może odbyć postu ramadanu, podczas którego od wschodu do zachodu słońca nie można ani jeść, ani pić ani odbywać stosunków seksualnych. Prosi więc syna aby odbył on post za niego. Dla Dina zaczyna się problem bo jak tu ukryć w pracy oraz przed dziewczyną, że się pości i modli 5 razy dziennie. Dochodzi do wielu zabawnych sytuacji.

Po tej komedii spodziewałam się czegoś innego, że na koniec wszystko się wyda w spektakularny sposób. Tymczasem są trochę flaki z olejem. Ale pomyślałam czemu nie miałoby to właśnie tak się odbyć.

Film porusza odwieczny problem „bycia sobą”, który mnie nurtuje. Czy nie czasem lepiej opłaca się udawać kogoś innego aby mieć godne i ogólnie lepsze życie? Mi wydaje się, że w wielu sytuacjach niestety tak. Społeczeństwo faworyzuje tylko pewne typy osób kiedy chodzi o zdobycie pracy.

Od razu przypomniał mi się inny film. Nie pamiętam tytułu ale opowiadał o bezrobotnym aktorze, który bezskutecznie chodził na castingi. Wciąż go odrzucano a on już nie miał za co opłacić czynsz. Pewnego razu postanowił… przebrać się za kobietę. Pamiętam, że nadał sobie imię… Dorothy. Zaprezentował się z takim charakterem i umiejętnościami jakie ma ale jako kobieta. Od razu go (ją) wzięli do serialu, w którym regularna gra zapewniła mu stabilizację finansową.

Zastanawiam się kogo ja mogłabym udawać aby wreszcie w tej Hiszpanii dostać pracę.

Jednak jeśli chodzi o film „L’Italien” to pokazuje też, że czasem możemy zostać przyjęci będący w 100% sobą. Tylko po wielu porażkach nie dostrzegamy tej szansy, która się czai lub która mogłaby być lecz nadal gramy.

Trzeci z obejrzanych w styczniu filmów widziałam po raz drugi. Po prostu postanowiłam go sobie przypomnieć i być może odkryć w nim coś nowego lub mieć inne wrażenia. To hiszpański film w reżyserii Fernando Colomo „Al sur de Granada” czyli “Na południe od Granady”. Czyli o moich stronach.

To adaptacja autobiograficznej powieści pisarza Gerarda Brenana pt. „South from Granada. Seven Years in Andalusian Village”. Film powstał w 2003 r. i zdobył nagrodę Goya (taki „hiszpański Oskar”) za najlepszą muzykę.

Film opowiada o młodym angielskim pisarzu – idealiście, który w 1919 r. przybył do Andaluzji aby zapomnieć o przeszłości spędzonej na froncie I wojny światowej. Wynajmuje dom w wiosce w górskim rejonie Alpuharras. Włącza się w życie lokalnej społeczności prostych ludzi, poznaje andaluzyjski styl życia i tradycje oraz dziewczynę która wprowadzi go w ten świat. Wiadomo też, że prawdziwy pisarz mieszkając tutaj wdawał się w romanse z miejscowymi dziewczętami. Film polecam osobom zainteresowanym kulturą Andaluzji, gdyż bardzo dobrze ją pokazuje, przedstawia jak żyli ludzie na wsi w Hiszpanii w okresie Drugiej Republiki. Film też obfituje w odważne ale i subtelne sceny erotyczne.

PRZECZYTANE KSIĄŻKI

Jednak jestem molem książkowym i mogę powiedzieć, że mogę przeczytać kilka książek w ciągu miesiąca. Czytam nawet po dwie naraz. Książkę grubszą, cięższą w twardszej okładce czytam gdy jestem w domu. Równolegle mam drugą cieńszą, lżejszą, którą zabieram ze sobą do autobusu, stania w kolejce czy bujania syna na huśtawce.

Kiedyś myślałam, że wolę film niż książki, bo podczas czytania większości książek nie wytrzymuję i zasypiam z nudów zmuszona do wyobrażania sobie opisanego w nich świata. Teraz jest inaczej. Mniej oglądam filmów na rzecz książek. Może to dlatego, że trafiam na takie co mnie naprawdę interesują. Pewnie dlatego, że świadomie wybieram co chcę przeczytać i kupuję książki tylko wtedy kiedy naprawdę jakaś mnie interesuje i wiem, że ją przeczytam.

W styczniu przeczytałam następujące książki. Wszystkie są zupełnie z innej beczki. Może Wam coś ciekawego polecę.

Po pierwsze, będąc w Polsce pochłonęłam kolejny tom „Pamiętników bezrobotnych”, który podarował mi profesor z SGH, z którym przeprowadzałam wywiad. Powiem, że nic lepszego w życiu nie czytałam, mimo że jest to praca naukowa, więc coś co z góry uznaje się za nudy.

Są to prawdziwe historie z pamiętników realnych osób. Czyta się je niczym dobry komedio-dramat. Mimo, że mowa o bezrobotnych – ludziach, którzy uważani są za zrezygnowanych i roszczeniowych to te pamiętniki pokazują ich olbrzymią walkę o byt, zaangażowanie, nawet przedsiębiorczość i niepoddawanie się w chwilach zwątpienia. Niech przestaną w końcu wmawiać bezrobotnym, że nie mają pracy tylko dlatego, że za mało się starają. Te pamiętniki powinni przeczytać przede wszystkim osoby… którym się powiodło, uważają że wszystko jest możliwe wyłącznie dzięki ciężkiej pracy a nie szczęściu i które patrzą z góry na tych mniej usytuowanych uznając za pasożytów i nierobów. Nauczą ich empatii do drugiego człowieka. Całe moje wrażenia z lektury „Pamiętników” opisałam TUTAJ.

Chętnie sięgam też po książki znajomych. Taką książką co przeczytałam w styczniu była „Sub Rosa” autorstwa Anny Jurewicz, z którą robiłam wywiad i na której spotkaniu autorskim miałam przyjemność być.

Ver esta publicación en Instagram

„Sub Rosa” wyszła latem i miała być książką do czytania na leżaku. Ba, miała być książką do zabrania w podróż…⠀ ⠀ Okazało się, że to ona zabiera w podróż swoich czytelników. Zapraszam Was, żebyście spędzili rok na Łysej Górze na kampusie magicznego uniwersytetu. ⠀ ⠀ Już niedługo premiera drugiej części przygód Róży i jej przyjaciół. Nie mogę się doczekać, żeby opowiedzieć Wam, co było dalej. ⠀ ⠀ 👋🏻 Powiedz mi, gdzie byś zabrała Różę w mieście, w którym aktualnie mieszkasz?Znacie się już trochę, w końcu byłaś w jej głowie:-)⠀ ⠀ Lektura jeszcze przed Tobą? Na mojej stronie (link w bio @subrosa_powiesc) możesz pobrać za darmo pierwszy rozdział i zacząć przygodę z magią. ✨⠀ ⠀ __________ #subrosa #adastra #aniversum #magia #annajurewicz #przygoda #polskieksiazki #polskaliteratura #literatura #polskafantastyka #fantastykadlakobiet #terazczytam #czytambolubie #lubieczytac #ksiazkadnia #ksiazkanadzis #alavicbook #paganmagic #wiedma #kwiatpaproci #szeptucha #czarymary #ksiazkanajesien #jesien2019 #coczytam

Una publicación compartida de Anna Jurewicz (@aniversum.pl) el

Książka opowiada o perypetiach Róży – studentki Uniwersytetu Łysogórskiego, na którym nauczają arkanów magii. Ania stworzyła tę powieść na bazie swoich doświadczeń życiowych i zainteresowania kulturą pradawnych Słowian. Doskonale jej to się udało i lektura naprawdę wciąga a wyobraźnia podczas czytania jest pobudzana. Każdy kto przeczytał stwierdza, że odpływa a pośród postaci odnajduje siebie.

Były porównania tej książki do „Harrego Pottera” ponieważ tutaj też jest szkoła magii z campusem i bracią studencką, która zdobywa wiedzę, imprezuje, ma więź z profesorami, przeżywa swoje przyjaźnie, miłości.

Pozwolę sobie na pewne subiektywne, trochę przewrotne spostrzeżenie. Czy ktoś kto czytał dostrzegł to samo? Moim zdaniem w świecie opisanym w tej książce jest… niewiele magii i zjawisk nadprzyrodzonych albo nie są one mocno zaakcentowana.

Przez większość książki o magii jest więcej mówione niż jest ona stosowana w praktyce. W „Harrym Potterze” była ona widoczna i bezpośrednio używana przez cały czas wszędzie i do wszystkiego. W „Subrosie” magia jest raczej poszukiwana, opowiada się o niej, czyta o niej, próbuje się ją wyzwolić co niekoniecznie się udaje. Zastanawiałam się czy ten Uniwersytet Łysogórski nie został powołany po to aby studiować coś co nie istnieje po to by sobie wmówić idealistom, że to jednak jest faktem.

Ale znając Anię myślę że skoro jest ona pisarką o dużej wyobraźni i wrażliwości oraz wykonuje zawód psychologa to jestem pewna, że jest to zabieg celowy. Dlatego świat w tej książce jest bliższy naszej codzienności, która magiczna przecież nie jest. Harry Potter przedstawia rzeczywistość z innego świata. W „Sub Rosie” czuję się jakbym czytała o zwykłych osobach mi współczesnych, realnych, takich jak my a nie jakiś fantastycznych tworach. Bohaterowie książki studiują magię nie dlatego, że sami są magiczni. My jeśli się tym interesujemy możemy studiować tak samo zagłębiając się w legendy, książki o dawnych obyczajach, o tym co robiły prawdziwe w historii kobiety zajmujące się tzw. czarami. Na to zdaje się być nakierowany Uniwersytet Łysogórski o wiele bardziej niż na czarowanie. Po prostu książka opowiada o naszych marzeniach i tęsknotach za światem fantastycznym, za tym aby magia naprawdę istniała i byśmy umieli robić magiczne sztuczki.

Oczywiście w książce mają miejsca zdarzenia nadprzyrodzone ale wyzwolone dopiero po czasie albo takie które można byłoby realnie sobie zainscenizować. Zakończenie książki jest otwarte i ciąg dalszy będzie w kolejnej części pt. „Ad Astra”, którą Anna wypuściła w styczniu. Mam już ją i przeczytam w najbliższym czasie. Czyżby powstawała cała saga?

Książki kupuję i wypożyczam ale czasem je… wygrywam. Udało mi się to w konkursie organizowanym na fanpage blogerki podróżniczej Gadulec. Nagrodą była książka pt. „Droga 66” autorstwa także znanych podróżników Karola i Aleksandry Lewandowskich prowadzących top-blog Busem przez Świat. Książka ta opowiada o ich podróży busem po legendarnej i prawie zapomnianej amerykańskiej drodze prowadzącej z Chicago do Los Angeles. Kinga – autorka Gadulca poprosiła o napisanie w komentarzu jakie miejsce w USA chciałbyś odwiedzić. Najciekawszy komentarz miał być nagrodzony książką. Ja napisałam, że chciałabym odwiedzić rejony, w których była kręcona adaptacja sagi „Zmierzch”. Choć to zupełnie inne miejsce niż opisane w książce to jednak mój komentarz wygrał.

Ver esta publicación en Instagram

🇵🇱 No to dojechałam do końca legendarnej drogi w USA #Route66 i jazda ta była samą przyjemnością. Tyle, że czytając o niej przeżywałam różne przygody jej bohaterów i spotkania z niesamowitymi ludźmi. Najnowszą książkę podróżniczego duetu @busemprzezswiat 🚙 🌎 mam dzięki konkursowi organizowanemu przez także podróżniczkę @gadulec 👩🏻👏 Polecam! Sama lubię czytać o podróżach, a przede wszystkim kocham podróżować i te podróże relacjonować. Mam nadzieję, że jak znajdę pracę lub moja rozkręcająca się działalność przyniesie dochód to będę mogła pojechać gdzieś dalej niż lokalnie. Na podróże konieczne są pieniądze, można je zarobić, zaoszczędzić i znaleźć sposób aby podróżować jak najtaniej. Karol, Ola i ich towarzysze podróży znaleźli na to sposób, a połączenie zaangażowania, kreatywności i szczęścia (to ostatnie szczególnie pomogło im w odwiedzeniu najpiękniejszego i trudno dostępnego miejsca w USA) złożyło się na ciekawą wyprawę, która jest ich nie jedyna. Przy okazji zawsze mogę poczytać książki. Ledwo skończyłam tą a już w obrocie następna. Kiedy mam na to czas. Czytam głównie przy stole, przy codziennych posiłkach, w autobusie, w tramwaju i zawsze biorę książkę że sobą gdy idę w miejsce, w którym czeka mnie kolejka. A ta zupa pomidorowa na stole to zupa #wellnessbyoriflame która w termosie towarzyszy mi i będzie towarzyszyć podczas każdego wyjazdu. Niby chcę zdrowo jeść takżexw podróży ale według relacji Karola i Oli na drodze 66 po prostu musisz posikać się tymi hamburgerami i fast foodami po to aby poznać ten wspaniały, niezwykły, kowbojski klimat Stanów Zjednoczonych 🤣🍔🍟🥓🌮🥩🌭. Kto też czytał? #droga66 #usa #kochamczytać #książka #podróże #busemprzezswiat #busemprzezświat #zupawellness #zupa #czytam #ksiazkaopodróżach #polecam #bookholic #stanyzjednoczone #blogpodróżniczy

Una publicación compartida de DorotaStrzelecka*KroplaArganu (@dorotadorkita) el

Książkę „Droga 66” będę polecać po pierwsze w podzięce za to wyróżnienie a po pierwsze, że jest naprawdę ciekawa. Miałam inne książki w kolejce do przeczytania ale to właśnie ona wskoczyła w ich miejsce i została przeczytana w styczniu. To zbiór anegdotek z każdego miejsca, w którym ci podróżnicy byli. Zachęca aby tę drogą się przejechać i odwiedzić te wszystkie atrakcje, zajazdy, parki narodowe wzdłuż tej trasy, w których Karol i Ola mieli okazję być. Zachęca aby poznać wspaniałych ludzi, których oni spotkali i aby nawiązywać z nimi kontakty, gdyż wnoszą dużo do naszego życia. Aż żal robi się tych wszystkich biznesów, które upadły po zamknięciu drogi lub istnieją ale nadal wiążą koniec z końcem. To właśnie tacy podróżnicy je wspierają. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie opowieść jak udało im się zobaczyć najpiękniejszą i zarazem trudno dostępną formację skalną The Wave, gdzie wpuszczają tylko… 20 osób dziennie.

Książka jest pięknie wydana, zawiera dużo zdjęć, porad podróżniczych, wpisów z dziennika oraz linków pod którymi można zobaczyć filmy z kanały YT Busem przez świat. Bardzo rzetelnie i szczegółowo przygotowany przewodnik po Drodze 66.

Myślcie sobie co chcecie ale… lubię książki niepoprawnie polityczne.

Nawet te będące wyrazem przeciwstawnych i skrajnych poglądów. Poznawanie różnych, nawet takich punktów widzenia a nawet znajdowanie w nich coś z czym się zgadzasz to żaden obciach. Pisałam kiedyś, że u mnie na półce stoją obok siebie książki Roberta Biedronia i Pawła Lisickiego. O zgrozo!!! Pora to pokazać.

Trzy z tych książek przeczytałam w zeszłym roku. Natomiast w styczniu skończyłam czytać tę czwartą pt. „Epoka Antychrysta” Pawła Lisickiego. Tak samo jak filmy interesują mnie książki o kościele. Napisana została ona przez dziennikarza, konserwatywnego katolika, który jest za tradycyjnymi wartościami kościoła i sceptycznie podchodzi do już dziś następujących w nim zmian i tego co robi obecny papież Franciszek I. To właśnie dlatego można tę książkę zaliczyć do niepoprawnych politycznie.

Jest to tzw. dystopia czy powiastka apokaliptyczna – wizja przyszłości o tym co może nam grozić jeżeli kościół za bardzo pójdzie z duchem czasu, porzuci swoją tożsamość, przede wszystkim porzuci Boga na rzecz człowieka i przestanie się szanować. Watykan. Rok 2217. Nad Kaplicą Sykstyńską pojawia się biały dym. Konklawe wybiera nowego papieża – Francuza, którzy przyjmuje imię… Judasz.

Można się domyślić, że to on jest tym tytułowym antychrystem, który doprowadzi do samounicestwienia kościoła. Nowy papież jednak przyciąga ludzi. Wygłasza pełne charyzmy, pociągające tłumy przemówienia bardzo pięknie brzmiące np. o tym, że Kościół musi być solidarny z ludzkością a chrześcijanin musi być po prostu człowiekiem… i ani trochę chrześcijaninem. Ustala nowy kanon Nowego Testamentu i z pomocą prokuratury światowej chce udowodnić, że Jezus Chrystus nie zmartwychwstał. Jednak naprzeciw papieżowi Judaszowi staje dwóch odważnych kardynałów zaniepokojonych tym co on wyprawia. Pochodzą oni z Nigerii i z Polski  – z krajów uznanych za największy ciemnogród.

Autor książki pominął zmiany technologiczne jakie w tak dalekiej przyszłości z pewnością muszą być ogromne. Jest jedynie wspomniane, że człowiek skolonizował Księżyc i Marsa, są szybsze środki transportu, wyprodukowane zostały roboty ułatwiające nam życie a nawet zaspokajające potrzeby seksualne. Jest tu raczej skupienie na obyczajach i zmianach w społeczeństwie.

Szczerze nie była to zbyt łatwa lektura wyzwalająca emocje ani też bardzo mocna. Fabuła nie jest zbyt zawrotna. Książka bardziej mnie rozśmieszyła niż wstrząsnęła ze względu na wykreowane postaci. Już same ich imiona są tak śmieszne, że przez większość lektury miałam głupawkę. Takie z pewnością było założenie, bo książka jest pastiszem.

Za dużo jest długich wywodów teologicznych podczas gdy ja wolałabym więcej akcji i dosłownych wstrząsających opisów wizji tego świata. Pośród tych wizji świata przyszłości jakie zostały opisane są postulaty, które pewna część ludzi chciałaby aby zostały zrealizowane. Małżeństwa homoseksualne iż zmiana płci są na porządku dziennym, czyli GENDER pełną gębą. Kobiety mogą przyjmować święcenia kapłańskie i zostają kardynałkami. Dzieci należą do państwa, nie do rodziców raczej do świata gdyż władzę na kuli ziemskiej sprawuje Rząd Światowy. Wbrew obaw z innej ksiażki Lisickiego (jest na zdjęciu) islam narazie nie opanował świata.

Szczególne wstrząsają tzw. Kliniki Dobrej Śmierci rozsiane po całym świecie. Eutanazja jest najlepszym rozwiązaniem na wszystkie bolączki i mało tego. Została tak wypromowana a umysły zmanipulowane, że ludzie uznają ją za coś normalnego i na luzie ze spokojem płacą za „godne samounicestwienie” tak jak się płaci za wizytę w spa. Szczególnie porusza sytuacja ludzi starszych co w takiej przyszłości ich może czekać.  Miejmy nadzieję, że ta ponura wizja się nie zrealizuje.

Po lekturze wpadłam na pomysł innej dystopijnej wizji przyszłości jaką mógłby napisać autor pokroju i poglądów Lisickiego. Chętnie przeczytam. Sama jednak nie odważę tego zrobić, gdyż za coś takiego po porostu posypia się gromy. Nie wiadomo czy byłoby nawet dopuszczone do wydania.

Aby dorzucić jeszcze trochę mojej pasji do skrajności i nieporawności politycznej to uważam, że autor pokroju Lisickiego grzmiałby gdyby przeczytał wspomnianą „Sub Rosę”. Sorry Aniu, ale nie mogę się powstrzymać z tym spostrzeżeniem.

Wiemy, że na Łysej Górze stoi Klasztor Święty Krzyż. W „Sub Rosie” go nie ma, bo zastapiony został Uniwersytetem. Czasy się zmieniły i kutura dawnych Słowian dotychczas wymazywana (to było prawdziwe świętokradztwo) – jak mówi Ania – wyparła chrześcijaństwo. Tak więc tutaj też mamy usuwanie kościoła z przestrzeni publicznej. Praktykujący katolik może mieć podczas lektury zgrzyt. Co ciekawe takie „wojny religijne” mają miejsce współcześnie o czym się przekonałam gdy byłam na Ślęży, ktora także jest słowiańsko – kościelną świętą górą.

Jako matka rzadko co czytam książki z poradami dla dzieci gdyż nie jest to mój ulubiony gatunek literacki. Podczas gdy wolę dobre powieści mam mało czasu by wcisnąć na moją listę jakiś poradnik. Ale w styczniu jeden taki udało mi się przeczytać i cieszę się, że wpadł w moje ręce.

Monika Janiszewska i Małgorzata Bajko „Mamo, co by było gdyby…” – tę książkę otrzymaliśmy w prezencie po zakończeniu pierwszego roku w polskiej szkółce niedzielnej. Jest on o tym jak rozmawiać z dzieckiem na trudne tematy takie jak skąd się biorą dzieci, śmierć, wojna, choroby, kataklizmy, rozwody, wypadki i inne trudne sprawy. Podziela mój pogląd, że trudnych pytań dziecka nie należy ignorować. Adekwatnie do jego wieku powinno się mu na spokojnie wytłumaczyć wszystko o co pyta.

Autorki opisują każde trudne pytanie z osobna. Podają gotowe scenariusze rozmów z dzieckiem z których można coś zaczerpnąć. Proponują wyjaśnianie za pomocą bajek i zachęcają aby rodzice sami je pisali. Na końcu książki jest kilka przykładowych bajek poruszających różne problemy. Szczerze jedna z nich naprawdę mną poruszyła emocjonalnie i ogromnie wzruszyła, że do tej pory nie mogę przestać o niej myśleć. Ciekawe jak odebrałoby ją dziecko, którego dotyczy omawiany problem. Myślę, że jak ma się dzieci to warto po tę książkę sięgnąć.

ODKRYTE MIEJSCÓWKI

Niewątpliwie jest nim kocia kawiarnia Koci Miętka w Koszalinie. Mieszkam za granicą, więc nie zawsze wiem jakie lokale działają w moim rodzinnym mieście. Tata powiedział mi o tym miejscu a ja jako kobieta świrnięta na punkcie kotów musiałam tam pójść. Któż nie ma podobnego świra? Dużo ludzi kocha koty dlatego takie miejscówki są z góry skazane na sukces.

Wcześniej słyszałam o tego typu kawiarniach w większych polskich miastach ale nie przypuszczałam, że powstała taka u nas. Atmosfera jest tam wspaniała i przyjemna. Dobra kawa, herbata i słodkie przekąski. No i oczywiście koty, które zdają się nauczone aby zabawiać klientów. Albo polegują sobie na drapakach, albo bawią się swymi kocimi zabawkami a czasami przysiadają się na siedzeniu obok ciebie. Choć mam wrażenie, że są trochę znudzone tym jak ludzie chcą je głaskać i non stop robić zdjęcia.

Kawiarnia ma swoich stałych mieszkańców ale pośredniczy też w adopcji kotów jako dom tymczasowy. Dotychczas zrealizowali ponad 60 adopcji. Po ogłoszeniu na Facebooku wiele kotków znalazło nowy dom. W styczniu mieli do adopcji młodego, białego głuchego kotka. Podczas mojego pobytu w kawiarni przyszły osoby z pytaniem właśnie u niego. Potem dowiedziałam się, że został adoptowany.

Koci Miętkę polubił bardzo mój syn. Świetnie się tam czuł. Podczas gdy on niczym kotek bawił się kocimi zabawkami lub głaskał koty ja spokojnie mogłam wypić ciepłą kawę. Oczywiście musiałam go kontrolować aby za bardzo nie zagłaskał, gdyż kocia cierpliwość jest ograniczona.

Obecnie kawiarnia jest w trakcie przeprowadzki do nowego lokalu w samym środku głównej ulicy miasta.

Jeśli chodzi o Andaluzję to ostanie odkrycie moje i męża znajduje się w miejscowości Loja (czyt. Locha). Jest nim restauracja Atracón. Nazwa ta po hiszpańsku znaczy… obżarstwo. Dziwny pomysł na nazwę. Brzmi trochę nieelegancko ale przekonałam się, że lepiej ująć nie można tego co tam serwują.

Mąż zaprosił nas na rodzinny obiad gdyż restauracje polecił mu znajomy. Nie zawiedliśmy się i jesteśmy naprawdę zachwyceni. Nażreć się tam można do woli, za korzystną cenę. Dlaczego korzystną? Ceny są takie ile w przeciętnej andaluzyjskiej restauracji kosztuje jednorazowy posiłek. W Atraconie masz za tę samą cenę posiłek na… dwa dni. Porcje są po prostu ogromne albo tak przyrządzone, że nim całą dokończysz to już najesz się do syta.

Ponieważ nie jesteś w stanie skończyć wszystkiego kelner spakuje ci resztę w ładne pudełko i po prostu zabierasz do domu. Masz już gotowy obiad na kolejny dzień. Mąż zamówił sobie ogromny talerz gulaszu z papryką, frytkami i sosem czosnkowym. Ja wzięłam tzw. calzone z łososiem, które miało o wiele więcej dodatków. Było ogromne i mega pyszne za mniej niż 10E (no i starczyło na 2 dni). Po prostu palce lizać.

Ja gdy będę ponownie w Loja już nie wyobrażam sobie stołować się gdzie indziej. Ludzie z Granady specjalnie jeżdżą tam na obiad. Dojazd samochodem zajmuje 30 – 45 minut. Jeśli będziecie podróżować wynajętym samochodem pomiędzy Malagą a Granadą to polecam zatrzymać się tu na obiad. Ale muszę dać jedną wskazówkę praktyczną.

Restauracja jest tak dobra, że szturmują ją tłumy klientów. Zwłaszcza o 14:00 w porze obiadowej. Są gotowi czekać w długiej kolejce na zewnątrz na wolny stolik. Aby tego uniknąć koniecznie musisz zarezerwować go sobie wcześniej telefonicznie. Gdy to zrobisz masz gwarancję miejsca i omijasz kolejkę.

Przez tę ogromną ilość klientów w restauracji jest bardzo głośno. Jednak wielka kakofonia rozmów może niektórym przeszkadzać. Ale jest to typowe dla większości restauracji w Hiszpanii. Ty równie dobrze możesz się wyłączyć, skupić na jedzeniu i podziwiać widok za oknem. Ściany restauracji są ze szkła i położona jest ona trochę wysoko. Masz z niej wspaniały widok na starówkę Loja, dolinę rzeki Genil (tej co płynie też przez Granadę oraz sąsiednie pasmo górskie.

Ver esta publicación en Instagram

🇪🇸 La ciudad Loja. Se ve en la valle desde la autovía A-92 Granada – Málaga. El pueblo parece más grande cuando estas dentro. #Moraima – la esposa del último rey musulmán de Granada era de Loja. Pero también fuimos allí para almorzar en una restaurante por la recomendación. No hemos decepcionados. La comida era genial por los precios adecuados (esta en stories y la localización). Con las vistas panorámicas que el establecimiento tbn ofrece se come muy agradable 🇵🇱 Andaluzyjskie miasteczko Loja (czyt „loha”) . Położone jest przy autostradzie A-92 Granada – Málaga i widoczne w dolinie z autostrady wygląda na niewielkie. Ale jak jest się w jego środku to wydaje się większe. Z Loja pochodzi jedna z głównych postaci książki jaką planuję napisać (zanim to się stanie muszę wyłapać więcej smaczków z historii Al-Andaluz). Wpadliśmy do Loja na rodzinny obiad w polecanej i to bardzo restauracji. Nie zawiedliśmy się, bo jest pyszne jedzenie za rozsądną cenę (jest na stories I w lokalizacji). Zdecydowanie przyjemniej je się przy takich widokach panoramicznych, które również oferuje. Podróżujesz po Andaluzji wynajętym samochodem i masz ochotę zatrzymać się gdzieś na pyszny obiad? Polecam właśnie tutaj. Tylko najlepiej przed sjestą czyli przed 14:00 lub rezerwując stolik, bo kolejki są ogromne. Ludzie potrafią wytrwale czekać godzinę na zewnątrz aby się tutaj stołować. #loja #andalucia #andaluzja #bellavista #ponientegranadino #PodróżeNIEDuże #ponientegranaíno #atracón #atracónloja #restauranteatracón #lojaGranada #lojaandalucia

Una publicación compartida de DorotaStrzelecka*KroplaArganu (@dorotadorkita) el

LINKI MIESIĄCA

We wpisach podsumowujących miesiące w roku bardzo często podaje się tzw. linki miesiąca do ciekawych artykułów. Rzeczywiście muszę sobie notować gdzie ciekawego przeczytałam w sieci, bo nie mogę sobie przypomnieć. Zresztą ostatnio czytam coraz mniej artykułów internetowych w serwisach i blogach.

Jestem tzw. pokoleniem „Wszyscy piszą ale nikt nie czyta”.

Podam więc wpisy na blogach, które skomentowałam. Co o nich myślę ujęłam w komentarzu. Oto one:

Wybuchowy początek roku w Sztokholmie – Agnes na szwedzkiej ziemi

Kombinuj jak Włoch, czyli po zasiłek marsz – Ratunku Italia / Przystanek Italia

Do następnych miesięcy będę zbierać więcej ciekawych linków. Chcę też polecać konta na Instagramie jakie odkryłam i zaczęłam obserwować.

Tak więc to było na tyle jeśli chodzi o podsumowanie stycznia 2020 r.

Jaki tak naprawdę będzie cel takich podsumowań? Chcę po prostu wyłonić z mego z pozoru nudnego, pozbawionego spektakularnych i przełomowych wydarzeń ale w miarę spokojnego i szczęśliwego życia jakieś ciekawe momenty, przedmioty, ludzi, miejsca i wydarzenia. Po to aby bardziej docenić to czym się otaczam oraz nawet najmniejsze osiągnięcia. Aby poczuć się jeszcze szczęśliwsza i bardziej spełniona.   

Nie w każdym miesiącu będą identyczne działy. Gdyż w jednych raz coś się dzieje a raz zupełnie nic. Liczę na to, że w przyszłych miesiącach pojawią się też nowe działy o ile coś się wydarzy w danej dziedzinie np. cytat miesiąca wyczytany lub zasłyszany od poznanych ludzi, który na mnie wpłynął.

Zatem wszystkiego dobrego.

A jak minął Wasz styczeń 2020?


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, blogerka, grafik, szukająca pracy... jakiejkolwiek, choć fajnie gdyby to była praca marzeń na czas nieokreślony, konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna artystka szuka pracy".

Może Cię zainteresować...