Internetowy dzienniczek. Luty 2020 miesiącem pierwszych symptomów.
Moja praca to, Podróże nie duże, Samo życie, Za granicą

Internetowy dzienniczek. Luty 2020 miesiącem pierwszych symptomów.


Pragnę dostrzegać to co ważne, doceniać chwile, ludzi, miejsca i przedmioty. Chcę też Ci coś ciekawego polecić. Właśnie po to robię blogowe podsumowania miesięczne. Teraz czas na luty 2020. Jaki był i co się u mnie wtedy działo.

W lutym mogłam docenić pogodę, której nie zapomnę. Zima w Andaluzji ma krótkie momenty ocieplenia ale ogólnie potrafi przymrozić, zwłaszcza we własnym mieszkaniu. Tegoroczny luty był cieplejszy niż się spodziewaliśmy. Piękna wiosna była tej zimy. Może to zmiana klimatu staje się faktem?

Ale dla nas to był poniekąd pozytyw. Jest ciepło – nie trzeba włączać ogrzewania, za które u nas robi klimatyzacja. Zatem nie ma zimowego rachunku za prąd, który zawsze nas przerastał.

Z drugiej strony potrzebne jest następstwo pór roku dla równowagi i psychiki. Trochę dziwnie jak pogoda choć dobra to długo, długo się nie zmienia. Przydałby się śnieg. Nawet w Polsce nie mogłam na niego liczyć. W górach Sierra Nevada też było go niewiele.

Dobra, koniec o pogodzie. Pora przejść do rzeczy.

PRACA, ZARABIANIE, BIZNES

W lutym ruszyły wreszcie grupowe spotkania naszego mastermindu poszukiwaczy pracy. Gdyby ktoś z Polaków w Hiszpanii był tym zainteresowany to inicjatywa ta nazywa się Vives Emplea i organizuje go fundacja Acción Contra el Hambre. Finansowana jest przez m.in. Europejski Fundusz Społeczny. Nabór do takich grup wsparcia ma miejsce co jakiś czas w większych miastach.

Program wspiera poszukiwanie pracy u osób bezrobotnych lub niepewnie zatrudnionych.  Ma sprzyjać rozwojowi i doskonaleniu kluczowych umiejętności związanych z zatrudnieniem, takich jak motywacja, samoświadomość, komunikacja lub negocjacje za pomocą narzędzi coachingowych, zindywidualizowanego akompaniamentu, wolontariatu korporacyjnego i pośrednictwa z firmami.

Uczestnicy podnoszą swoje umiejętności społeczne i zawodowe. Uczą się nie tylko dobrze przygotować do rozmów kwalifikacyjnych ale też poznać swój potencjał, cel zawodowy, który chcą osiągnąć i poprawić swą samoocenę.

Jesteśmy grupą 25 osób. Dwa razy w tygodniu spotykamy się na sesjach grupowych. Mamy też sesje  indywidualne.

Spotkania prowadzi Rosa – fantastyczny coach. Poznając nas zażartowała, że ma chyba jakieś supermocne. Dobrała takie osoby, które świetnie się zgrały. Na pierwszych zajęciach dobieraliśmy się w pary i opowiadaliśmy o sobie wzajemnie. Potem prezentując się przed całą grupą musieliśmy zaprezentować nie siebie lecz swoją parę. Prawie każdemu wychodziło, że jego para ma podobne zainteresowania, profil czy historię życiową.

Historie te, były naprawdę niezwykłe i niekiedy dramatyczne. Są wśród nas osoby po przejściach, które umiały się podnieść, otrzepać i iść dalej. Niektóre mają takie umiejętności, doświadczenie i osobowość, że aż dziwne, że są bez pracy. Po prostu tak im się życie ułożyło. Większość z nas ma powyżej 45-lat. Ja jestem jedną z młodszych.

Co jest fajne w tej grupie to to, że nie musimy udawać między sobą co często bywa na rozmowach o pracę. Tutaj możemy się otworzyć także osobiście, opowiadać o swoich zarówno silnych jak i słabych stronach. Nasza grupa to raczej klub dyskusyjny na różne tematy związane z samorozwojem i zaistnieniem na rynku pracy.

To podbudowujące gdy możemy się razem wspierać i budować kontakty, przekazywać nawzajem pozytywną energię która popycha nas do niepoddawania się.

Naszą grupę wspiera Czerwony Krzyż w kwestii szkoleń. Już wcześniej się u nich szkoliłam więc nadal jestem podopieczną tej organizacji.

Wspomaga nas też osoba co zajmuje się mediacją w sprawie stanowisk pracy dla osób z naszej grupy. Ma ona negocjować w naszym imieniu gdy wyjdzie oferta pasująca do profilu kogoś z nas. Jednak większość działań jak to w tych programach bywa – podejmujemy sami. Fundacje, doradcy i coachowie dają tylko narzędzia i uruchamiają kontakty.

Po tym jak zgłosiłam się do Vives Emplea poszłam na inne szkolenie do urzędu pracy. Spotkałam na nim chłopaka, któremu poleciłam ten program, bo być może go zainteresuje. Następnie powiedziałam mojej doradczyni zawodowej.

Okazuje się, że chłopak ten przyszedł na pierwszą sesję. Też dołączył z mojego polecenia. Potem ta sam doradczyni zawodowa jeszcze raz powtórzyła mu to co ja. Ucieszyłam się nie tylko za to, że ta inicjatywa może coś w moim życiu zmienić ale także dlatego, że dzięki mnie zmieni u kogoś innego. A chłopak ten jest bardzo utalentowany i wszechstronny oraz doświadczony i wszechstronny na swoich poprzednich stanowiskach. Chodzi na wszystkie sesje. Powinien zdobyć pracę bez problemu i jest jej warty.

>> Artykuł o mojej grupie z inicjatywy Vives Emplea w hiszpańskich mediach lokalnych.

Mogę też wspomnieć na czym polega moja własna działalność biznesowa. Jest to wydawanie własnych produktów papierniczych na Amazonie i ich sprzedaż. Zajęcie to poleciła mi Olga Nina, twierdząc, że jest to w sam raz dla mnie. Postanowiłam zbadać temat i… totalnie odpłynęłam. Amazon potrafi wciągnąć. A jeśli w przyszłości ma to dać pieniądze, to chyba warto dać się ponieść. Do tego biznesu wymagane są predyspozycje graficzne ale też umiejętność wyszukiwania nisz, w jakich możesz wypuścić swoje produkty. Wydawanie produktu to cały proces i potrafi być pracochłonny. Jednak znając poszczególne kroki można wydawać sprawniej.Więcej na ten temat z pewnością opowiem może za rok, jak będę miała lepsze efekty. W lutym moje pierwsze produkty wreszcie weszły na rynek i zaliczyły pierwsze sprzedaże. Mam swój plan działania i pomysły na kolejne produkty.

Jeśli zapytasz mnie skąd się tego uczyłam to polecam Ci kurs Tomka.

Tomek stworzył z wydawania na Amazonie swój sposób na biznes a teraz szkoli innych jak to robić. Ma też w sobie dużo cierpliwości aby wyjaśnić ci to czego potrzebujesz. Oczywiście trzeba cały czas się douczać i śledzić zmian na rynku. Dla mnie jest to działalność, którą wykonuję z przyjemnością i mogę wykonywać nawet gdy na początku są mniejsze efekty. Takie podejście jest ponoć bardzo ważne a po czasie się zwraca. Tego się przekonamy.

RODZINA

Pośród wydarzeń rodzinnych był oczywiście karnawał w przedszkolu syna. Mama kup lub uszyj kostium! Mi jednak ta robota odpada, ponieważ syn nie da sobie założyć żadnego dziwnego przebrania. Broni się rękami i nogami. Nie chce nikogo udawać. Chce być wyłącznie sobą. Panie mówią, że nieprzebranemu dziecku będzie przykro gdy zobaczy przebranych kolegów i koleżanki. Ale też nic z tych rzeczy. On w ogóle się nie przejmuje a kostiumy innych go jedynie rozśmieszają. Może jak będzie starszy to się do przebierania przekona, gdyż Hiszpanie wręcz to uwielbiają i szukają okazji aby się przebierać.

W tym roku dzieci miały być przebrane za postaci z „Alicji w krainie czarów” (ta książka dla mnie jakaś abstrakcja i kompletnie nie kumam o co w niej chodzi nie mówiąc już o wyjaśnieniu dziecku, zakładam, że był to po prostu opis snu głównej bohaterki a sny są dziwne i niezrozumiałe). Za to w poprzednim roku w żłobku też przebierano dzieci za postacie z Alicji. Uchował mi się kapelusz Szalonego Kapelusznika – jedyna część stroju jaką udało mi się mu założyć.

Karnawały i różne imprezy w hiszpańskich przedszkolach i szkołach odbywają się tak, że całe klasy wraz z nauczycielami i wychowawcami wychodzą na ulice i robią pochód. Mogą w nim uczestniczyć rodzice. Policja specjalnie dla nich blokuje ruch. Parada ciągnie ze sobą głośnik. Puszcza się głośną muzykę, tańczy, śpiewa i zawsze jest świetna zabawa.

Z kolei 28 lutego ma miejsce Dzień Andaluzji. W całej wspólnocie autonomicznej jest to dzień wolny od pracy. W szkolach i przedszkolach odbywają się z tej okazji apele i różne imprezy. Dzieci i nauczyciele przebierają się w stylu flamenco czy sevillana, recytują wierszyki, tańczą oraz jedzą przekąski takie jak chleb z andaluzyjską oliwą z oliwek. Syn też ledwo się dal namówić na kolejny kapelusz.

Flaga Andaluzji
 
 
 
 
 
Ver esta publicación en Instagram
 
 
 
 
 
 
 
 
 

💃🇪🇸 28 de febrero – El Día de la Andalucía. Falta la bandera andaluza en emoticonos para hoy. Los colegios organizan los eventos donde los niños están recitando poemas sobre la belleza de Andalucía, se visten como flamenco y comen el pan con aceite de oliva 🍞🍶Mi famoso sombrero rojo 👒Comprado hace tiempo en la feria, llevado por mi, era accesorio en las sesiones fotográficas prą redes sociales. Hoy va bien a el💃🇵🇱 Dziś 28 lutego mamy Dzień Andaluzji czyli wspólnoty autonomicznej w Hiszpanii, w której mieszkamy. Każda wspólnota ma tu swoją autonomię, własny rząd i kulturę. 28 lutego 1980 r. odbyło się referendum w którym za tą autonomią się opowiedziano. Dlatego ten dzień w całej Andaluzji jest wolny od pracy (czyli długi weekend co znaczy dla mnie… mniej odpoczynku niż w dni robocze 😜) Dzień przed szkoły i przedszkola organizują imprezy na których dzieci przebierają się w stroje flamenco, recytują poematy o pięknie Andaluzji, je się chleb z oliwą z oliwek. Mój Słynny czerwony kapelusz, mam go wiele lat, służył mi na wielu sesjach zdjęciowych dla moich blogów. Dziś jemu jest w nim do twarzy 👒 #karimkowo #diadeandalucia #diadeandalucía #andaluzja #andalucia #andalucía #hiszpania #polkawhiszpanii #polkanaobczyźnie #kapelusz #dziecko #synek #sombrero #czerwonykapelusz #sombrerorojo #flamenco #andaluz #hiszpania

Una publicación compartida de DorotaStrzelecka*KroplaArganu (@dorotadorkita) el

TURYSTYKA I REKREACJA

Cały czas uprawiam nocne bieganie, nawet wysoko, po schodach na zabytkowy Albaizin. Ale nie będę się chwalić swoimi rekordami. Biegam ok 5 km, gdyż tylko na tyle mam czas.

Pojechałam też zwiedzić miasteczko Loja (czyt „loha” – jak samica świni) 40 min. drogi od Granady, w którym byłam dawno temu. Wcześniej odkryliśmy tam restaurację ze smacznym i ogromnym menu, którą polecałam w podsumowaniu stycznia. Gdzieżby indziej miałam wstąpić na obiad podczas tej wycieczki?

Ver esta publicación en Instagram

🇪🇸 Entre pasado y presente #Boabdil no se fue de Granada. Parece que se quedado en el pueblo #Loja @gpjohnnymac muchas gracias por recomendarme pasear por los rincones de este pueblo. 🙂 A veces se puede perder como en laberinto 🇵🇱 Między przeszłością a teraźniejszością. Wygląda na to, że ostatni emir Alhambry Boabdil ostatecznie nie opuścił Andaluzji a zaszył się gdzieś w miasteczku Loja (czytaj „loha”) #andaluzja #andalucia #lapolacaenespaña #polkanaobczyźnie #polkawhiszpanii #musulman #alandaluz #mural #ciudadloja #moraima #aliatar #árabe #hiszpania #poesiaarabe #turystka #zwiedzanie #visitar #lojaGranada #turismo #granadaturismo #lojaandalucia #granadaspain #ponientegranaíno #ponientegranadino #estaes_andalucia #estaes_andalucia

Una publicación compartida de DorotaStrzelecka*KroplaArganu (@dorotadorkita) el

Przyszła mi ochota aby ponownie sobie tam pospacerować w tym mieście położonym pomiędzy dwoma górami. Chciałam obejrzeć dawną architekturę, gdyż Loja także była jedną z twierdz za czasów panowania muzułmanów na Płw Iberyjskim. Choć teraz stoją tu same kościoły.

Z Loja pochodzi jedna z głównych postaci książki za której napisanie zbieram się od paru lat. Wciąż nie mam zbudowanej fabuły. Dużo mi brakuje więc po prostu szukam tu inspiracji. Na spacer do Loja wpadnę ponownie, bo jeszcze nie zdążyłam zajrzeć w każdy zakamarek jej starówki.

PRZECZYTANE KSIĄŻKI

W lutym przeczytałam następujące książki. Tylko trzy? Tak mało? Dla mnie wystarczająco. Czytam tyle na ile mi czas pozwoli i to co uznam za warte mojej uwagi, lub zostało wcześniej sprawdzone. Czytam przy wielu okazjach: przy jedzeniu (zamiast scrollowania telefonu), w autobusie lub na spacerze z dzieckiem w sytuacjach gdy mogę odwrócić uwagę np. podczas bujania malucha na huśtawce przez godzinę – polecam.

Maria Paszyńska „Owoc granatu. Powroty”

Przeczytałam ostatnią część sagi „Owoc granatu.” Po raz kolejny potwierdziło się, że Maria Paszyńska, pisze świetne książki historyczne, które naprawdę wciągają. Wcześniej czytałam jej trylogię o Imperium Osmańskim. Pisarka jest także absolwentką iranistyki, prawa, przewodnikiem miejskim po Warszawie oraz mamą. Swoją wiedzę prezentuje w swych książkach, które pokazują drogę życiową bohaterów przechodzących przemianę na tle wydarzeń historycznych, dzięki którym w łatwy sposób poznajemy historię, także z punktu widzenia zwykłych ludzi, którzy wówczas żyli. Maria Paszyńska opiera literacką fikcje swych powieści na autentycznych historiach.   

Czy to oznacza, że skończyłam swoją przygodę z „Owocem Granatu”? Otóż nie. Jestem dopiero w połowie. Sagę zaczęłam czytać… od części trzeciej. Następnie zamiast po część pierwszą sięgnęłam po czwartą aby poznać zakończenie. Wkrótce ruszam z pierwszą częścią. Celowo postanowiłam na brak chronologii w moim czytaniu i dzięki temu jestem jeszcze bardziej ciekawa jak ta cała historia się zaczęła. A o czym dokładnie opowiada?

Jest to historia dwóch sióstr bliźniaczek Elżbiety i Stefanii od ich dzieciństwa do późnej starości. Siostry żyją sobie spokojnie na kresach Rzeczypospolitej. Jest rok 1939 i nagle wybucha II wojna światowa. Z tego co wiem z recenzji części pierwszej dziewczęta zostają zesłane na Syberię gdzie przechodzą dramat ale dzielnie udaje im się przetrwać. Następnie wraz z Armią Andersa dołączają do polskich uchodźców, którzy trafiają do Iranu – orientalnego kraju, który zadziwia, który w książkach Marii Paszyńskiej możemy poznać z innej strony. Ta część związana z Iranem najbardziej mnie ciekawi. Wydarzania historyczne wciąż mają miejsce i po latach spędzanych w Iranie na skutek rewolucji Chomeiniego bliźniaczki trafiają do Paryża a do Polski, gdzie trwają czasy PRLu. Jest to podróż przez wiele całkiem odmiennych od siebie kulturowo i systemowo światów. Akcja ostatniej części książki to głównie Paryż i Warszawa ale wiele razy przenosimy się do Iranu. To właśnie na te irańskie wątki jako czytelniczka czekałam najbardziej.

„Owoc granatu” to niezwykła opowieść o więzi siostrzanej i miłości. Siostry przeżywają wiele przygód, dramatów, miłości, spotykają na swojej drodze pewnych ludzi – gdyby nie oni ich życie inaczej by się potoczyło. Bardzo interesujące są tu postaci męskie – ogromne porównane, który mężczyzna jest warty kobiecej miłości ale niestety jest tak, że wiele kobiet wybiera na odwrót a potem cierpi. To, kto jest warty miłości okazuje się dopiero po czasie i dowodem na to są przede wszystkim czyny a nie słowa. Dlatego polecam „Owoc granatu” szczególnie nastolatkom – dzięki niej nie tylko dowiedzą się o życiu Polaków na uchodźctwie ale i wyciągną wnioski nim zaczną swoje pierwsze miłości. Elżbieta i Stefania wiele razy są rozdzielane ale wydarzenia życiowe i ich głęboka więź sprawia, że zawsze wracają do siebie.

Jedna z recenzji „Owocu granatu” oznajmia, że to historia, która „zaczyna się niewinnie i lekko, by za moment wbić czytelnika w fotel i poruszyć do głębi.” Zgadzam się z tym po przeczytaniu dwóch ostatnich części. Podczas lektury wrażliwa czytelniczka poczuje wiele emocji od złości za niesprawiedliwość po łzy wzruszenia.

Gdy przeczytam dwie pierwsze części to koniecznie napiszę recenzję całej sagi na blogu Kropla Arganu, który jak wiecie porusza tematy wielokulturowości. Już mam na tę recenzję pomysł, który nawiązuje do pewnej z pozoru banalnej sytuacji z mego życia, która skłoniła mnie do zainteresowania się Iranem. Teraz dziękuję Marii Paszyńskiej za te książki, gdyż są doskonałą odtrutką na stereotypy, które wtedy ktoś próbował mi zaaplikować.

Teraz wchodzimy w mój niepoprawny politycznie książkowy repertuar.

Wojciech Cejrowski „Gringo wśród dzikich plemion.”

Miałam okazję być w Polsce na spotkaniu z tym kontrowersyjnym dziennikarzem i podróżnikiem. Stąd mam tę książkę. Na spotkaniu opowiadał głównie o jej treści. Teraz postanowiłam po nią sięgnąć ale miałam już ją na oku wiele lat temu. To były czasy kiedy o dalekich podróżach opowiadało tylko kilku znanych dziennikarzy. Teraz każdy bloger o ile się zaprze, zdobędzie środki i ma trochę szczęścia też może rzucić wszystko i zacząć podróżować, relacjonować swoje wypady, nagrywać filmy i pisać książki.

To chyba najbardziej znana książka Wojciecha Cejrowskiego i jedna z pierwszych. Skupia się ona na podróżach do Amazonii, które odbył w latach 90-tych. Polecam jeśli ktoś chce się oderwać od poglądów Cejrowskiego, z którymi nie każdy się zgadza a skupić na samych jego podróżach, które są niezwykle ciekawe.

Bez względu na poglądy i niektóre kontrowersyjne wypowiedzi podoba mi się jego sposób opowiadania o wyprawach w jakich uczestniczył oraz o niezwykłej kulturze Indian. Opowiada w sposób dowcipny nie pomijając najmniejszych szczegółów, w które wręcz się wgłębia czy to w wywiadach czy w książkach – to jego styl. Zresztą sama reprezentuję podobny na swoich blogach.

Polecam szczególnie rozdział o tym jak wspólnie z Blondynką (Beatą Pawlikowską) przebyli pieszo przesmyk Darien pomiędzy Panamą a Kolumbią, który był wręcz nie do przebycia ze względu na dziką, dżunglę, bagna i mieszkające tam wrogie indiańskie plemię, które… najpierw strzela a potem patrzą kogo trafili.  

Książki podróżnicze Cejrowskiego przybliżają nam mało dostępne miejsca oraz podpowiadają jak radzić sobie w trudnych sytuacjach i miejscach gdzie panuje kompletna dzicz i brak podstawowych zasobów oraz jak komunikować się z Indianami, aby nam zaufali i pomagali. Okazuje się, że pomocne może być opowiedzenie mi jakiejś historii. Ale z pewnością trzeba mieć na to pieniądze, bo one załatwią wszystko, bez względu na kulturę. Cejrowski przyznaje, że aby pojechać w tę podróż sprzedał lodówkę.

Często mówi się o nietolerancji Cejrowskiego i to, że patrzy na inne kultury z góry. W tej książce wręcz przeciwnie – czuje się ogromny respekt do Indian, zrozumienie ich zwyczajów i tego, że oni wcale nie chcą się cywilizować, lecz żyć po swojemu gdyż tacy są szczęśliwi. Reprezentuje za to podejście do nich trochę z sarkazmem, gdyż indiańskie zwyczaje są zupełnie odmienne do naszych, w zupełne innych warunkach oni żyją i zupełnie inaczej myślą, mają inne pojęcia i wartości, że nawet się tego nie spodziewamy.

Książka jest bardzo ładnie wydana, ma dużo zdjęć (sam autor pojawia się na nich bardzo rzadko), mapy i przyjemnie się nią trzyma. Nawet znalazłam pasującą do niej scenerię na moim balkonie. Myślcie sobie co chcecie, ale to nie jest moja ostatnia książka WC.

Abby Johnson „Nieplanowane”

Z kolei ta książka jest o tym czemu Cejrowski się zdecydowanie sprzeciwia, czyli o aborcji. To osobista historia kobiety, która zrobiła zawrotną karierę w klinice aborcyjnej Planned Parenthood w USA. Zaczynała od wolontariuszki eskortującej pacjentki pod drzwi kliniki aby nie uległy stojącym za ogrodzeniem obrońcom życia, chcącym je odwieźć od tego czynu. Na koniec została dyrektorką oddziału. Potem awansowała na dyrektorkę kliniki. To dziwne, że przez 8 lat pracy nie miała okazji zobaczyć na własne oczy jak przebiega aborcja. Tym bardziej, że sama dwa razy usunęła ciążę. W swojej pracy zaczęła mieć wątpliwości kiedy przełożeni powiedzieli jej, że to aborcja jest główną usługą, gdyż daje pieniądze. Abby cały czas myślała, że misją organizacji jest zmniejszenie ilości aborcji przez promocję antykoncepcji. Pewnego razu poproszono ją, by asystowała przy zabiegu z użyciem USG. Zobaczyła na ekranie zabijane 13-tyg dziecko identycznie co na filmie „Niemy krzyk”, który puszczano w szkołach. Wydarzenie to ją tak wstrząsnęło, że postanowiła z tej pracy odejść. Przeszła na stronę obrońców, życia, którzy przez te wszystkie lata modlili się za nią pod kliniką.

Wcześniej obejrzałam film o tym samym tytule, który jest ekranizacją książki. Było o nim bardzo głośno i budził kontrowersje. Powiem, że jest dobrze zrobiony, zagrany i dość wzruszający. Trochę przypomina mi inną przeslodzoną, amerykańską chrześcijańską produkcję „Fireproof”. To dokładnie coś w tym stylu.

Jednak miałam sporo pytań i wątpliwości. Historia nie do końca trzyma się kupy. Jak to możliwe, że Abby Johnson pracowała w tym 8 lat i nie widziała jak przebiega aborcja. Starałam się jednak zrozumieć to, że cały czas przechodziła przemianę i też miała jakieś wątpliwości. Człowiek na początku siedzi cicho i chłonie to co się dzieje wokoło. Kwestionuje. Zadaje pytania. Dopiero przełomowe wydarzenia i poznanie faktów sprawiają, że podejmuje się ostateczne decyzje.

Była w filmie pewna scena przy której poczułam zgrzyt i to jak się Abby wtedy zachowała nie jest spójne w tym co nastąpiło potem i nie można było ze sobą powiązać. Chodziło o jej reakcję na widok szczątek dzieci po aborcji w specjalnym pomieszczeniu, które ujrzała na początku swojej pracy odpowiadając: „Niesamowite!”. To kompletnie niezrozumiałe, bo co bardziej jest przerażające – wyraźny widok rozczłonkowanego ciała na żywo z bliska czy rozmazany, zniekształcony, szary obraz na ekranie USG?

Sporo mi tu nie grało. Ja jako osoba, której poglądowo bliżej jest do pro-life (z powodów czysto etycznych – nie liberalizować ustawy dalej niż kompromis) miałam do tego filmu uwagi, podczas gdy inni byli nim wręcz zachwyceni. Potrafię być krytyczna nawet do rzeczy stojących po mojej stronie. Dlatego odpowiedzi na moje pytania szukałam w książce.

Przekonałam się, że film był dość wierną adaptacją książki, choć niektórym scenom np. tym z poaborcyjnymi powikłaniami dodano więcej dramatu w filmie. Książka wyjaśniła parę rzeczy ale nie wszystkie. Zdziwiło mnie to, że nie było w niej nic o tej zgrzytającej u mnie scenie z filmu. Dopiero parę wywiadów na YT z Abby trochę wyjaśniło, gdyż wspomniała w nich o tym.

Aczkolwiek temat jest ważny, historia ma potencjał to książka moim zdaniem trochę średnia. Ma mocny wstęp i rozkręcanie się tej historii. Lecz pod koniec jest strasznie dużo wywodów duchowych jakie Abby prowadzi po odejściu z kliniki, które objętościowo zajmują sporo treści. Ja z klei wolałabym przeczytać więcej o kulisach przemysłu aborcyjnego, o rzeczach bolesnych, krwawych i niewygodnych. Zarówno w książce jak i w filmie pokazano postawę za życiem jaka powinna być właściwa aby wzbudzić zaufanie a jaka zdecydowane nie, bo tylko zniechęca i sama pracuje na stereotyp fanatyków.

Czego oczekiwałabym to opisanie jakiś form pomocy kobietom, które zrezygnowały z aborcji. Wiem, że wiele fundacji pro-life w USA się czymś takim zajmuje – zbiera pieniądze na pieluszki i inne artykuły potrzebne maluszkowi oraz na zakwaterowanie młodej mamy aby mogła stanąć na nogi i zapewnić sobie oraz dziecku przyszłość. Np. w Polsce to właśnie robi Fundacja Małych Stópek, której działania śledzę. W książce tego właśnie zabrakło. A szkoda, bo to mocny argument, że w sytuacji kryzysowej dla kobiety zamiast aborcji jest alternatywa. Powinni też wspomnieć coś o dalszych losach kobiet wraz z uratowanymi dziećmi. Rozumiem jednak, że książka miała skupić się raczej na pomocy osobom chcącym odejść z przemysłu aborcyjnego.

W książce pojawił się kolejny zgrzyt. Koalicja obrońców życia obiecała pomóc Abby w znalezieniu jej nowej pracy. Przez wiele stron książki szukają i szukają, każą jej pisać CV, rozsyłają to tu to tam i uruchamiają swoje znajomości. Abby jest promienna z zachwytu, że tak bardzo jej pomagają i lada moment będzie mieć nową pracę. Pytam się zatem: Jaką? W jakim zawodzie? Gdzie i na jakim stanowisku? Nie ma kompletnie nic o tym czy coś jej znaleźli. Pozostawiono czytelnika z domysłami. Albo ona sama odpuściła sobie karierę zawodową aby poświęcić się rodzinie – jest w końcu matką 8 dzieci. Albo najprawdopodobniej to Koalicja dla Życia czy inna organizacja pro-life ją zatrudniła u siebie.

Gdyby było wyjaśnienie tych spraw to książka stałaby się o wiele bardziej wiarygodna i spójna dla każdego kto dużo kwestionuje a nawet dla zwolenników aborcji i nie byłaby uznawana za ideologiczną papkę tylko lekturę dającą do myślenia.

Wiedz, że są mi znane pogłoski o tym, że cała ta historia została zmyślona dla propagandy pro-life. Strona pro-choice podkreśla, że Abby była rzekomo w konflikcie ze swoim szefostwem, dlatego chciała odejść i się jakoś odegrać lecz nie bardzo mogła, bo miała kłopoty finansowe. Dobrze wiedziała jak odbywa się zabieg metodą próżniową.  W jej karierze nie było żadnej przełomowej aborcji, która zmieniła wszystko. Po prostu Koalicja dla Życia zaproponowała jej tzw. deal aby została ich rzeczniczką za dobre pieniądze z finansowania partii politycznych będących pro-life, gdzie jako była kierownik kliniki będzie miała co mówić o praktykach Planned  Parenthood. Tak oto mamy materiał na emocjonującą historyjkę, która dobrze sprzedaje.

Co ja o tym myślę? Czy według mnie coś takiego miało miejsce?Niewykluczone. Rzeczy co w książce i w filmie nie trzymają się kupy nawet na to wskazują.

Zauważyłam jednak, że wielu obrońców życia w Polsce nie wiedziało jak odpowiedzieć na ten argument. Zazwyczaj unikali odpowiedzi. Jedna osoba gdy ją o to zapytano powiedziała, że to niemożliwe aby kobieta, co miała wielka karierę z dobra pensją tak po prostu przeszła do biednej organizacji pro-life. Wiedz, że… możliwe.

Tymczasem te pogłoski nawet z założeniem, że być może są prawdziwe wcale nie muszą być ciosem dla kogoś kto jest za życiem. Odpowiedź na nie jest bardzo prosta i konkretna. Od dłuższego czasu zbierałam się aby nagrać wideobloga o tym jak na te plotki zareagować i jakie jest dokładnie moje zdanie w tym niezwykle trudnym temacie. Jednak cały czas się wstrzymuję w obawie przed hejtem.

Czy warto przeczytać tę książkę? Nigdy nie powiem nikomu aby dał sobie spokój nawet jak według mnie nie jest idealna. Wręcz przeciwnie – zachęcam niech po nią sięgnie i sam wyrobi sobie własne zdanie o niej.

TELEWIZJA

Rzadko oglądam telewizję a szczególnie tę hiszpańską. Ale jest bardzo interesujący program, na pewno znany Polakom w Hiszpanii. To Cuarto Milenio w telewizji Cuatro, który traktuje o zjawiskach paranormalnych takich jak duchy czy UFO oraz o niewygodnych i tajemniczych sprawach jakie mają miejsce na świecie. Prowadzi go dziennikarz Iker Jimenez wspólnie z żoną Carmen Porter. Oboje od lat budzą sympatię i zaufanie widzów. Program jest emitowany od 15 lat w niedziele nocy, trwa ponad 2 godziny, dlatego ostatnio nie miałam po całym dniu siły na oglądanie.

Zdjęcie: Mediaset

Ale moją i męża uwagę przykuł odcinek mówiący o tajemniczej zarazie z Chin. Jej ognisko wybuchło już pod koniec listopada 2019 w mieście Wuhan na targu z dzikimi zwierzętami przeznaczonymi na spożycie, na którym brakowało podstawowej higieny. Zapraszani eksperci, badacze, naukowcy, lekarze, którzy mieli okazję być w Chinach i widzieć te targi stwierdzili, że to kraj, który wykonał niesamowity i szybki skok cywilizacyjny. Gwałtownie się unowocześnił technologicznie a tymczasem zwyczaje żywieniowe i higiena handlu tą żywnością nie nadążyły za tym pozostając na prymitywnym poziomie.

Wirus przeszedł prawdopodobnie z nietoperza lub łuskowca na człowieka. Jest bardzo zaraźliwy, przenosi się drogą kropelkową ale też długo pozostaje na powierzchniach. Atakuje drogi oddechowe powodując chorobę podobną do grypy czy zapalenia płuc. Jest też śmiertelny na co dowodem było podanie liczby ofiar w Chinach – ale w prawdziwość statystyk także wątpiono, bo Chiny to zamknięta dyktatura.

Wiadomo też było, że wirus SARS COV-2 mutuje więc wynalezienie szybko szczepionki nie będzie łatwe. Powiedziano, że większość zainfekowanych przechodzi go bezobjawowo a najbardziej wrażliwe są na niego osoby starsze z chorobami przewlekłymi. Te wszystkie teorie spiskowe, które słusznie snujemy, bo nie znamy odpowiedzi też w programie padły – tym oraz w kolejnych odcinkach puszczanych w lutym: że w Wuhan jest Krajowe Laboratorium Bezpieczeństwa Biologicznego poziomu 4, z którego wirus został uwolniony, że być może tam został stworzony. Padały podejrzenia o broń biologiczną albo o działania biznesu szczepionkowego. Mówiono też o inwigilacji jaką stosują Chiny wobec każdego obywatela, że wiedzą o nim wszystko i, że jeśli zanosi się na wojnę to będzie wojna informacyja.

W programie opowiadano co w związku z epidemią się dzieje w Chinach. Epidemią – gdyż WHO nie uznawało tego wówczas za pandemię. Chiny ogłosiły powszechną izolację. Rozkazano ludziom zostać w domach a na wyjście z uzasadnionego powodu zakładać maseczki. Osobom z objawami robiono testy. Chińskie szpitale były przepełnione na skutek nagłego napływu chorych. W kilka dni zbudowano dodatkowe szpitale polowe. Wspominano o niewyjaśnionych tajemnicach np. o śmierci spowodowanej wirusem pewnego lekarza, który był w miarę młody i nie należał do grupy ryzyka lecz prawdopodobnie powiedział za dużo.

Patrzano na to wszystko trochę z niedowierzeniem ale też z powagą. Nie wiadomo było czy ten wirus skończy się na Chinach ale u prowadzących czuć było pewne obawy i spekulacje co by było gdyby ten scenariusz powtórzył się w Europie. Czy służba zdrowia w Hiszpanii jest na to przygotowana? Niektórzy goście wierzyli, że działa dobrze ale zaniepokojenie jednak było. Podkreślano w programie, że ważne jest informowanie a nie sianie paniki.

Potem w każdym odcinku co niedziela wirus z Chin był jednym z tematów głównych. Ponieważ w telewizji trochę przeoczyłam to obejrzałam jeszcze raz zapis tych odcinków na YouTube.

Co ciekawe sam Iker potraktował wnioski swoich badań na poważnie. Dobrowolnie już wtedy sam poddał się kwarantannie i swoje programy prowadził z domu. Wielu Hiszpanów zastanawiało się czy wierzyć czy nie temu „ekspertowi od duchów”.

ODKRYTE MIEJSCÓWKI

Gdy nie podróżuję to nieustannie odkrywam Granadę, przeważnie na spacerach z synkiem, który nie męczy się długim łażeniem. Ale to on zazwyczaj wyznacza trasę a zabytkowy Albaizin bardzo sobie upodobał. W lutym odkryłam na nowo lub może po raz pierwszy dwa malownicze zakątki. Polecam je odwiedzającym Granadę.

Calle Cruz de Quirós – malownicza uliczka ciągnąca się wzdłuż Albaizinu, która dawno nie spacerowałam. Idzie ona wzdłuż głównej ulicy w centrum tylko górą. Trasa jest mało uczęszczana przez turystów, więc nie ma tam tłoku. Warta odkrycia. Po drodze oglądasz zabytkową architekturę przy wspaniałym widoku na katedrę. Po drodze znajduje się punkt widokowy z balkonem – Ojo de Granada.

Casa del Chapiz – Dom morysków. Położony na początku ulicy Camino del Sacramonte część turystycznego zespołu do zwiedzania Dobla del Oro (w ramach biletu, który oprócz Alhambry obejmuje inne zabytki) ale można też zwiedzić go oddzielnie (za 2€, dzieci do 12 lat gratis). Dom pochodzi z XV w. i należał do tzw. nowych chrześcijan czyli morysków, którzy pozostali tutaj po odbiciu Granady z rąk muzułmanów. Górne piętra niestety są niedostępne do zwiedzania. Ale na dole są całkiem przyjemne do spacerów ogrody. Mój synek mnie zaciągnął gdy mijaliśmy jego bramę. To było dziwne gdyż zwykle nie interesuje go wchodzenie do zabytków.

Odkryte miejscówki to przede wszystkim te, gdzie można dobrze zjeść:

Panaderia Maríapiekarnia ukryta gdzieś w bocznej uliczce Albaizinu. Bardzo trudno jest do niej trafić ale dobre zapytać się mieszkańców. Wiedzą i wskażą drogę. Ja dołączam mapkę.

Piekarnię pokazał mi kolega uznając, że jest to najlepsze i najbardziej autentyczne co ma ta dzielnica. Okazało się, że istnieje ona od połowy XX w. i ma długą rodzinną tradycję wyrobu pieczywa najlepszej jakości. Piecze różnorodne chleby, ciasta słodycze typowe dla Andaluzji ale także dla krajów Maghrebu. My zamówiliśmy sobie bochenki chleba o nazwie salaillas pieczone z z mąki z dodatkiem soli, drożdży i oliwy z oliwek.

Lavin K Saborbar kolumbijski w dawnej żydowskiej dzielnicy Realejo. Także trafiłam tam z polecenia. Można skosztować kolumbijskich przysmaków najlepiej podczas wieczornego wyjścia gdy się zgłodniało. Wiele potraw to jest wręcz bardzo mocno smażonych ale warto je spróbować. Tam jadłam po prostu coś oryginalnego, coś czego nigdy wczesnej nie próbowałam nawet nie miałam pojęcia o istnieniu. Zamówiliśmy tzw. empanadas czyli kruche smażone ciasto w które zawinięta jest do wyboru wołowina, kurczak, warzywa oraz smażony korzeń juki – tu znalazłam, że jest on bardzo pozytywny dla zdrowia.

Lecz najbardziej zaskoczył mnie PATACÓN – wielki, porośnięty zielony banan. Spożywa się go wyłącznie smażonego, rozpłaszczonego na patelni. Pytałam się go kucharki czy da się  go zjeść surowego jak normalnego banana. Odpowiedziała że w tym stanie absolutnie nie nadaje się do jedzenia. Trzeba go usmażyć. Plusem tej restauracji była obsługa, bardzo serdeczna z poczuciem humoru – szefowa kuchni oraz sam właściciel, który osobiście obsługiwał klientów niczym kelner. Bar realizuje też zamówienia do domu. Też podaję mapkę.

ZDROWIE ???

W lutym mąż przeszedł jakąś dziwną chorobę. Wrócił osłabiony z siłowni. Być może tam to podłapał. Nie mógł dalej ćwiczyć i natychmiast położył się do łóżka. Leżał tak, całymi dniami przez tydzień. Stan podgorączkowy, kaszel, brak apetytu, ból głowy, ból mięśni – wszystkich w całym ciele – tak mocny, że ledwo co mógł się ruszać. Nie miał duszności ale gdy chciał wziąć głęboki oddech to bolały go gardło i płuca. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przechodził.

Zdecydował się odizolować ode mnie i syna. Zamknął w innym pokoju, byśmy się nie zarazili. Ale jakoś nie dezynfekowaliśmy za sobą klamek i sztućców a ja i tak musiałam się nim zajmować. Więc jakiś kontakt był.

Jednego dnia resztkami sił doczłapał się do przychodni. Lekarz powiedział mu, że jest to choroba wirusowa ale nie określił jaki to wirus. Kazał mężowi brać paracetamol, który stopniowo stawiał go na nogi. Aż wreszcie wyzdrowiał i czuję się dobrze.

Zastanawialiśmy się co to takiego było…

Ja się tym nie zaraziłam. Od początku roku u mnie zero chorób. Nawet zwykłego kataru nie miałam. Efekt zimowych kąpieli w Bałtyku utrzymywał się dalej. Syn w okresie choroby męża jednej nocy wymiotował więc następnego dnia nie poszedł do przedszkola. Jednak ogólnie czuł się bardzo dobrze i potem wcale nie chorował.

Mąż po chorobie szybko wrócił do normalnego życia a nawet zrobił coś nietypowego dla siebie – poszedł ze swoim teamem z pracy na wycieczkę w góry. Wcześniej za górami nie przepadał i na trekking nie dało się go namówić. Trasę na jaką się wybrali można polecić do odwiedzenia w naszych okolicach. Też muszę kiedyś tam pójść. To trasa o nazwie Ruta del Gollizno w okolicach miejscowości Moclín na przełęczy Lope na północ od Granady na której pokonujesz mosty wiszące.

Powyższe podsumowanie lutego piszę o wiele później, więc niewykluczone, że tamtą chorobą równie dobrze to mogło być dokładnie… TO. Choć nie musi ale wiele symptomów mogło na to wskazywać.

Jednak osobiście dobrze jest mieć to już za sobą podczas gdy dla innych to dopiero się zaczyna.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, blogerka, grafik, szukająca pracy... jakiejkolwiek, choć fajnie gdyby to była praca marzeń na czas nieokreślony, konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna artystka szuka pracy".

Może Cię zainteresować...