Dziennik bezrobotnej część 1. Jak wygląda mój zwykły dzień
Moja praca to, Samo życie

Dziennik bezrobotnej część 1. Jak wygląda mój zwykły dzień


Specjalistka od zarządzania nadmiarem wolnego czasu.

Tak ironicznie można nazwać mój „zawód wykonywany”. Podobno jest tak, że kiedy ludzie tego czasu mają za dużo zazwyczaj z braku pracy to na bank go nie szanują. Głupieją, bo nie wiedzą co ze sobą zrobić. Marnują go na spaniu do południa i leniuchowaniu. Zamiast szukać sobie jakiejś roboty wolą cały dzień narzekać na jej brak. Są jedna wielką porażką, której sami są sobie winni. Nie chcą ruszyć dupy i uwalają się na kanapie przed telewizorem lub z telefonem pijąc tanie wina. A czas przepływa im przez palce. Zapuszczają się. Mają zaniedbane zdrowie, relacje i totalnie zrytą psychikę. Brak im harmonogramu, który wyznaczałby rytm dnia. Co innego miałoby wyznaczyć im ten plan jak nie praca?

A jeśli jest to niepracująca mama? Szkoda gadać! Pewnie sobie siedzi w domu z dzieckiem i nic nie robi.

Taki jest stereotyp bezrobotnego. Lansują go najczęściej ludzie zatrudnieni, ale tacy dla których robota jest sensem życia i pewnie sami nie wiedzieliby co z sobą zrobić gdyby pracować nie musieli bądź nie mogli. Lansują go celowo politycy, doradcy, ludzie sukcesu, osoby o neoliberalnych poglądach aby pokazać że tylko jak jesteś zatrudniony to jesteś wartościowy i masz ogarnięte życie.

Bezrobotny i jego chujowe życie to taki straszak, przeciwieństwo jednego słusznego. To kara za niepodporządkowanie się dyktatowi Rynku.

On celowo tworzy tzw. armię rezerwową, aby wywoływać presję… na pracujących. Aby pracowali jeszcze ciężej, dłużej, wydajniej, produktywniej, poświęcili pracy większość swojego życia, bo inaczej Rynek się ich pozbędzie. Nikt nie chce mieć nudny i beznadziei niczym bezrobotny? Prawda?

Tymczasem siedząc na tej ławce rezerwowych z przymusu zastanawiam się… co to takiego brak czasu i brak sensu życia. Jak wiesz, nie mogąc nic zmienić zaakceptowałam to i zmieniłam totalnie swoje myślenie. Nie mając pracy sama nadałam swemu życiu sens. Jedynym minusem jest brak środków, aby w pełni się realizować. Żadnego zasiłku i socjalu nie dostaję, bo się nie kwalifikuję. Mogę jedynie liczyć na pomoc rodziny i to co sobie dorobię. Nie jest to korzystne. Nie chcę tak. Ale co mam zrobić?

Do pracy nie da się tak po prostu pójść. Najpierw ktoś musi Cię zatrudnić.

Jestem także mamą więc tym bardziej tzw. „wolny czas” mam ograniczony. Tylko proszę, nie mylcie mnie z matką na macierzyńskim czy z kobietą co dobrowolnie zrezygnowała z kariery aby zostać, jak to się niektóre nazywają „kurą domową”. Nie jestem żadną z nich. Jestem długotrwale bezrobotną, która zawsze chciała pracować. Tylko nikt jej nie zatrudnił. To sytuacja. Żaden wybór. A tym bardziej jakieś konserwatywne przekonane o miejscu kobiety. „Siedzenie w domu z dzieckiem” to naturalna kolej rzeczy, bo wypchnięta wcześniej z rynku pracy miałam na to czas. Ten przypadek bardzo często jest pomijany. Dziwię się czemu. Może jestem jedyna? Albo jedyna co się do tego przyznaje?

Mamą zostałam w trakcie, czyli gdy już byłam bez pracy. To dało mi spełnienie osobiste lecz jeszcze bardziej pogrążyło szanse na bycie zatrudnioną. Aczkolwiek rola mamy to też ciężka praca, na którą Rynek patrzy z pogardą i nie daje opcji na wynagrodzenie. Jedynie próbuje wycisnąć z ich chudych portfeli jak najwięcej kierując wszystkie reklamy szczególnie do nich.

Od tej pory sprawnie staram się pogodzić moje twórcze bezrobocie z byciem mamą. Powiem Wam, że jest to nie lada wyzwanie. Dlatego tym bardziej dotyka mnie jak o takich jak ja mówi się leń, roszczeniowiec, wyrzutek, człowiek zbędny, zaniedbany, nieudacznik czy pijak.

Może zanim zostałam mamą, trochę marnowałam czas i niezbyt w pełni go wykorzystałam. Ale nie trzeba być bezrobotną aby to sobie uświadomić. Wiele pracujących mam również to odkrywa. A mając dziecko stajemy się bardziej uskrzydlone, skuteczne i lepiej gospodarujemy każdą minutą. Nagle cudem się okazuje że mając mniej czasu możemy więcej.

Chcecie się przekonać, że to jacy są i jak żyją bezrobotni to jeden wielki mit? Zatem przedstawię Ci serię pt. dziennik bezrobotnej i mój zwykły dzień.

Nie wiem co to nuda a wolny czas by poleżeć na kanapie ledwo co udaje mi się z tego wycisnąć. Tym bardziej nie powiem, że nic nie robię, i że w ogóle nie pracuję. Praca i zatrudnienie to dwie inne sprawy.

8:00 – 9:00

Wstaję mniej więcej w tych godzinach. Sama się budzę. Bez budzika. To moja najlepsza pora i jestem wtedy wyspana.

Na szczęście, nie muszę wstawać o nieludzkich godzinach takich jak 5:00 – 6:00. Blogi parentingowe straszyły mnie, że kiedy zostanę mamą to będę musiała. Nie było się czego bać. Mój synek budzi się ok 9:00.

Wiem, że gdybym miała etat musiałabym wstawać o wiele wcześniej. Cóż. Wstawałabym. Mąż co pracuje musi wyjść z domu już o 7:00.

Zazwyczaj staram się wstać przed synkiem niż razem z nim, aby zacząć na spokojnie wszystko ogarniać.

Poranek i przygotowanie do wyjścia z dzieckiem to zadanie rutynowe ale najtrudniejsze w ciągu dnia, wymagające niezłej logistyki. To zjedzenie śniadania, ubranie się, doprowadzenie do siebie, przygotowanie potrzebnych rzeczy, jedzenia termosu z zupą dla mnie i deserek owocowy dla synka do zabrania ze sobą. W towarzystwie dziecka co już zaczęło samo chodzić to wszystko zajmuje mi ok. 2 godz.

Przede wszystkim staję przed pokonaniem największej przeszkody co ogólnie zniechęca do wyjścia z domu. CODZIENNIE już od progu czeka mnie monotonny „wysiłek fizyczny”‚

To zejście z 3 pietra bez windy. Na dwie tury. Zabezpieczenie dziecka na górze. Zejście z plecakiem czy torbą na dół. Wyjęcie wózka ze schowka i rozstawienie przy drzwiach. Potem powrót po dziecko.

Teraz jak synek chodzi próbuję tłuc się na dół z nim i z rzeczami. Postawić go i jednocześnie rozstawiać wózek. Ale to jeszcze nie jest pewne, bo na parterze są trzy dodatkowe schodki poniżej schowka na wózek. Nie będę już analizować układu mojej klatki schodowej ale gdyby nie te trzy schody, wiele rzeczy byłoby łatwiejszych.

Ale hahaha… jest jeszcze powrót do domu. Też na dwie tury. Dojdę do niego.

Kiedyś koleżanka co mieszka na 5 piętrze z windą powiedziała, że ona na moim miejscu dostałaby kurwicy gdyby musiała tak codziennie. Cóż, ujarzmiłam tę kurwicę. Innego wyboru nie było.

Parę razy w tygodniu bezpośrednio przed wyjściem włączam odkurzacz robota, by pod moją nieobecność sprzątał. Chociaż to udało się zautomatyzować. Nastawiam też pranie.

10:30 – 11:00

W tym czasie wychodzimy z domu. Gdzie się wybieramy? Do miejsca, w którym najczęściej spędzamy czas z rodziną tj. fitness clubu. Był czas kiedy mogliśmy sobie na to pozwolić. Mamy karnet rodzinny na cały rok i możemy tam siedzieć do woli.

Ten fitness club stał się dla mnie takim pseudo – miejscem „pracy” poza domem.

Tam znajduje się świetlica i bawialnia dla dzieci klientów. Zostawiam na niej synka. To właściwie jedyna opieka jaką do niego mam, kiedy nie ma z nami teściowej.

Podczas gdy on się tam bawi i jest w dobrych rękach opiekunek i opiekunów dziecięcych ja „pracuję” nad swoją sylwetką i kondycją. Robię kilka km. na bieżni, indywidualne ćwiczenia, siłownia, zajęcia grupowe z core, gap, body pump, body combat lub spinning. W zależności co się odbywa lub co zaplanowałam ćwiczyć. Potem szybka kąpiel. Chwila relaksu.

Ćwiczę zwykle co drugi dzień. W pozostałe przychodzę tam w innym celu. Przychodzę do… „pracy” lub nauki. Biorę ze sobą laptopa, bo jest tam Wi-Fi.

Gdy synek siedzi na bawialni, to idę do kawiarni. Zazwyczaj raz w tygodniu, bo to wydatek. Ale lubię ten moment, bo jest wtedy najwygodniej. Innym razem po prostu siadam z laptopem na kanapie w poczekalni.

Co wtedy robię? Wszystko w zależności co sobie zaplanowałam i co w danej chwili jest priorytetem. Będę w tekście nazywać to słowem PRACUJĘ.

  • Uczę się do egzaminów EPSO (by zdobyć pracę w instytucjach UE) robiąc ćwiczenia umysłowe
  • Przeglądam oferty pracy w sieci
  • Przygotowuję i wysyłam zgłoszenia do tych ofert
  • Rozwijam oba blogi ich socjal media, czyli Kroplę Arganu i ten.
  • Piszę i publikuję teksty oraz obrabiam zdjęcia.
  • Koresponduję z czytelnikami
  • Załatwiam różne sprawy papierkowe online
  • Realizuję różne zlecenia, gdy jakieś wpadną
  • Przeglądam katalog Oriflame

Pod koniec tej pracy lub w trakcie nich jem lunch – moją zupę z termosu.

Jest to dla mnie kluczowy moment dnia. Robię tylko to co chcę by było zrobione. Nie zajmuję się pierdołami. Unikam rozpraszaczy. Ponieważ mam nad sobą bata – tylko 2 godziny na ćwiczenia bądź pracę. Wbrew pozorom to bardzo mało czasu. Muszę się spinać, aby zdążyć przed 13:00. Wtedy zamykają bawialnię na sjestę i trzeba małego odebrać. Zwykle resztę pracy muszę dokończyć w innym wolnym terminie.

Co ciekawe są to czynności do których nikt mnie nie zmusza. Przecież nie mam nad sobą szefa. Sama je sobie ustalam, ponieważ widzę w nich sens i może dzięki nim do czegoś dojdę.

Dziennik bezrobotnej i mój zwykły dzień. Fitness club - moje miejsce "pracy"
Zdarza się, że też idę w multitasking.

13:00

Po fitness clubie idziemy z synkiem na spacer. Do parku czy na plac zabaw albo na jakąś wolną przestrzeń, by mógł sobie pobiegać na świeżym powietrzu. Albo na zakupy.

Jeśli danego dnia nie idziemy do fitness clubu to zwykle ok 11:00 udajemy się do miasta. Ja i synek. Wszędzie zabieram dziecko ze sobą.

Aby załatwić różne sprawy urzędowe czy umówione spotkania lub wizyty np. u lekarza. Zakupy lub spacer a nawet roznoszenie CV o ile jakaś firma jeszcze chce osobiście zamiast przez internet. Albo jakieś zadanie związane z blogami do wykonania w terenie np. zrobienie zdjęć.

14:00

Powrót do domu. Raczej wspinaczka na wieżę. Jak rano z naszych schodów zeszliśmy tak teraz musimy po nich wejść. Znowu na dwie tury. Jest trudniej, bo często obok naszych toreb i plecaków mam wtedy siatki z zakupami.

Wnoszę najpierw dziecko i torbę z cennymi rzeczami. Zostawiam synka w kojcu lub foteliku. Przeważnie on w trakcie marudzi, bo jest głodny lub zmęczony. Schodzę by złożyć wózek i zabrać resztę rzeczy.

W tym momencie mieszkanie staje się jednym wielkim pierdolnikiem. Wszystko, fotele, krzesła. Nawet stół na którym jemy. Rzucam nań torby, plecaki, siaty, kurtki.

Pędzę przygotować obiadek dla synka. Często mam już zrobiony wcześniej. Wystarczy odgrzać. Karmię małego.

Potem biorę się za organizowanie tych pierdolniętych gdzie popadnie rzeczy. Wywieszenie ręczników z siłowni na balkonie czy wsadzenie zakupów do lodówki. Następnie jest gotowanie obiadu dla siebie lub odgrzewanie wcześniej przygotowanego.

Synek obok mnie się bawi. Jest z tych dzieci co umieją bawić się same (introwertyk po obu rodzicach) więc nie muszę cały czas przy nim siedzieć. Jedynie uważać.

A jeśli jest śpiący to pokłada się na drzemkę.

Drzemka trwa od 1 do 2 godz. Może wypaść różnie pomiędzy 15:00 – 18:00 i też… nie zawsze jest. W niektóre dni synek stwierdza, że szkoda czasu na spanie. Lepiej eksplorować dom.

Ale jak już jest drzemka jest to niby powinnam ją wykorzystać na pracę. Akurat! Wystarczy mi tylko na ugotowanie obiadu, zjedzenie go w spokoju, pozmywanie garów często także tych ze śniadania, bo rano spiesząc się nie było na nie czasu, ogarnięcie przestrzeni i powieszenie prania, umycie podłogi raz w tygodniu i ewentualnie krótki odpoczynek. Czasem na pracę coś zostanie ale zwykle nie więcej niż pół godzinki. Jak synek dłużej pośpi to popracuję tyle ile się da.

17:30 – 18:00

Synek się budzi. Daję mu podwieczorek. Potem czas z nim.

Zimą zazwyczaj zostawaliśmy w domu i aż do pójścia spać bawiliśmy się razem. Bo wiadomo, ciemno i zimno. Teraz idziemy na kolejny spacer po okolicy lub na miasto w miejsce gdzie jest fajny widok lub coś ciekawego się dzieje, co dałoby synkowi fajne wrażenia.

Zostaję popołudniami w domu kiedy mam np. jakiś webinar. Czyli szkolenie online. 18:00 lub 19:00 – lekcje przygotowujące do egzaminu EPSO, lekcje angielskiego. 20:30 – webinar Oriflame np. o nowościach katalogu. Niestety nie zawsze udaje mi się coś z nich wynieść, gdyż oglądam je z dzieckiem przy boku. Skupienie się jest niemożliwe. Lada moment zacznie się usypianie.

19:00

Wraca mąż. Z siłowni w naszym fitness clubie, którą zalicza po pracy. Gdy ma dzień odpoczynku zjawia się wcześniej ok 17:00.

Wtedy to synek zostaje z nim gdy mam coś o tej porze do załatwienia. Albo na siłownię idę ja, gdy nie mogłam być rano. Albo wybieramy się na spacer pod domem we trójkę.

Pod wieczór oboje bawimy się z maluchem, wspólnie ogarniamy dom, gotujemy obiad na zapas. Przygotowujemy synka do drzemki. Kąpiel. Kolacja. Rodzinny czas na kanapie przed telewizorem, raczej na krótko.

Dziennik bezrobotnej i mój zwykły dzień. Nareszcie! Tylko chwilka na kanapie. Niczym rasowa bezrobotna :P
Nareszcie! Tylko chwilka na kanapie. Niczym rasowa bezrobotna 😛

21:30

Kładę synka spać. Potem zaczynają się nasze Happy Hours. Niezupełnie. Trzeba posprzątać zabawki, ponownie umyć gary i przygotować się na następny dzień.

22:00 – 02:00

Czas, który jest tylko mój. Jest cisza. Nikt mi nie przeszkadza, kończę ogarnianie domu i znowu… siadam do pracy. Nad którąś z wymienionych wcześniej czynności.

Tak, jestem zmęczona. Bywa, że mi się nie chce. Ale co mam zrobić? To jedyny niezakłócony i nielimitowany czas dla mnie. Ograniczony tylko decyzją, kiedy idę spać.

Żartuję sobie, że 22:00 – 2:00 to są moje standardowe godz. pracy w każdy zwykły dzień, w których jestem dyspozycyjna. Także w tych godzinach piszę swój dziennik bezrobotnej na bloga 😀

Dlatego moje LIVE na fanpage będą prowadzone raczej po 22:00.

23:00 – mąż idzie spać, bo musi wstać wcześnie

2:00 – ja idę spać

Oczywiście staram się jak mogę, by skończyć wszystko i położyć się o 1:00. Jednak nie raz lądowałam w łóżku o 3:00. Jeśli zmęczenie bierze górę to odpuszczam i nie robię już nic. Jednak to ma swoje konsekwencje – zaległości.

To fakt. Idę do wyra późno. Idę gdy jestem pewna, że zrobiłam wszystko co planowałam. Zdarza mi się spać za krótko. Blogi parentingowe straszyły, że przez kolejne lata nie prześpię ani jednej nocy. Tymczasem mój synek zaczął przesypiać całe noce gdy miał niecałe 3 miesiące. Więc jeśli czasem jestem niewyspana to na pewno nie z powodu dziecka.

Jednak sen w moich godzinach czyli 2:00 – 9:00 wystarczy mi abym była wyspana. W końcu wychodzi 8 godz. Po nim kolejnego dnia jestem pełna energii, na której mogę jechać aż do nocy bez konieczności popołudniowej drzemki.

Opisany dzień to taki od poniedziałku do piątku.

Weekend dla osoby bez etatu jest podobny do dni pracujących.

U mnie różni się tylko tym, że mąż jest w domu cały dzień, siłownia i świetlica mają trochę inne godziny, idziemy do fitness clubu razem lub na zmianę, wspólnie gotujemy albo jedziemy gdzieś razem.

W weekend także spotykam się ze znajomymi, chodzę po górach, jadę na wycieczkę lub na narty, bo z dzieckiem zostanie mąż. Albo po prostu zostajemy w domu, gdzie mogę swobodniej zająć się tym domem lub pouczyć czy popracować ze względu na to że jesteśmy przy synku oboje.

Wieczorem gdy maluch pójdzie spać… lądujemy w końcu na kanapie i oglądamy jakiś film z Netflixa.

Bezrobocie sprawiło, że są mi zupełnie obce następujące uczucia: obrzydzenie poniedziałkiem, radocha, że wreszcie piątek i narzekanie że niedziela tak szybko się kończy.

Za to zupełnie na opak… kocham poniedziałki, bo zwiastują nowy tydzień. Nowe wydarzenia, wyzwania i ciekawe zadania do zrobienia. W poniedziałek rośnie apetyt na życie i szanse że może wreszcie coś się zmieni.

Kocham poniedziałki przede wszystkim dlatego, że urzędy i sklepy wreszcie się otwierają i inni ludzie zaczynają pracę. Mogę wszystko normalnie załatwiać, bez czekania.

Oto kolejna rzecz po jakiej odróżniam weekendy od dni pracujących. Wszystko jest pozamykane przez co trafia mnie szlak, bo nie mogę zrobić nic co zależy od innych.

Jak widzisz, wolnego czasu na tzw. nic nierobienie godne typowego bezrobotnego mam niewiele. Kanapa pojawia się rzadko. Może i mogłabym się na nią walnąć, ale wolę popracować nad jakimś swoim pomysłem.

Mimo to znajduję chwile na naturalny relaks, który każdemu jest potrzebny. Najczęściej oddaję się mu przy posiłkach, które jem wolno i na spokojnie z telefonem lub książka w ręku. Herbatę (kawę rzadko piję) mam zawsze ciepłą. Możliwe jest to dlatego, że kiedy jem, mój synek w tym czasie bawi się sam co nie jest dla niego problemem.

Taniego wina też wtedy nie piję. Prawie wcale nie piję alkoholu. Nie jest to bynajmniej wpływ pewnego Marokańca obecnego w mym życiu (domysły jeśli czytasz Kroplę Arganu). Najpierw była zdrowa dieta, co wykluczała alkohol. Potem prowadzenie samochodu. Potem ciąża. Potem karmienie piersią. Potem znów zdrowa dieta. Odzwyczaiłam się naturalnie przez długi okres unikania. Nie potrzebuję go ani do zabawy, ani do topienia w nim roszczeniowych żali czy trudów macierzyństwa. Wyjątkowo zdarzy mi się raz w miesiącu na spotkaniu ze znajomymi czy w Polsce u rodziców. Nie więcej.

I kto powiedział, że bezrobotni lenią się na kanapie i piją?

To osoby pracujące w mojej rodzinie więcej czasu spędzają na kanapie niż ja i częściej piją alkohol.

Nie rozumiem czemu uważa się to za coś złego, niezależnie ktokolwiek to robi i od razu kojarzy z lenistwem i marnowaniem życia? Przecież każdy ma do tego prawo jeżeli w ten sposób najlepiej odpoczywa. Potrzebuje tego niekoniecznie bezrobotny ale właśnie osoba po 8 – 12 godz. pracy aby odreagować.

Właściwie to czemu musimy się ciągle tłumaczyć, że cały czas coś robimy (nawet jak ja w tym wpisie) aby tylko nie wyjść na lenia? Czemu nie możemy być po prostu uznani za osobę odpoczywającą po pracy czy aktywnym dniu?

Mówię wprost, że nie nazwałabym się leniem. Nie jestem nigdzie zatrudniona ale poza brakiem kasy ma to pewne zalety.

Ponieważ żaden pracodawca nie zgodził się nadać mi sensu życia to sama go sobie stworzyłam. Mój dzień to dbanie o zdrowie i sprawność fizyczną, rodzinę, gotowanie, przestrzeń, siebie, własne projekty i rozwój. Cały dzień mam wypełniony po brzegi właśnie tym.

Ale jestem spokojna, może ciut zmęczona ale nie czuję przeciążenia psychicznego i fizycznego. Absolutnie nie mam poczucia pustki czy zrujnowanego życia. Odkąd zostałam mamą nabrało ono większego sensu i wygrałam z depresją spowodowaną bezrobociem. Bo wiem, że teraz mam bardzo ważną rolę.

Myślę, że wielu bezrobotnych czy mam z dziećmi ma podobnie. Uważam, że robią kawał wartościowej roboty dbając o dobrostan swój i innych. Niestety Rynek nie da im za to wynagrodzenia, choć się (nie bójmy tego powiedzieć) – należy. Przez to osoby te zmagają się z problemami finansowymi i muszą być zależne od innych. Owszem, mogą dorabiać. Sama dorabiam. Ale to nie da im takich pieniędzy jak normalna pensja wypłacana co miesiąc.

Czasami sobie myślę co by to było, gdyby jakimś cudem udało mi się dostać pracę na etat. Nie wiem czy byłoby na to wszystko czas. Synek poszedłby do przedszkola. Pewnie nie bawiłabym się w blogowanie. Byłoby zbędne. Miałabym mniej czasu na treningi, rodzinę, pasje. Jako zmęczonej po pracy nie chciałoby się robić więcej. Ale miałabym wtedy kasę – jedynie to mnie motywuje do starania się aby wreszcie być gdzieś zatrudniona

Dyktator Rynek niestety podzielił świat. Puki on będzie rządził tak będzie.

Albo miej pracę i pieniądze i nie miej czasu dla dziecka, pasji, zdrowia. Albo miej ten czas nie mając pracy i pieniędzy.

Co wybierasz? Ja nie mogę. Jestem zmuszona robić to drugie.

Wiem, że w głębi duszy wszyscy chcemy pogodzenia pracy i zarabiania z życiem rodzinnym. Zacznijmy domagać się zmian, co to umożliwią. Byśmy mieli wolność jak chcemy żyć, mogąc zaspokoić podstawowe potrzeby egzystencjalne i bezpieczeństwo aby potem sięgać po potrzeby wyższe.

Człowiek nie jest leniwy. Nie chce wegetować. Jest ambitny, pracowity i pragnie aby wokół niego się coś działo. Nie znosi pustki. Jeśli ma poukładane w głowie to zawsze będzie wiedział czym wypełnić swój dzień nawet jeśli nie znajdzie się ktoś kto wypełni go za niego.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, graficzka, blogerka, marząca także o pracy przy europejskich projektach z dziedziny kultury, próbująca swoich sił jako konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna. Bez wymówek"

Może Cię zainteresować...