Dwujęzyczność polskiego dziecka w Hiszpanii. Przed jakimi wyzwaniami stoję?
Lepsze jutro, Samo życie, Za granicą

Dwujęzyczność polskiego dziecka w Hiszpanii. Przed jakimi wyzwaniami stoję?


Wkrótce będziemy mieli V Polonijny Dzień Dwujęzyczności. Z tej okazji czołowy językoznawca prof. Jan Miodek nagrał wideo w którym opowiada dokładnie o wyzwaniach przed jakimi stoję jako mama polskiego dziecka w Hiszpanii. Pozwólcie, że się z nich Wam wygadam. O mieszankę językową mojej pociechy się często pytacie.

Bardzo się cieszę, że mogę dać mojemu synowi tak wielki dar jakim jest dwu a raczej wielojęzyczność. Sama jako osoba jednojęzyczna, której na dodatek nauka nowych języków przychodzi z trudem nie miałam takiej możliwości. Teraz staje się ona u dzieci coraz bardziej możliwa dzięki emigracji, która także dotyczy mojej rodziny.

Mój Karim za miesiąc kończy 3 lata. Odkąd się urodził byłam dobrej myśli, że w kwestiach wielojęzyczności wszystko pójdzie w miarę sprawnie. W końcu w takich a nie innych warunkach przyjdzie mu żyć.

Mówi się, że dzieci gdy są jeszcze małe mają najbardziej chłonny umysł i są w stanie  załapać kilka języków na raz.

Zakładałam, że powinien biegle mówić po polsku i w marokańskim dialekcie derija po rodzicach, po hiszpańsku dlatego, że mieszkamy w Hiszpanii oraz pewnie po angielsku gdyż jego znajomość jest konieczna to tę naukę mu dołożymy. Może się jeszcze przewijać francuski i arabski po tacie. WOW! – pomyślicie sobie. Też tak myślałam o naszej sytuacji. Ale wiedzcie, że coraz więcej dzieci się w niej znajduje.

Później będzie tylko super, ponieważ syn nauczy się lawirować pomiędzy tymi wszystkimi językami. Będzie się sprawnie przestawiał z jednego na drugi i pstryk.

Przynajmniej trzy będzie znał biegle. W końcu 3-języczny od urodzenia jest jego tata. Zna te języki na różnym poziomie. Derija był pierwszy, bo go najwięcej używał w codziennym życiu, potem francuski, potem arabski wyuczone w szkołach. Dzięki temu ma doskonały talent do nauki kolejnych języków (którego ja niestety nie mam i ubolewam). Szybko nauczył się hiszpańskiego, który nawet wyparł język derija. Natomiast w pracy dużo komunikuje się po angielsku. Porozumie się praktycznie wszędzie. Wiadomo, że jaki ojciec taki syn.

Może początkowo byłam zbyt pewna, że wszystko samo się zrobi. Potem zapoznawałam się ze sposobami jak tę wielojęzyczność rozwijać i jednocześnie zapobiegać, by nadmiar języków nie zrobił mu mętliku w głowie. Dużo rozmawiałam z polonią w Hiszpanii oraz mamami z innych krajów co też mają dwujęzyczne dzieci. Słuchałam o ich doświadczeniu i dzieliłam się swoim. Chodziłam na wykłady specjalistów jakie organizowało tutejsze stowarzyszenie polonijne. Oglądałam filmy. Czytałam książki.

Sytuacja tych wielojęzycznych dzieci była taka, że jeden lub dwa z tych języków znały na poziomie native. Natomiast kolejne jako zaawansowany lub średniozaawansowany poziom znajomości jakiegoś języka obcego taki jaki ma każdy z nas co jakiś obcy język zna.

Gdy odwiedziłam polski konsulat w Madrycie dano mi tam przewodnik po dwujęzyczności. Zdaje się, że jest on do wzięcia w konsulatach na całym świecie. Są w nim różne porady w zależności jaki jest język rodziców a jaki otoczenia. Jeśli oboje rodzice są Polakami na imigracji to inna jest ich sytuacja niż gdy rodzice operują dwoma różnymi językami i jeszcze otoczenie serwuje mu trzeci. W tym drugim i także moim przypadku jest jedna zasada: jeden rodzic – jeden język… i broń Boże nie mieszać.

Z doświadczeń innych rodziców słyszałam, że dziecko spokojnie nauczy się zarówno języka ich jak i lokalnego. Język lokalny też musi znać, bo w tym kraju żyje i ma tutaj funkcjonować. Rodzice nie muszą jakoś intensywnie angażować się w jego naukę, ponieważ lokalnego języka nauczy go szkoła, koledzy, podwórko – środowiska niezwykle wpływowe.

Dzieci w wielu przypadkach szybko i samoistnie łapią język otoczenia, nawet szybciej niż języki rodziców. Dlatego rodzice zwykle powinni być skupieni na przekazywaniu dziecku swojej mowy.

Jestem przekonana, że z nauką hiszpańskiego nie powinno być u Karima problemu. Ja z mężem rozmawiamy ze sobą po hiszpańsku. Mąż po kilkunastu latach w Hiszpanii czeka na przyznanie obywatelstwa. Bardziej czuje się Hiszpanem niż Marokańczykiem do tego stopnia, że… odrzucił język derija i zwraca się do syna wyłącznie po hiszpańsku. Zostawiłam mu w tym wolną rękę. Zatem nie dość, że otoczenie wpaja mu hiszpański to na brak lokalnego języka nie może też narzekać w domu.

Pozostaje zatem nauka języka polskiego, który spoczywa w moich rękach. Zależy mi na tym aby Karim tak samo dobrze jak hiszpański znał i polski, aby mógł porozumieć się ze swymi polskimi dziadkami, kuzynami i całą polską rodziną oraz odnaleźć się podczas wizyt w Polsce. Kto wie, może tak jak mówi na wideo Miodek – z Polską zwiąże swą przyszłość np. pojedzie tam na studia.

W każdym razie niech Karim zna sobie hiszpański. Jest gwarancja, że dopóki tu mieszkamy to nauczy go tata, żłobek, przedszkole i szkoła. Ale ja chcę mówić do niego wyłącznie po polsku i ma wiedzieć, że z mamą to tylko w tym języku. Cel jest ogólnie taki by umiał się przestawić i wiedzieć do jakiej osoby w jakim języku się zwrócić i odpowiedzieć w takim samym, w jakim jest pytany.

Polscy specjaliści radzili aby zapewnić kontakt z językiem polskim nie tylko ze strony mamy. Dziecko musi osłuchać się z tym jak mówią inni Polacy, gdyż każdy mówi w inny sposób, ma inną dykcję, popełnia różne błędy. Fakt, to jest dobre ponieważ mi samej zdarza się kaleczyć polszczyznę. Nie chcę aby Karim powielał moje błędy a niestety to już się dzieje, bo do Polskiego ma tylko mnie. Musi mieć też inne wzorce językowe.

Ja np. nie jestem w stanie nauczyć go wypowiadać prawidłowo literki „R”, bo sama nie potrafię jej powiedzieć.

Podobno najlepiej jest kiedy ma kontakt z innymi polskimi dziećmi i osłucha się jak one mówią. Dlatego ważny jest też kontakt z polską rodziną a przede wszystkim z kuzynami. W moim przypadku jest to możliwe tylko raz na rok przez 2 miesiące, kiedy przyjeżdżam do Polski.

Z myślą o tym zapisałam Karima do niedzielnej szkółki polskiej, prowadzonej przez stowarzyszenie Polaków w Granadzie. Dość wcześnie, bo ledwo po ukończeniu 2 lat. Choć przyznam, że praca z takim maluchem, nad którym trudno jest zapanować w jednej grupie obok dzieci które mają 4 – 6 lat nie należała do łatwych (jest jeszcze grupa dzieci szkolnych, które mają już normalne lekcje polskiego). Ale przecież dziecko cały czas się rozwija, jego umysł i zachownanie również.

Z biegiem czasu stykałam się z radami różnych osób. Polacy w Hiszpanii krzewili we mnie to jak ważne jest nauczenie dziecka polskiego i aby nie odpuszczać. Jedna osoba radziła mi abym pod żadnym pozorem nie popełniała tego samego błędu co ona. Teraz żałuje. Zakładała, że skoro jej dziecko mieszka w Hiszpanii to w pierwszej kolejności niech się nauczy hiszpańskiego. Mówiła do niego przeważnie po hiszpańsku. Efekt jest taki, że dziecko w wieku wczesnoszkolnym nie to, że nie zna polskiego, bo coś tam umie ale po prostu nie chce po polsku mówić. Nie jest polskim zainteresowane. Gdy zwrócisz się do niego po polsku to odpowie jakby na złość po hiszpańsku.

Słyszałam mrożące w żyłach historie o tym jak już starsze dzieci buntowały się, że po polsku rozmawiać nie będą a nawet… wstydzą się tego języka przy swoich kolegach. A najgorsze, ,że proszą swoje mamy aby w ich towarzystwie zwracać się tylko w języku lokalnym.

Przysłuchując się dzieciom Polaków w Hiszpanii, które są już starsze niż mój syn zauważyłam, że trochę mieszają języki. Rodzice twierdzą, że to powinno się ustabilizować. Jednak konsekwentnie mówią do nich po polsku. W polskiej szkółce nie raz dziecku wymsknie się hiszpański i są wtedy poprawiane. W końcu jest zasada: polska placówka – mówimy po polsku a hiszpańska – po hiszpańsku.

Pewnego razu pewien Hiszpan, mąż Polki, który jest za tym aby żona uczyła dziecka polskiego polecił nam pedagoga i logopedę. Jego dziecko przez dwujęzyczność miało spore opóźnienie w mowie. On twierdził, że na takie sesje u specjalistów zdecydował się za późno. Dlatego my powinniśmy pomyśleć o nich już teraz.

Może dzieci wielojęzyczne zaczynają mówić trochę później. W końcu mają więcej pojęć do przyswojenia. Ale to też nie jest żadna reguła, ponieważ każde dziecko uczy się w swoim indywidualnym tempie.

Jednak nasz Karim rzeczywiście też ma trudności z opanowaniem mowy. Jeszcze w żłobku rzucał raptem pojedyncze słowa. Tymczasem jego rówieśnicy potrafili już mówić całe zdania a nawet słownie komunikować się z rodzicami. Tak się złożyło, że był jedynym wielojęzycznym dzieckiem w grupie.

Z drugiej strony wyczuwam w nim talent językowy i dobrą pamięć. Nim zaczęłam go uczyć cyfr, alfabetu i pewnych słów on niespodziewanie sam nauczył się ich z dziecięcych piosenek, które puszczałam mu równolegle w trzech językach: polskim, hiszpańskim i angielskim. Ogromnie mnie zaskoczył.

Zauważyłam, że Karim potrafi jedną rzecz nazwać w każdym z tych trzech języków i wiedzieć, że jest to ta sama rzecz.

Czyli bardzo łatwo poznaje kilka pojęć jednocześnie. Tylko gdy pytałam się go „co to jest” to on odpowiadał mi w języku jakim chciał a nie zawsze w tym samym, w jakim go pytałam. Ale cały czas wierzyłam, że jest to do nadrobienia. Nadal byłam dobrej myśli.

Zgodnie z radami znajomego zwróciliśmy się do specjalistów od dzieci w wieku przedszkolnym. Dla Polaków w mieszkających lub chcących zamieszkać w Hiszpanii podpowiadam, że jest to możliwe bezpłatnie na ubezpieczenie społeczne (Seguridad Social) a sesje jakie odbywają się z dzieckiem zwą się atención temprana. Najpierw trzeba się zgłosić do swojego pediatry w przychodni i powiedzieć, że potrzebujesz popracować nad jakimś problemem, który przejawia Twoje dziecko. Może to być opóźnienie w mowie wynikające z wielojęzyczności.

Następnie dziecko trafia do pedagog, która wystawia diagnozę czy rzeczywiście jakiś problem istnieje. Jeśli tak to kierowane jest na regularne sesje ze stałą osobą, która prowadzi terapię nauki poprzez zabawę.

Bardzo cenię sobie tę pomoc i uważam, że była to dobra decyzja aby zapisać Karima. Sesje ze specjalistą doskonale rozwijają jego proces uczenia się. Z miesiąca na miesiąc widzimy postęp.

Niestety były sytuacje, w których zapaliła mi się czerwona lampka. Chodzi właśnie o jego wielojęzyczność a konkretnie o język polski.

Wiadomo, że specjaliści pracują z nim po hiszpańsku i jest to jak najbardziej w porządku. Niestety spotkałam się z ich strony ze stanowczym lub subtelnym odwodzeniem mnie od mówienia do syna wyłącznie po polsku w codziennym życiu. To jest właśnie problem, z jakiego potrzebuję się wygadać.

Czerwona lampka wręcz mi migała podczas konsultacji z pierwszą panią pedagog. Kiedy na spotkaniu ja zwróciłam się do Karima po polsku ona dość ostro upomniała, że w tym gabinecie mówimy tylko po hiszpańsku. Mówienie przy niej do dziecka w innych językach jest zabronione.

Na dodatek zadzwonił do mnie telefon z polski. Wiem, że nie powinnam odbierać a najlepiej wyłączyć ale był on ważny i niefortunnie trafił w tę porę. Odebrałam tylko po to aby powiedzieć by zadzwonić później, bo jestem na spotkaniu. Naprawdę myślałam, że ona pozwoli mi odebrać, gdyż dotychczas inni lekarze czy specjaliści podczas moich wizyt byli wyrozumiałych i mi na to pozwalali a nawet sami namawiali do odebrania gdy dzwoni. Zresztą byliśmy w gabinecie z mężem, który mógł przenieść uwagę na dziecko w czasie gdy ja gadałam. Zostałam jeszcze mocniej upomniana nie tylko dlatego, że odbieram telefony podczas spotkania co jest rzekomo niegrzeczne tylko, że… zaserwowałam w jej towarzystwie wiązankę słów po polsku co było poważnym zakłóceniem.

Jestem wrażliwcem i prawie się popłakałam. Nie wiedziałam jak odpowiedzieć na tak mocne argumenty pedagog za tym, że dziecko na tym etapie powinno mieć kontakt wyłącznie z hiszpańskim.

Mogę zrozumieć mówienie po hiszpańsku podczas spotkań z Hiszpanami, na hiszpańskich zajęciach w hiszpańskich placówkach czy odpowiadanie po hiszpańsku na hiszpański. Akceptuję to. Tylko czemu mam zrezygnować z mówienia po polsku w domu i tylko bezpośrednio do syna?

Powiedziałam kobiecie, że polskiego nie mogę wyeliminować ze względu na innych ludzi, bo są jeszcze polscy dziadkowie. Jak inaczej się z nimi porozumie? Informację o tym, że chodzi do szkółki polskiej też przyjęła niezbyt przychylnie. Dała mi do zrozumienia, że powinnam się zastanowić nad sensem prowadzania go tam. Przynajmniej na czas terapii (która może trwać… kilka lat).

Pedagog uważała, że dziecko najpierw musi dobrze poznać TYLKO JEDEN JĘZYK aby mieć jakieś podstawy i ogólnie nauczyć się mówić. Dopiero potem dzięki tym podstawom będzie mogło rozpocząć naukę drugiego języka.

Wpajanie mu tak wcześnie kilku języków na raz tylko namiesza i tylko pogłębi opóźnienie w mowie. Tym podstawowym językiem ma być oczywiście język lokalny. Dlatego nawet ja do syna w cztery oczy, sam na sam mam mówić po hiszpańsku. Koniec i kropka! Co miałam zrobić? Jak odpowiedzieć? To ona jest specjalistką.

Na dodatek na ten sam argument dał się złapać mój mąż, który i tak mówi po hiszpańsku. Złapała się też teściowa, która choć sama ma inny ojczysty język i mówi w nim do wnuka to zdarzy jej się zwrócić mi uwagę bym mówiła po hiszpańsku. W sprawie nauki polskiego to mi zostawiają tą decyzję i sposoby działania. Ale uważają, że to tamci ludzie są specjalistami a nie grupka zwykłych rodziców z Polski, którym zależy jedynie na utrzymaniu tożsamości narodowej. Powinnam iść za radami tych co mają ukończone studia i doświadczenie z dziećmi. One lepiej wiedzą.

Podobno ten przypadek nie jest odosobniony. Znam wiele małżeństw polsko – hiszpańskich kiedy to teściowa strofowała polską synową aby nie mówiła do dziecka po polsku podczas rodzinnych imprez przy innych dzieciach. Wszyscy są zgodni, że tak nie powinno być. Niestety wiele Polek i Polaków nie wie jak zareagować i inteligentnie się postawić osobie, która ma większą siłę wpływu a jednocześnie nie chcą psuć rodzinnych relacji.

Zwierzyłam się z tej wizyty paru znajomym polskim rodzicom i szczerze byli bardzo tym zaszokowani. Mówili mi abym się nie dała, nie wierzyła w te brednie i nie porzucała polskiego. Jak ona w ogóle śmie tak mi radzić? Nauka dwóch języków na raz od początku to najlepsza droga.

Na szczęście spotkanie z tą panią miałam tylko raz w ramach samej diagnozy i kierowania dziecka do swojej stałej terapeutki. Została ją przesympatyczna młoda dziewczyna, pełna pasji i serca do dzieci. Sesje z nią odbywają się 2 razy w tygodniu. Mocno weszły w naszą rutynę. Syn uwielbia w tych zajęciach uczestniczyć i ma z tą panią bardzo dobrą komunikację.

Ja również bardzo dobrze się z nią rozumiem gdyż ona zawsze wysłucha. Mam do niej zaufanie. Nawet przy okazji zwierzam się jej ze swoich osobistych problemów jeśli mogą mieć wpływ na syna.

Jednak pewnego dnia też zasugerowała mi, ale już subtelnie i nie na siłę, że lepiej jakbym rozmawiała z Karimem tylko po hiszpańsku. Właśnie dlatego, by dobrze opanował jeden język podstawowy. Ponieważ i tak jest trochę w tej mowie opóźniony a ukierunkowanie językowe by ten rozwój przyspieszyło.

No nie! Znowu! – myślę sobie. Ponownie się zmieszałam i nie wiedziałam jak argumentować przy specjalistce, która przecież zna się lepiej. Na szczęście dała mi wolny wybór, wspominając że ona mi jedynie to zaleca. To jak postąpię to wyłącznie moja decyzja.

To, że się zmieszałam wynika z tego, że dostaję sprzeczne komunikaty.

Zresztą jeśli się gubię i przeżywam napięcie nerwowe to wyłącznie z tego powodu. Z jednej strony od polskich rodziców i polskich specjalistów, że mam równolegle wpajać dwa języki a od hiszpańskich, że powinnam tylko jeden i oczywiście ichni.

Ty jako zwykła matka nie wiesz jak postąpić. Kto ma racje? A może ten ktoś w kogo wątpisz jednak ją ma a ten którego skłonna jesteś posłuchać się myli? Może powinnaś nie oglądać się na nikogo i postępować zgodnie z własną intuicją i tym na ile znasz swoje dziecko? Może decyzja, że oni sobie ale to ty decydujesz o ostateczności jest jednak nieodpowiedzialna i ignorancka? Co i jak będzie się mieć dla dobra dziecka?

Od tych hiszpańskich specjalistów wyczuwam zdecydowanie pobudki narodowe, bo wiadomo stoją po stronie swojego kraju, kultury i języka. Z drugiej strony trochę ich rozumiem, bo imigrant powinien się integrować. Jestem tutaj gościem i winnam dostosować się do panujących reguł. Ja nie mam nic przeciwko temu by oni wspomagali rozwój mojego dziecka wyłącznie po hiszpańsku. Chcę aby Karim znał hiszpański, bo też będziemy ubiegać się o jego obywatelstwo. Ale we własnym domu i w codziennej komunikacji z dzieckiem pragnę wpajać mu swój język ojczysty już od małego, bo wtedy najlepiej się przyswaja.

W tym roku Karim przeszedł ze żłobka do przedszkola. Uważam, że dobrze się tu odnajduje. Jednak rzeczywiście nadal dostrzegane są jego opóźnienia w mowie. Szkoła na szczęście zapewnia osoby, które pracują indywidualnie z konkretnymi dziećmi i pomagają im nadrobić zaległości. Jest tu m.in. pani logopeda, która dużo mu pomaga oczywiście po hiszpańsku i jestem jak najbardziej za.

Jednak panie zaczęły mi zwracać uwagę, że kiedy pytają się syna o coś np. jaki to kolor czy gdzie co jest to on im odpowiada coś czego nie rozumieją. Nie rozumieją, bo odpowiada po polsku na pytanie postawione po hiszpańsku. Mi też to czasem robi i wtedy poprawiam go na właściwy język, bo rozumiem oba. On też potrafi powiedzieć to samo słowo w obu i tylko kwestia aby zaczął we właściwym odpowiadać.

Zasugerowano mi konsultacje z tzw. orientadora, która jest też psychologiem dziecięcym na co się zgodziłam. Aby dobrze zapoznać się z problemami mojego dziecka ona często była obecna na zajęciach i obserwowała go. Dostałam sygnał od nauczycielki i od niej jakby to Karim rzeczywiście był trochę cofnięty w rozwoju za innymi dziećmi, ale to normalne, że każde dziecko ma swój czas.

Z psycholog z którą ogólnie dobrze mi się rozmawia i która ma empatię i pomaga mi w innych kwestiach to jednak też tak samo – subtelnie namawia mnie abym mówiła do syna w domu tylko po hiszpańsku aby nauczył się podstawowego języka i mógł lepiej odnajdywać się w szkole. Kiedy mówiłam jej, że też zależy mi na nauce polskiego to ona w miły sposób powiedziała mi o konieczności integracji. Choć napomknęła, że rozumie moją potrzebę wpojenia mu polskiej kultury ale przecież przyszło mi mieszkać tutaj.

Psycholog powiedziała, że skoro umawiam się z nią na konsultacje i prowadzam syna na atención temprana, podczas gdy inni rodzice nie to znaczy, muszę mieć z nim jakiś problem. Trochę nie wierzyłam, że problem dotyczy tylko Karima. Przedszkole to i szkoła są publiczne. Ponad połowa podopiecznych to dzieci imigrantów. Są to głównie mali Marokańczycy, Saharyjczycy, Pakistańczycy i rumuńscy Cyganie. Ich oboje rodziców są jednej nacji, kultury i języka. Mój syn jest jedyny co ma dwóch z różnych. Gdy ci rodzice odprowadzają swoje pociechy do szkoły wyraźnie słyszę jak zwracają się do nich w swoich językach a rzadko hiszpańskim. Widać to po nich m.in. ubiorze kobiet, sposobie spędzania wolnego czasu i kim się otaczają, że są o wiele bardziej przywiązani do swoich rodzimych kultur i niewiele nasiąknęli Hiszpanią. To właśnie ja i mój mąż jesteśmy bardziej zintegrowani.

Myślę, że sami nauczyciele też mają dylemat, bo z jednej strony jest nacisk na asymilację a z drugiej tolerancja i poszanowanie odmienności. Ja w tej placówce widzę wyraźny zwrot w stronę multikulti a jednak według niej dla dobra dziecka lepiej zminimalizować polski na rzecz hiszpańskiego.

Próbuję tłumaczyć logopedom, pedagogom i psychologom, że nie muszą się obawiać braku języka hiszpańskiego w moim domu. Jest on obecny w dużych ilościach. Po hiszpańsku komunikujemy się z mężem. Mąż mówi do syna po hiszpańsku i nawet odpuścił swój język. Mamy hiszpańskich sąsiadów, znajomych, przyjaciół. Puszczamy Karimowi hiszpańskie bajki i piosenki. Ja też od czasu do czasu się po hiszpańsku się do niego zwrócę. Przede wszystkim spędza te 5 godzin w hiszpańskim przedszkolu. Doświadczenie i badania pokazują, że otoczenie nawet bardziej formuje młodego człowieka niż rodzice. To, że tylko ja będę do niego mówić po polsku nie powinno tego zachwiać.

Nie neguję hiszpańskiego. Nie jestem uparta aby za wszelką cenę wpoić synowi polską tożsamość, odciąć się od otoczenia i zamknąć we własnym polskim sosie. Jestem za tym aby całe to otoczenie mówiło do niego po hiszpańsku. Niech to robią to specjaliści, szkoła. Niech go kształcą po hiszpańsku. Ten język zostawiam w ich rękach bez ograniczeń. A w moich niech zostawią prawo do równoległego nauczania polskiego.

Poza tym mój hiszpański nie jest tak dobry jak mojego męża czy rodowitych Hiszpanów. Kaleczę go i na pewno nie nauczę go tak dobrze jak inni.

Bywało też tak, że brałam ich rady do siebie i za bardzo ulegałam. Bywało, że całymi dniami mówiłam do Karima tylko po hiszpańsku. Albo przestawiałam się na hiszpański w momencie gdy znaleźliśmy się przy ludziach. Bywało i nawet bywa do tej pory, że mieszam języki bo nie mogę się zdecydować w którą stronę podążać. Albo zwracam się do syna dwa razy w dwóch językach czy podwójnie coś nazywam. Np. pokazuję piłkę i mówię dwa razy: piłka, pelota.

Karim może nie zawsze odpowiada w tym języku w jakim go pytają ale tylko dlatego, że rozumie pytanie i zna odpowiedź W KAŻDYM Z NICH. On po prostu sobie wybiera, w którym chce lub który pierwszy mu przyjdzie do głowy a to, żeby nauczyć go właściwego do sytuacji wyboru to kwestia czasu.

Co ciekawe zanosi się, że jego trzecim językiem nie będzie marokański derija a… angielski, którego nawet nie używamy w domu. W sumie to bardzo dobrze. Wiemy, że jego znajomość jest najważniejsza aby być obywatelem świata. Nie siadałam z nim do jakiś angielskojęzycznych zabaw czy lekcji.

Karim już jako 2-latek zainteresował się angielskim… sam. Po prostu załapał go z dziecięcych piosenek i teledysków edukacyjnych. Miał parę ulubionych po angielsku np. „Badanamu”. Chciał je oglądać w kółko, więc mu je puszczałam. Potrafi nazwać daną rzecz, kolor, liczbę itp. po hiszpańsku, po polsku i po angielsku. Nie raz zapytany o coś przeze mnie czy przez nauczycielkę ze swojego repertuaru słów wybiera właśnie angielskie pojęcie. Wyraźnie czuć u Karima, że do angielskiego ma wielką pasję dlatego pozostaje nam za nią podążać równolegle przy nauce hiszpańskiego i polskiego.

Taki paradoks, że jego przedszkole a potem szkoła, która chce abym ograniczyła w domu polski na rzecz hiszpańskiego… sama jest przecież bilingue.

Namawiają mnie abym wychowywała syna w jednym języku a jednocześnie są świadomi, że znajomość wielu z nich to skarb i sami nauczają dzieci w dwóch. Potrzeby podążania za zmianami nie da się zagłuszyć. 😉

Nam bardzo na tym zależało i tym się kierowaliśmy przy wyborze placówki (choć w Hiszpanii większość jest już bilingue). Tym drugim językiem jest oczywiście angielski. Dwa razy w tygodniu dzieci mają 2 godziny zajęć z lektorem. Rozmawiałam z panią, która uczy Karima i powiedziała mi, że Karim bardzo te lekcje lubi, jest bardzo aktywny i szybko przyswaja język.

No to jak? Jest mój syn jedynym w grupie co ma opóźnienia w mowie? Wszystkie inne dzieci płynnie mówią po hiszpańsku tylko nie mój?

Może rzeczywiście za bardzo biorę to wszystko do siebie i za bardzo się przejmuję. Każde dziecko rozwija się inaczej i często ulegamy porównywaniom ich nawzajem. Gdy porównanie wypada na naszą niekorzyść wtedy czujemy się gorzej.

Założę się, że inne dzieci też mają swoje trudności. Być może nie wszyscy rodzice kolegów z grupy Karima chodzą na konsultacje do szkolnych specjalistów lub tego chcą gdy się im proponuje? Na pewno jest poszanowanie prywatności i nie mówi się rodzicom z czym borykają się inne konkretne dzieci. Mogą podać jedynie ogólne przykłady.

Z psycholog jakoś doszłyśmy do porozumienia. Ona powiedziała, że prowadziła kiedyś dziecko z bardzo zaawansowanym Aspergerem. Dzięki pracy rodziców, szkoły i specjalistów udało się utrzymać to zaburzenie w ryzach i dziecko radzi sobie bardzo dobrze.

Jest też podejrzenia, że u Karima może występować jakieś spektrum autyzmu. Ale tego jeszcze nie wiadomo, bo cały czas jest pod obserwacją. Sama podejrzewam siebie o Aspergera, więc syn mógłby coś po mnie odziedziczyć. Jednak w moim przypadku psychiatra po dość krótkiej rozmowie stwierdził, że czegoś takiego nie mam.

Co do czego okazuje się, że każde dziecko się z czymś boryka. W tym multikulturowym przedszkolu wiele dzieci jest dwujęzycznych więc Karim na pewno nie jest jedyny z trudnościami.

Pewnego razu musiałam zagadać do jednej dziewczynki z jego grupy, której rodzice są Pakistańczykami. Dziewczynka tylko stała, patrzyła na mnie, słuchała i nic nie odpowiedziała. „Ona nie mówi po hiszpańsku” – powiedziała mi nauczycielka. Za to mój Karim na jej miejscu na pewno by coś odpowiedział.

Przyjdzie czas, że on jeszcze bardziej rozwinie swe umiejętności językowe i tak samo przyjdzie czas na tę dziewczynkę. Choć jej rodzice na pewno rozmawiają z nią w domu w którymś z języków Pakistanu. U niej wyraźnie jest rozdział, że dom to język rodziców a szkoła to hiszpański. U nas hiszpański i tak wchodzi do domu obok polskiego. W każdym domu sytuacja jest inna i inaczej wpływa na dziecko.

Profesor Miodek z pewnością zganiłby mnie za błędy ortograficzne i kaleczenie polszczyzny. Zganiłby mnie za byki jakie z pewnością pojawią się w tym wpisie, które nawet po wielokrotnej korekcie (którą robię sama) zdołają się zachować. Jednocześnie jego wypowiedź odnośnie dwujęzyczności mnie uspokoiła i utwierdziła w przekonaniu, że robię dobrze nie wyrzekając się polskiego nawet jak zalecają inni. Opowiada dokładnie o wyzwaniach z jakimi się borykam oraz o mitach jakie słyszałam od tutejszych specjalistów, którym też zależy na wpojeniu imigrantom lokalnego języka.

Plakat pochodzi ze strony Dobra Polska Szkoła

Pan Miodek też jest przecież specjalistą. Też skończył studia i nawet zdobył tytuł profesora. Jako, że jest Polakiem i znawcą języka polskiego to działa w interesie Polaków. To oczywiste, że dla mnie bliższe są jego porady.

Bombardują mnie przeróżne i skrajne komunikaty, ale myślę by zachować spokój, zdrowy rozsądek i nie dać się ponieść emocjom. Warto wysłuchać tych komunikatów co mają do powiedzenia. Warto korzystać z pomocy specjalistów. Oni są po to aby wspierać rodziców w wychowywaniu i nauce. Ale jak nie ma z nimi porozumienia to można specjalistę zmienić. Następnie zaobserwować swoje dziecko. Któż nie zna go lepiej niż rodzice. Z tych wszystkich porad wybrać te, które najbardziej do niego pasują.

U mojego Karima obserwuję, że jeszcze nie buduje całych zdań i że miesza języki. Ale widzę wyraźnie, że on chce się uczyć, lubi poznawanie nowych słów we wszystkich swoich językach oraz bardzo szybko zapamiętuje. Stopniowo powiększa swój wielojęzyczny repertuar. Ciekawe tylko czy dlatego, że ma taki wrodzony talent czy to właśnie dlatego, że od początku jest otoczony kilkoma językami.

Tak bardzo zazdroszczę tego mojemu synowi. Jestem jednojęzyczna. Jako dziecko startowałam z pozycji TYLKO JEDNEGO JĘZYKA – polskiego.

Języki obce (niemiecki, angielski i rosyjski – tak, był za moich czasów w podstawówce) liznęłam po raz pierwszy dopiero gdy miałam… 8 lat. Teraz widzę jak to strasznie późno.

No dobra, według hiszpańskich specjalistów mam podstawę czyli tylko jeden język. Rodzice mówią, że szybko nauczyłam się mówić. Ale od tej pory… inne języki wchodzą mi fatalnie. Wcale tak łatwo nie przyswajam słówek i gramatyki. Ledwo co się czegoś nauczę to natychmiast zapominam. Nauka języków mnie nie kręci mnie, nie bawi, nie czuję w tym żadnej pasji, choć próbowałam ją w sobie wzbudzić. Do nauki musze się zmuszać. Jeśli czegoś udało mi się nauczyć to tylko wyłącznie dzięki przymuszeniu, samodyscyplinie i walce z samą sobą.

Moje oceny z języków w szkole plasowały się po między 3 – 4 ale większość uczniów miała lepsze. Aby zdać na maturze ustny angielski to musiałam brać korki po kilka razy w tygodniu. Gdyby nie one na bank bym oblała, bo w szkole tych lekcji było zdecydowanie za mało. Nie było też wtedy przedszkoli i szkół bilingue. Dziś taka nauka zaczyna się już od… żłobka.

Tak więc oprócz tego, że jestem jednojęzyczna brak mi też tego wrodzonego talentu. Gdy robiłam sobie test na 8 rodzajów inteligencji według Howarda Gardnera to zawsze w tej lingwistycznej wypadałam najgorzej (dla równowagi mam ponadprzeciętną inteligencję przestrzenną).

Niby nie powinnam mieć tego problemu, bo mieszkam na emigracji. Hiszpańskiego uczyłam się przed wyjazdem na kursie ale po przyjeździe nie umiałam wydusić z siebie ani słowa. Nie rozumiałam co się do mnie mówi. Opanowanie języka w stopniu komunikatywnym zajęło mi 3 miesiące podczas gdy inni zagraniczni znajomi od zera wyrobili się w miesiąc. Żaden nawet najlepszy kurs nie dałby mi takiego tempa.

Najlepiej uczę się właśnie przez bezpośredni kontakt z językiem czyli przez codzienne życie i to właśnie dzięki temu znam hiszpański na tyle dobrze by się swobodnie porozumiewać i prowadzić dyskusje.

Jednak utrata tego kontaktu może skutkować zapomnieniem języka. Tak stało się w przypadku mojego niemieckiego, a przecież przez 2 lata jeździłam do pracy do Niemiec. W sumie też dlatego, że miałam poziom podstawowy. Upadek hiszpańskiego z pewnością nie byłby tak drastyczny.

Próbowałam uczyć się francuskiego. Ruszyłam z motyką na słońce, zapisałam się na kurs i… totalnie poległam. Zobaczyłam jaka jest rozbieżność pomiędzy tym jak się słowa pisze i jak się czyta. Cudzoziemcy mówią, że w języku polskim są trudne specyficzne dwuznaki typu sz, cz, rz. Tymczasem we francuskim każde słowo to jeden wielki wielo-znak. Dwa razy oblałam egzamin. Porzuciłam więc francuski. Bardziej opłacało mi skupić się na poprawieniu angielskiego i hiszpańskiego.

Moja znajomość angielskiego jest niestabilna, która co jakiś czas upada i na nowo się odbudowuje, gdyż mam tutaj mało okazji do jego praktykowania. Co najwyżej mogę oglądać filmy lub czytać książki. Kiedyś nie przyjęto mnie do korpo ze względu na słaby angielski ale krótko po tej porażce aby się psychicznie podnieść przeczytałam w nim całą książkę i jeszcze dużo zrozumiałam.

Zastanawiam się czy też ma sens inwestowanie w zrobienie sobie Certyfikatu Cambridge. Przysiądę do nauki, kończę kurs, zdam ten egzamin, może po kilku podejściach, dostanę certyfikat. Ale co dalej? Im więcej czasu minie, nie będę miała kontaktu z angielskim na bieżąco i nie zatrudnią mnie od razu do korpo to z poziomu B2 mogę rypnąć do co najwyżej na A1. Ma pani papierek ale nic nie umie – powiedzą mi wtedy.

Mój umysł niestety nie pracuje już tak jak umysł małego dziecka. Ponieważ wchodzę w wiek średni to powiedzmy, że jest w cofce. Dlatego Karim dzięki kontaktowi z kilkoma językami od urodzenia może mieć szanse aby nie przechodzić tego wszystkiego co ja i aby mieć lepszy start. Jeśli ma więcej inteligencji językowej to już super. Jak nie odziedziczy jej ode mnie to przynajmniej od taty lub kontakt z kilkoma językami mu ją rozwinie.

Z drugiej strony teraz dzięki emigracji coraz więcej dzieci jest wielojęzycznych. Rośnie nam całe pokolenie.

Daję słowo, że dożyjemy czasów kiedy znajomość kilku języków już nie będzie na nikim robić wrażenia tak jak umiejętność czytania, pisania czy obsługi Worda.

Karim będzie miał więcej konkurentów takich samych jak on przy ubieganiu się o pracę. Jednak nadal będzie bardziej do przodu, bo tacy co znają tylko jeden język niestety pozostaną w tyle i trochę jest mi ich szkoda.

Kiedyś i według ludzi starej szkoły podstawą jest jeden język. Obecnie to wielojęzyczność staje się podstawą i musimy się na to przestawić. W naszym pokoleniu takimi wielojęzycznymi stają się nie ci wykształceni Europejczycy z dyplomami i po kilku kursach w swoich krajach lecz… imigranci. Nawet ci z trzeciego świata gdzie od dziecka uczą się kilku języków plemiennych, oficjalnego języka swojej byłej kolonii a potem kraju emigracji do którego zabierają ich rodzice lub w nim powołują do życia. Potem językowo mają z górki i jeśli będą mieli dostęp do edukacji i nabędą odpowiednich kwalifikacji to mogą pracować w międzynarodowych korporacjach w każdym miejscu na świecie.

W Polsce też jest to możliwe. Polska staje się krajem, który budzi nawet na zachodzie coraz większe zainteresowanie. Ci co już u nas byli stwierdzają, że żyje się tu w miarę ok i mogliby tutaj zamieszkać. Czemu więc znajomość polskiego miałaby być mniej ważna niż innych języków?

Może mój mąż jest wyjątkiem ale przeważnie ludziom zależy aby ich rodzimy język nie zanikał i aby przekazywać go dalej dzieciom. Ja jestem za tym i chcę aby język polski był jednym z pierwszorzędnych języków u Karima.

Skoro to są przejawy narodowe to powiedzmy co zrobią ci Hiszpanie radzący mi odpuścić rozmowy z dzieckiem po polsku jeśli przyjdzie im wyemigrować? Oni też emigrują np. do Szwajcarii, Niemiec. Czy pozwolą sobie na wyzbycie się języka hiszpańskiego na rzecz lokalnych tylko po to by tutaj lepiej się poruszać? Owszem, nauczą się języka lokalnego ale o swoim raczej nie zapomną.

Gdy będą mieli dzieci, które poślą do tutejszych szkół to sprawią aby były dwujęzyczne, bo to procentuje. Zrobią wszystko aby pośród tej wielkiej mieszanki językowej znaczące miejsce odgrywał język ojczysty rodziców.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, blogerka, grafik, szukająca pracy... jakiejkolwiek, choć fajnie gdyby to była praca marzeń na czas nieokreślony, konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna artystka szuka pracy".

Może Cię zainteresować...