Czy może Pani chwilę popatrzeć na moje dziecko?
Samo życie, W Polsce, Za granicą

Czy może Pani chwilę popatrzeć na moje dziecko?


Jakie jest podejście obcych, przypadkowo spotykanych ludzi do matek z dziećmi w Polsce a jakie w Hiszpanii? Tym razem wypadnie na korzyść Hiszpanii. Dlaczego?

Żeby nie było, że generalizuję i sądzę, że wszyscy Hiszpanie są spoko a wszyscy Polacy mają mnie gdzieś to zaznaczam, że opisuję sytuacje, jakie spotykają mnie na terenie konkretnego kraju i w konfrontacji z konkretnymi ludźmi co zachowali się tak a nie inaczej. Ty możesz trafić także na Hiszpana co cię oleje i Polaka co ci pomoże. Tylko u mnie statystycznie Hiszpania wyszła lepiej.

Zacznijmy od tego co jest najtrudniejsze dla mnie w byciu mamą kilkuletniego dziecka?

Jest to brak swobody, polegający na tym, że gdy jesteś z dzieckiem na dworze to nie można odwrócić od niego wzroku nawet na sekundę czy puścić ręki. Chwila nieuwagi a dziecko ucieknie nie wiadomo gdzie i będzie w niebezpieczeństwie. Obok tłum ludzi, ulica i pędzące auta, przystań lub morze z wielkimi falami.

Ten niebezpieczny moment, ta chwila nieuwagi następuje w nadzwyczaj tak banalnych momentach kiedy z dzieckiem u boku musisz:

  • zapłacić w kasie w sklepie,
  • wyjąć pieniądze z bankomatu
  • kupić bilet w automacie na przystanku autobusu, tramwaju czy metra,
  • kupić bilet u kierowcy autobusu,
  • wyjąć coś z torebki,
  • wsadzić coś do torebki,
  • odpiąć lub zapiąć w niej zamek
  • odebrać telefon,
  • odpiąć lub zapiąć kurtkę
  • rzucić okiem na towar na półce w sklepie
  • poprawić sobie czapkę czy rękawiczki,
  • zerknąć na zegarek podwijając gruby rękaw, bo akurat jest zima
  • wysmarkać nos
  • podrapać się po plecach.

Po prostu z różnego powodu musisz popatrzeć w innym kierunku, mieć wolne obie ręce lub skoncentrować się na czymś innym niż twoje dziecko tylko przez kilka sekund.

Dziwne, że poczytne blogaski parentingowe jeszcze o tym nie powiedziały dosłownie. Może dlatego, że tylko ja rzekomo tak bardzo przesadzam a dla żadnej innej matki ten problem nie istnieje? Co tylko ja się żalę na pierdoły głupia baba!

Ale ciekawe jest czemu wszystkie matki deklarują jak bardzo marzą o wyjściu samej bez dzieci. Nawet jak wyjdą na godzinkę to czują powiew wolności niczym na wakacjach. Myślę, że właśnie dlatego – odzyskują swobodę ruchów i zwracania uwagi na tym co chcą. Ja lubię wyjścia samemu bez dziecka także z tego powodu.

Dla mnie akurat to jest najbardziej uciążliwe tak samo jak dla kogoś może być coś innego. Spędzam codziennie kilka godzin sama z synkiem na wolnym powietrzu. Jesteśmy na ulicy i czasami na plaży. Nie jest on jeszcze na tyle samodzielny aby sam uważać na siebie. Ma tendencję do natychmiastowego uciekania przed siebie gdy tylko go puszczę. Zależy mi na jego bezpieczeństwie ale czasem muszę odwrócić od niego uwagę na drobne czynności.

Jak sobie z tym radzę?

Robię coś oczywistego, co o dziwo według wielu ludzi… robić nie wypada.

Robię to według zasady, że jeśli w stosunku do twojego dziecka jakąś metoda tobie działa podczas gdy wszyscy ją negują to… stosuj ją śmiało i nie przejmuj się co pomyślą inni.

Po prostu… PROSZĘ O POMOC.

Co jest w tym niestosownego? Co wstydliwego? Dlaczego niby nie wypada?

Proszę o pomoc przypadkowe osoby budzące zaufanie, które stoją obok.

Proszę je o pomoc, bo jest akurat sytuacja, kiedy nie widzę innego wyjścia.

Proszę o pomoc słowami:

Przepraszam bardzo. Czy może pani chwilę popatrzeć na moje dziecko, bo muszę…

lub

Przepraszam bardzo. Czy może Pan chwilę potrzymać moje dziecko za rękę, bo muszę…

To nie jest żądanie aby ktoś obcy od razu bezinteresownie wcielił się w rolę niańki. Potrzebuję uwagi na dziecko dosłownie na chwilę.
NA KILKA SEKUND
Na nie więcej niż minutę.

Proszenie o pomoc jest ostatecznością. Najpierw próbuję sama sobie poradzić, przytrzymać dziecko „trzecią ręką” czy nogami, wyostrzyć tę rzekomo wysoką u kobiet podzielność uwagi. Kiedy stwierdzę, że się nie da, lub nie mam pewności to proszę o pomoc, gdyż uznaję to za najlepsze wyjście w tej sytuacji.

Kiedy synek był jeszcze malutki i nie chodził a ja nie miałam pod ręką wózka, lub położenie go w wózku nie wchodziło w grę to prosiłam nawet o potrzymanie do na rękach. Np. sąsiada abym mogła wyjąć z torebki klucz i otworzyć drzwi.

Zaraz po tej prośbie z góry dziękuję i pytam się czy nie będzie dla tej osoby problemem. Jeśli ona powie, że będzie to jeszcze raz podejmuję próbę radzenia sobie sama lub proszę inną z kolei osobę.

Teraz widzę, że zawsze stosowałam tę metodę, zawsze prosiłam o pomoc i przeważnie mi jej udzielano. Zawsze mi to działało, ponieważ… mieszkam w Hiszpanii.

Niektórzy mają odmienne zdanie, inne doświadczenia ale dla mnie tutejsze podejście do matek z dziećmi spotykanych na ulicy jest bardzo pozytywne. Raczej spotkałam się z tym, że Hiszpanie mają do nich dużo empatii i zrozumienia. Zdają sobie sprawę, że przebywanie na mieście z nieokiełznanym maluchem to nie jest łatwa gra.

Kiedy na ulicy proszę o pomoc to zwykle ją dostaję. Jeśli jej nie dostałam to raczej przez nieporozumienie językowe, akcent, dialekt czy to, że nie umiałam dobrze zakomunikować lub do tej osoby nie dotarło. Dlatego cały czas staram się uprościć swój komunikat.

Proszenie o pomoc dotyczy najczęściej lokalizacji, w których jest duży ruch uliczny, gdzie jest tłum i uciekające dziecko może szybko zniknąć za rogiem, peronu kolejowego czy tramwajowego – on już szczególnie oraz komunikacji miejskiej.

Mój synek uwielbia autobusy i tramwaje, czekanie na przystanku i jeżdżenie nimi. Zaczyna robić się tutaj coraz bardziej samodzielny ale pewności wciąż nie mam. Dlatego w miarę dobrze współpracuje ze mną i z osobami proszonymi o pomoc podczas korzystania z autobusów i jego zachowanie jest raczej przewidywalne. Jednak czasami bywa niecierpliwy i chce wszystko natychmiast. Ja muszę przez kilka sekund, góra minutę wykonać pewną czynność, popatrzeć w innym kierunku niż na syna, mieć do tej czynności wolne ręce albo w trakcie jej wykonywania trzymać dzieciaka, który się wyrywa. Nawet jak ufasz swojemu dziecku, to warto być ostrożnym i przeciwdziałać zagrożeniom.

Na przystanku autobusowym lub tramwajowym kupuję bilet w automacie a konkretnie doładowuję kartę na komunikację do czego niezbędne są mi dwie wolne ręce i koncentracja tylko na procesie zakupu. Po zakupie trzeba szybko schować portfel do torebki i zasnąć zamek, bo wszędzie grasują kieszonkowcy. Kolejne kilka sekund.

Synek wie, że w tym czasie ma usiąść na ławce i czekać. Na szczęście lubi to. Jednak ławka zazwyczaj nie stoi przy samym automacie. Nierzadko jest zajęta. Aby stał on obok mnie podczas kupna też nie wchodzi w grę. Nie mam jak go trzymać i jak na niego patrzeć. Obok jest ulica, po której pędzą samochody czy tory po których jeździ tramwaj. Maluch może w każdej chwili wstać i polecieć przed siebie. Wybieram więc najlepsze rozwiązanie aby synek był bezpieczny.

Proszę pierwszą lepszą osobę z boku aby potrzymała mi go za rękę albo siedzącą obok na ławce aby na niego popatrzyła i pilnowała by nie pobiegł.

Ludzie nie tylko popatrzą na moje dziecko lub je potrzymają ale także przez te pół minuty zabawiają. Wyczuwam, że nie przeszkadza im moja prośba. Wielu z nich dobrze rozumie jak to trudno jest być mamą malucha w tym wieku.

Innym razem doładowuję kartę u kierowcy autobusu, gdzie robię identyczne czynności co przy automacie. Wtedy też potrzeba mi wolnych rąk i jeszcze muszę utrzymać równowagę, gdyż pojazd rusza nim usiądziemy.

Mój synek z racji, że lubi autobusy raczej wie jak się w nim zachować. Od razu leci zająć ulubione siedzenie, które jest na tyłach (zwykle w godzinach kiedy jeździmy autobusem są wolne miejsca siedzące). Mogłabym go przecież przytrzymać „trzecią ręką” czy nogami aby poczekał aż usiądziemy razem. To nie wchodzi w grę, gdyż jest on niecierpliwy i zaczyna się wyrywać, przez co nie mogę spokojnie dokonać transakcji. Dopiero co się uczy cierpliwości i czekania ale jeszcze dużo mu brakuje (świat oczekuje abym była idealną matką co sprawi, że dziecko jest cierpliwe od kołyski).

Mimo że mój synek zna drogę przez autobus na siedzenie, to z oddali proszę innych pasażerów aby popatrzyli na niego i dopilnowali by przypadkiem nie wyszedł tylnymi drzwiami, których kierowca nie zdążył jeszcze zamknąć. Zgadzają się, patrzą na niego. Potem ja się dosiadam obok i możemy bezpiecznie jechać.

dav

Tymczasem jak było w Polsce?

Pojechałam do Polski z wyniesionym z Hiszpanii nawykiem proszenia ludzi o pomoc w patrzeniu na dziecko i przytrzymywaniu. Zawiodłam się. Tak to jest, gdy trafiasz w inne środowisko z taką samą wiarą w ludzi jak w poprzednim.

Kupowałam bilet u kierowcy w polskim autobusie. Synka nie zdołałam przytrzymać. Tak samo jak w Hiszpanii poleciał na siedzenie na tyłach. Kierowca zostawił otwarte tylne drzwi, bo jest u nas inaczej. W Polsce możesz wejść przez wszystkie drzwi, dlatego tylne otwarte są dłużej. Natomiast w Hiszpanii wpuszczają tylko pierwszymi a pozostałe są tylko do wysiadania i wsiadanie nimi jest zabronione. Przez co szybciej się zamykają i dziecko jest bezpieczniejsze.

Zwróciłam się do paru pasażerów na tyłach czy mogliby przy trzymać dziecko. Byli tą prośbą zaskoczeni i totalnie zdezorientowani. Choć syn biegł w stronę siedzenia, pewne małżeństwo co siedziało blisko, zdawało się myśleć, że zaraz wyjdzie on tylnymi drzwiami i że ja do tego dopuszczam. Kobieta zgodziła się go przy trzymać, choć niechętnie. Za to jej mąż wkurzył się. Zrugał ją. Zrugał mnie. Załamał ręce, głośno klepnął się w uda i burknął coś pod nosem.

Wyjaśniłam tej kobiecie, że mój syn wie, że ma usiąść ale czasem proszę innych aby mieli go na oku bym mogła kupić bilet. Uspokoiłam ją, jeśli było to dla niej zamieszanie. Wtem jej mąż odburknął do nas:

Każdy sam powinien pilnować swojego dziecka!

Złożył ręce i odwrócił się w stronę okna jak wielce obrażony. Co ja mu zrobiłam? Zachowywał się tak jakbym zepsuła mu humor. Obcy facet, któremu nic do tego jak dbam o swoje dziecko i któremu niczym nie zaszkodziłam czuje się zdegustowany. Absurd!

Tak więc wyszłam na nieodpowiedzialną, leniwą matkę, która nie potrafi dopilnować swego malca i wymusza to na innych jakby mieli taki obwiązek.

Innym razem wchodzę z synkiem do polskiego sklepiku, bo muszę obejrzeć jakiś produkt. Drzwi można zamknąć, więc dziecko nie powinno wybiec na zewnątrz. Oceniam, że niby na terenie sklepu jest bezpieczne i raczej nie zamierza ruszać towaru.

Idę oglądać produkt. W sklepie nie ma innych klientów. Ekspedientka, jednocześnie właścicielka sklepu przy ladzie plotkuje sobie z koleżanką. W tym czasie synek podchodzi do zamkniętych drzwi, które są przeszklone i patrzy przez szybę na ulicę. Nie mogę się skupić na oglądaniu produktu, bo wiem, że syn jest nieprzewidywalny On potrafi zaskoczyć, stanąć na palcach, złapać za klamkę, otworzyć sobie drzwi i wybiec na ulicę.

Zwracam się wtedy do właścicielki sklepu i jej koleżanki z prośbą czy mogą przez chwilę popatrzeć na moje dziecko czy nie próbuje uciec, bo musze obejrzeć produkt. Panie zdziwione popatrzyły się na siebie, wzruszyły ramionami. Jedna z nich mówi mi:

Każdy sam powinien pilnować swojego dziecka!

Po tych słowach nie mam wyboru. Wychodzimy. Rezygnuję z oglądania produktu. Już na pewno z jego kupna w tym sklepie. Nie mam wiary czy te panie popatrzą na moje dziecko w momencie, kiedy będę płacić przy kasie.

To właśnie z tego powodu na zakupy chodzi się przeważnie bez dzieci.

Jednak w Hiszpanii w takich sytuacjach spotykałam się z uprzejmością i pomocą ze strony właścicieli i personelu sklepów. Nie raz pan w warzywniaku czy kasjerka w markecie trzymały mojego malucha za rękę abym spokojnie mogła zapłacić czyli wyjąć z torebki portfel i pieniądze, przeliczyć a następnie odebrać reszty i schować z powrotem. Przecież zależy im aby u nich kupiła, zależy też aby dziecko przypadkowo nie zniszczyło im towaru. Dlatego współpracują z klientami.

Zastanawiam się więc czemu tak w Polsce:

  • matki wstydzą się prosić obcych o pomoc
  • inni niechętnie tej pomocy udzielają
  • odbierają prośby o pomoc jako coś dziwnego lub coś, czego nie wypada.

Powodów może być kilka.

1. Faktycznie, jest zasada, że każdy sam powinien pilnować swojego dziecka. Nie istnieje żaden przymus i obowiązek aby trzeba było pilnować cudze.

2. Powody proszenia o pomoc wydają się innym banalne. No jak to? Niańczyć cudzego dzieciaka tylko dlatego, że mamuśka chce pogrzebać w torebce, wysmarkać nos lub się po nim podrapać? Przecież NORMALNY CZŁOWIEK radzi sobie z takimi pierdołami z dzieckiem u boku. A jak chce te czynności wykonać to czemu musi je robić tu i teraz i nie może się z nimi powstrzymać kiedy wraz z dzieckiem znajdą się w bezpiecznym miejscu? Nie rozumieją, że każdy może mieć swoje powody dlaczego robi to tu i teraz.

Może matka ma tak bardzo zapchany nos, że nie wytrzyma, że leje się z niego strumieniami na zewnątrz. Jak nie sięgnie po chusteczkę to też źle, bo będzie obrzydzać ludzi obok.

Może właśnie tu i teraz, nie później potrzebuje wyjąć ten przedmiot z torebki (może nim być jedzenie czy woda dla dziecka, bo ono o to prosi) a potem szybko go schować i torebkę zapiąć. To jest coś czego obawiam się w dzielnicy turystycznej. Kieszonkowcy potrafią świetnie wykorzystać uwagę kiedy za bardzo skupię się na dziecku i nie zdążę dopiąć torebki.

Może ta matka wisi na telefonie, bo właśnie zadzwoniono z oferty pracy, na której jej tak bardzo zależy. Na dodatek chcą od razu przeprowadzić rozmowę kwalifikacyjną telefonicznie (to już norma). Dla takich telefonów po prostu rzuca się wszystko i odbiera. Mało tego, trzeba szukać w torebce notesu i długopisu, bo będą podawać ważne dane. Mi bardzo często się to przytrafia, bo rekruterzy… jakoś cholera nie mogą w innych godzinach dzwonić!? Niedawno odbywałam rozmowę o pracę przez telefon, notowałam dane i jednocześnie odbierałam dziecko z przedszkola, gdzie pani nie mogła czekać z wydaniem mi jego aż skończę gadać. Cudem sama sobie poradziłam. Nie odbierzesz teraz – nie zadzwonią ponownie. Wezmą się za kolejnego kandydata. Oddzwonienie nie gwarantuje, że odbiorą, bo mogą być w trakcie rozmowy z następnym, który już robi na nich dobre wrażenie. Szansa przepada.

Pomoc w potrzymaniu dziecka jest potrzebna choćby po to aby do telefonu szybko powiedzieć: Przepraszam, teraz nie mogę rozmawiać. Czy możesz zadzwonić później?

3. Proszenie o pomoc to zawracanie obcym ludziom głowy. Oni też mają tu na ulicy swoje sprawy, myślą o czymś a ty im nagle zaburzasz rytm podsuwając swojego bachora.

4. Mam wrażenie, że żadna matka tego nie robi. Mało która prosi obcych o pomoc. Mnie ludzie na ulicach proszą o różne rzeczy czy inny rodzaj pomocy. Ale jeszcze nigdy żadna matka nie poprosiła mnie o to o czym tu piszę. Zatem ten sposób radzenia sobie praktycznie nie istnieje, nie jest uznawany społecznie więc dziwnie, że ktoś go nagle stosuje.

5. Pomoc nawet na kilka sekund brana jest za niańczenie cudzego bachora. Ogólnie opieka nad dziećmi uważana jest za coś trudnego, wymagającego i wyczerpującego od czego ludzie przeważnie chcą uciekać. Nawet sami rodzice. Kiedy jakaś babcia, niania, przedszkolanka, koleżanka opiekuje się czyimś dzieckiem to tylko odlicza godziny, minuty do powrotu rodziców. Zatem ta osoba co trzyma mie dziecko musi odliczać… setne sekundy nim je od niej wezmę.

6. Prosząc obcych o pomoc z takich powodów rzekomo stawiasz się w złym świetle. Możesz być odebrana jako zła matka, która nie radzi sobie z własnym dzieckiem i swoją nieudolność zrzuca na innych.

7. Być może niektórzy mieli do czynienia z matkami zbyt roszczeniowymi, które nie umiały poprosić kulturalnie tylko wręcz narzucały się. Robiły wrażenie, jakby miały postawę, że jak „jestem matką to wszystko mi wolno, mam taryfę ulgową i każdy ma obowiązek mi dogadzać.”

8. Ludzie boją się brać na siebie odpowiedzialność za cudze dziecko. Nie znają jego, nie wiedzą jakie jest i jaki numer wywinąć. Nie ufają sobie i boją się, że nie zdołają pomóc, że nie utrzymają dziecka, że mimo starań ono ucieknie z pola ich uwagi a potem coś się stanie. Nie chcą ryzykować i ponosić konsekwencji więc słusznie mają prawo odmówić.

No właśnie, jest też jeszcze drugie dno i nawet mocny argument dla tych, którzy uważają, że proszenie obcych o pomoc nie jest zbyt odpowiedzialne. Przecież tak samo jak rodzic nie jest w stanie upilnować, tak samo mogą nie móc te obce osoby.

Także prosząc o pomoc możesz trafić na kogoś kto rzeczywiście ma złe zamiary. Może ten moment wykorzystać i porwać ci dziecko.

Tak naprawdę nigdy nie przewidzimy co może się stać. Ja mimo że powierzam komuś synka na kilka sekund, by skupić się na innej czynności to nie wyłączam się całkowicie. Staram się na ile mogę patrzeć kątem oka czy ta osoba rzeczywiście pomaga i dobrze pilnuje. Czy czasem czegoś nie kombinuje. Ale równie łatwo dziecko może być przez kogoś porwane kiedy nikogo nie proszę o pomoc, kiedy odwracam od niego uwagę aby coś zrobić i zostawiam je na tą chwilę samo obok siebie. Tak samo to, że na dziecko patrzy inna osoba może je uchronić od porwania przez kogoś, kto się na nie czai.

Oceniam mniej więcej osoby jakie mogę poprosić. Na ile wyglądają wiarygodnie. Takie do jakich najczęściej się zwracam to są panie emerytki. Zresztą ich jest najwięcej na ulicy, najwięcej na przystankach, więc to akurat one są pod ręką.

Proszę o pomoc przeważnie na ulicy gdy wokoło jest dużo ludzi. Zwykle fajnie się składa, że jak zwrócę się do jednej osoby to druga z boku co to usłyszy włącza się i też dogląda mi dziecka. Wtedy więcej osób czuwa i jakby cos się stało to jest więcej świadków, którzy już wcześniej dostali komunikat, że tu jest dziecko więc uważajmy na nie. W Hiszpanii parę razy pilnował mi syna cały przystanek autobusowy.

Proszę o pomoc tylko osoby które widzę, że są wolne, które tylko stoją, siedzą nic nie robią. Nie przerywam rozmów ani nie wtrącam się kiedy ktoś w tym czasie gada rzez telefon. Jeśli jakąś drobną, kilkusekundową czynność mogę zrobić później, to przekładam ją. Także wiele takich czynności zoptymalizowałam sobie na tyle aby jak najbezpieczniej wykonać je mimo dziecka u boku. Noszę najwygodniejszą torebkę lub plecak. Parę drobnych lecz potrzebnych na ulicy rzeczy trzymam w kieszeniach. Albo przygotowuję się wcześniej. Staram się np doładowywać kartę na autobus na zapas kiedy jestem na ulicy bez dziecka i potem przez jakiś czas gdy z nim jeżdżę mieć spokój.

Jako mama nie dostawałam aż tak dużo tzw. dobrych rad czy wskazówek co powinnam robić a co nie. Nawet na początku byłam zaskoczona, że mi się to tak bardzo nie przytrafia jak straszono. Ale czasem takie uwagi się zdarzają. Moje proszenie o pomoc obcych na ulicy zostało w Polsce odebrane sceptycznie.

Stopniowo się przekonuję, że cokolwiek zrobisz, jak postępujesz jako matka, to będzie oceniane i krytykowane. W którąkolwiek pójdziesz stronę to zawsze się przyczepią.

Jeśli kluczowo trzymam dziecko za rękę i bardzo pilnuję aby przypadkiem gdzieś nie pobiegło i czegoś nie ruszyło to wytkną mi, że jestem nadopiekuńcza, podcinam mu skrzydła, ograniczam wolność, nie pozwalam odkrywać świata i wpajam mu, że jest on pełen zagrożeń i w ten sposób chowam życiowego kalekę.

Natomiast gdy puszczę je na samopas aby sobie biegało gdzie chce i robiło gdzie chce to wytkną mi, że jestem wyrodna, która w ogóle nie interesuje się swoim dzieckiem, olewa je, na za dużo mu pozwala i naraża je na niebezpieczeństwa.

Dostawałam już zarówno jedną jak i drugą skrajną uwagę. Tymczasem ja mogę robić wrażenie raz takiej raz takiej w zależności od okoliczności. Co za tym się kryje? Po prostu oceniam sytuację i robię to co uznaję za stosowne.

Gdy jestem na ulicy w godzinach szczytu, na chodniku pełnym ludzi, przy jezdni pełnej rozpędzonych aut albo nad morzem, na przystani gdzie spaceruje tysiące turystów czy w przestrzeni z której są otwarte drzwi prosto na ulicę oszacowuję to miejsce za niebezpieczne. Dlatego mocno trzymam dziecko za rękę, nie spuszczam z niego wzroku i nie pozwalam mu się oddalić a jak muszę spuścić z niego uwagę to proszę o pomoc. Maluch musi wiedzieć, że w takich okolicznościach ma się trzymać mamy.

Gdy jestem na jakiejś ogrodzonej czy zabudowanej przestrzeni, sprawdziłam że to ogrodzenie jest szczelne. Nie ma w nim żadnych otworów czy drzwi łatwych do otwarcia. Nie znajduję tutaj żadnych niebezpiecznych przedmiotów, dziur, ostrych kantów to oszacowuję to miejsce za bezpieczne. Mogę spokojnie puścić dziecko, nawet zdjąć z niego moją uwagę. Niech sobie biega, odkrywa i robi co chce.

O tym aby prosić o pomoc nie wyczytałam w żadnym poradniku. Żaden inny rodzic nie udzielił mi tej rady. Kierowałam się wyłącznie swoją intuicją, która podpowiedziała mi, że w danej sytuacji jest to stosowne. Nie zastanawiałam się czy wypada czy nie wypada. Zresztą nie widzę w tej w tej prośbie nic wstydliwego, niegrzecznego, niewłaściwego i zakłócającego czas tych ludzi.

Jeśli jakakolwiek matka poprosi mnie o to samo to z chęcią popatrzę na jej dziecko lub je potrzymam.

Skoro zdajemy sobie sprawę z trudów wychowywania dziecka to może pomoc matkom w Polsce stałaby się czymś powszechnie uznawanym. Pomoc zamiast kąśliwych uwag i dawania dobrych rad, które mogą się mieć nijak do sytuacji. Pomoc najlepiej kiedy one same proszą. Nie na siłę. Stwórzmy warunki aby matki też nie wstydziły się prosić.

Racja, że to rodzice mają obowiązek uważać na swoje dzieci. Są za nie odpowiedzialni w pierwszej kolejności. Nie powinni zakładać, że inni ludzie załatwią wszystko za nich i przede wszystkim winni liczyć na siebie. Zatem uważają na dzieci, robią co mogą ale nie zawsze, z różnych przyczyn udaje się im je dopilnować

Jesteśmy w szoku i boli nas to kiedy media donoszą sensacyjne wiadomości o tym jak jakieś dziecko wbiegło na jezdnię prosto pod samochód albo wpadło do wody na przystani. Zawsze mówią, że to był dosłownie moment. Stało się pod chwilową nieuwagę rodzica.

Paskudne jest też to, że do tej strasznej tragedii rodziców dokłada się pełną mowy nienawiści opinię publiczną.

Oburzają się jaka to była durna i nieodpowiedziana matka czy ojciec, bo podobno spojrzała w telefon, poprawiała sobie torebkę czy malowała usta. Te opinie wygłaszają „wszechwiedzące” osoby, które nawet nie były na miejscu zdarzenia, nie rozmawiały ze świadkami, nie znały tych rodziców. Nic nie wię ale siem wypowię.

Plują jadem i stwierdzają, że tacy co nie potrafią uważać na swe pociechy to patologia. W ogóle nie powinni mieć dzieci albo opieka społeczna powinna im je zabrać. Zasłużyli na najwyższą karę, bo za nieodpowiedzialność trzeba ponieść konsekwencje i już.

Opierają się na tym co podały media, którym bardziej niż na pomocy psychicznej tym rodzicom zależy na zwiększeniu oglądalności. Bazują wręcz na tragedii i niekoniecznie pokazują całą prawdę jak do tego doszło. Dlatego celowo uwydatniają nierozwagę rodziców (choć zgodnie z prawdą wcale nie musiała być główną przyczyną wypadku) aby tym bardziej podburzać masy i siać ferment.

Co ciekawe te same osoby gdy zobaczą na ulicy matkę co zbyt mocno trzyma swoje dziecko za rękę i po pozorach stwierdzą, że na nic mu nie pozwala uznają za zbyt nadopiekuńczą. Jednocześnie poproszone o pomoc powiedziałyby… „Każdy sam powinien pilnować swojego dziecka! “

Pomyśl ile takich tragedii można byłoby uniknąć gdyby taka matka poprosiła o popatrzenie na dziecko lub potrzymanie go, gdyby miała komfortowe warunki do proszenia i nie byłaby odbierana jako ta co sobie nie radzi.

Ile takich tragedii można było uniknąć gdyby taką pomoc otrzymała od obcych przechodniów.

Bohaterami i wzorem godnej postawy takich zdarzeń stają są ci przypadkowi przechodnie, którzy ratują to dziecko ale dopiero gdy już do wypadku dochodzi. Natomiast osoby które pomogły matce kierując uwagę na jej dziecko, dzięki czemu… nic złego się nie dzieje są niezauważalni. Warto docenić wreszcie nie tylko tych, którzy z wypadków ratują ale tych co sprawiają, że… wcale do nich nie dochodzi.

Bardzo serdecznie dziękuję tym wszystkim przypadkowym przechodniom w Hiszpanii i pewnej niewielkiej ilości osób w Polsce, którzy zwrócili uwagę na mojego syna, kiedy sama nie byłam w stanie. Cieszę się, że tu gdzie mieszkam codziennie takich spotykam.

Pamiętajmy, że pomoc ta jest potrzebna tylko na KILKA SEKUND.

Chwilowa uwaga na cudzym dziecku czy złapanie go za rękę nie jest uciążliwe i nie wyrwie dużo czasu z życiorysu.

Te kilka sekund może przyczynić się do tego, że nasze życie i życie naszego dziecka będzie dalej toczyć się normalnym, spokojnym i bezpiecznym torem. Przecież tego właśnie chcemy – bezpieczeństwa nie tylko naszych ale wszystkich dzieci na całym świecie.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, bezrobotna, blogerka, grafik, szukająca pracy... jakiejkolwiek, choć fajnie gdyby to była praca marzeń na czas nieokreślony, konsultantka Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka - Bezrobotna artystka szuka pracy".

Może Cię zainteresować...