Cztery życiowe lekcje jakie dała mi pandemia COVID-19
Samo życie, Za granicą

Cztery życiowe lekcje jakie dała mi pandemia COVID-19


Pandemia wirusa SARS-COV2 z chińskiego miasta Wuhan wywróciła świat do góry nogami i odmieniła większość aspektów naszego życia. Mija już rok od jej wybuchu i możemy być pewni, że jeszcze długo nie będzie normalnie. Nowa normalność? Co to właściwie znaczy? To raczej… nienormalność! Konieczność ochrony przed śmiertelnym wirusem pozbawiła nas wolności, kontaktów społecznych, podróży, rozrywki, pracy, środków do życia. Straty zależą od liczb i restrykcji danego kraju. Pandemia zawaliła wiele naszych planów i wprowadziła mętlik w głowach. Wciąż żyjemy w niepewności co dalej.

Od początku zeszłego roku miałam w planach robienie na blogu podsumowań miesięcznych mobilizujących do regularnego pisania. Nawet opłacało się podsumowywać. Byłaby to istna kronika tego co dzieje się w Hiszpani – kraju, który od początku notuje bardzo wysokie statystyki pozytywnych testów PCR i zgonów na COVID-19 oraz wyraźną drugą i trzecią falę. Tymczasem to natłok tych wydarzeń sprawił, że zapiski zaniedbałam a potem porzuciłam zmierzając nawet w stronę zamknięcia bloga.

Na długo zapamiętamy ten lockdown, kiedy to zamknięto nas na dwa miesiące w domach, potem stopniowo wszystko otwierając dając namiastkę normalnego życia lecz na restrykcjach. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyliśmy. Ja myślałam, że epidemie i wielkie kryzysy to coś co było w przeszłości. Za długo żyliśmy w spokoju i dobrobycie ciesząc się wolnością. Nie spodziewaliśmy się, że to wszystko może się zachwiać, że niezależne od nas układy polityczne, wojny, ataki bronią biologiczną, przepełnione szpitale, utrata swobód obywatelskich raczej nas nie dotyczą. Nic bardziej mylnego. Dotyczą! A w przyszłości jeszcze wiele może się zdarzyć.

Długo byłam na tym blogu nieobecna. Dlatego zapytam: Jak w tym czasie ułożyło się Wasze życie? Jak sobie z tym wszystkim poradziliście? Jak tam Wasze zdrowie przede wszystkim? Mam nadzieję, że jesteście zdrowi, gdyż to jest teraz najważniejsze. A jeśli ktoś z Was już na to chorował to czy w miarę szybko doszedł do siebie i obyło się bez większych powikłań? U mnie i mojej rodziny jest wszystko w porządku. Zdrowie dopisuje, nawet lepiej niż przed pandemią. Choć bywało z tym różnie.

„Obyś żył w ciekawych czasach.“ – czegoś takiego nam się życzy i to życzenie się niefortunnie spełniło. Ale to właśnie czasy ciekawe i trudne tworzą silnych ludzi udzielając im największych lekcji życiowych. Przeważnie pokory. Dają poczucie, że jesteś nic nieznaczącym żuczkiem w świecie kierowanym przez rozgrywki wielkich elit toczących między sobą wojny hybrydowe o olbrzymie zyski, gdzie silniejszy, mający za nic prawa i godność człowieka podstępnie wchłania słabszego. Z drugiej strony pomagają odkryć nowe możliwości, przewartościować myślenie, wpłynąć na dokonywane przez nas wybory i wiele spraw nam uświadamiając.

Gdybym ja miała podsumować czego nauczyły mnie ten cały koronakryzys to wyróżniłabym cztery lekcje. Jedne mniej znaczące, z pozoru banalne a drugie bardziej gorzkie. Odpowiedzcie też jakie lekcje dała Wam pandemia COVID-19?

Lekcja nr 1. Nie zwlekaj z korzystaniem z rzeczy ułatwiających Ci życie

Przeważnie żałujesz, że wcześniej z nich nie skorzystałaś. Dopiero jakieś trudne czasy skłaniają cię do tego. Nagle odkrywasz jakie to coś jest wspaniałe i jak wiele straciłaś bez tego.

Ja żałuję z nieskorzystania jeszcze w czasach normalności. Pandemia a raczej nałożone restrykcje sprawiły, że po prostu musiałam po to sięgnąć, bo teraz nie jestem w stanie bez tego normalnie funkcjonować. Do czego zatem zmierzam?

To wszystko przez te cholerne maseczki!!!

Stały się obowiązkowe w przestrzeni publicznej w każdym zakątku naszego globu. O ich skuteczności w ochronie przed wirusem SARS-COV-2 toczyły się debaty. Nawet minister zdrowia i lekarze nie mogli się co do tego zdecydować. Raz mówili jedno, raz drugie. Możliwe, że maseczki nie filtrują idealnie mikroskopijnych patogenów. Wiele też zależy od rodzaju maseczki. W Hiszpanii np. pozwalają wejść do przychodni i szpitala wyłącznie w maseczkach chirurgicznych i FFP2. Rozdają je na wejściu każdemu, kto nie wiedząc o tym przychodzi w szmacianej. W wielu krajach są plany o wprowadzeniu obowiązku noszenia wyłącznie FFP2 i niektóre kraje już tego nakazały.

Nie mamy wątpliwości, że maseczki dużo tej ochrony dają. Są przede wszystkim fizyczną barierą aby wydychany przez nas aerozol pełen wirusów nie przeniósł się na dalsze odległości i nie został pochłonięty przez innych we wspólnej przestrzeni wymiany oddeechów. Dla przykładu wystarczy spojrzeć na palacza czy parę wylatującą z ust kiedy jest zimno. Wizualizacja ludzkiego wydechu i jak daleko unosi się on w powietrzu.

Stosunek do maseczek miałam różny. Na pewno zakładam maskę w sklepie, w przychodni, w autobusie, w kontakcie z ludźmi a nawet w kawiarni gdy akurat nie piję kawy. W każdej zamkniętej przestrzeni. Na klatce schodowej czy w publicznej toalecie, gdzie za chwile może ktoś wejść. To dla komfortu innych ludzi.

Jednak na zewnątrz założę ją wyłącznie na mocno i średnio zatłoczonej ulicy, na podwórku przedszkola syna oraz podczas rozmowy z kimś.  Do noszenia jej kiedy nikogo nie ma w pobliżu lub dystans jest bardzo duży mam luźniejsze podejście. Wtedy wolę spuścić maskę na brodę czy zawiesić na uchu i złapać oddech. Lockdown i ograniczenie transportu podobno oczyściło powietrze więc chciałabym nim oddychać.

Nie zakładam maski gdy jestem sama w parku, w szczerym polu, w górach, w lesie, na pustej plaży, po prostu na terenie odludnym. Bo jakie tam jest niebezpieczeństwo? Jednak mam w Hiszpanii znajomych, którzy są bardzo zapobiegliwi i posłusznie… założą maskę nawet w wyżej wymienionych miejscach gdy obok ani żywej duszy. Nakaz to nakaz a inny człowiek może z nienacka pojawić się wszędzie, lub mógł być w tym samym miejscu przed chwilą tylko ty go nie zauważyłaś. Tak argumentują swoje zdanie. Dziwi mnie ono choć z pewnością jest to jakoś rozsądne. Nie ma podstaw żeby aż tak się chronić ale nie kwestionuję ich wyboru.

Z drugiej strony w barach siedzą tłumy ludzi. Prawie wszyscy zdejmują maski do jedzenia. Ale gdy przestają jeść to nie zakładają ich na nowo i normalnie ze sobą gadają. Nie tylko przy stolikach na dworze ale także w środku. Tam aerozol się unosi.

Niestety maseczki stały się utrapieniem dla okularników, czyli… połowy populacji.

Widzę jak większość z nich tak się nosi. Może niektórym, aż tak bardzo to nie przeszkadza. Przecież chirurdzy od dawien dawna operują w maseczkach i okularach. Może po prostu to jakoś wytrzymują.  Ale ja niestety nie mogę.

My okularnicy zostaliśmy siłą zmuszeni do dyskomfortu! Skazani na tortury! Pozwolę sobie zaprotestować.

Nie chodzi tylko o to, że okulary parują, bo mi tak bardzo nie parowały gdy miałam odpowiednią maskę. Można posmarować szkła mydłem lub psiknąć specjalnym sprayem. Ale cholernie przeszkadza gdy one przesuwają się i spadają, bo przecież opierają się na twoim uchu jednocześnie z gumką maski. Zbyt wiele przedmiotów na twarzy utrudnia normalne funkcjonowanie.

Pitolenie się z tym wszystkim bardzo mnie wkurzało. Jestem krótkowidzem. Połowę dnia spędzam z dzieckiem na ulicy, muszę biegać, schylać się, kucać, tarmosić z klamotami, które przy sobie noszę, dzielić uwagę powiędzy dzieckiem a otoczeniem. Co dopiero gdy pada deszcz czy wieje wiatr. Raz jestem w miejscu pełnym ludzi a raz w pustym, więc maskę ściągam i wkładam na przemian. Okulary po prostu mi lecą i wiele razy o mało ich nie potłukłam.

Gdy odprowadzam syna do przedszkola widzę tarmoszących się rodziców i kucającą przedszkolankę odbierającą dzieci w drzwiach – okularnica zamaskowana i zaparowana, która musi jeszcze tak pracować z gromadką żywiołowych maluchów. Czytałam na forach skargi ludzi pracujących fizycznie, którzy ledwo dają sobie z tym radę a praca ich zmusza do bycia w masce i okularach 8 godzin bez przerwy.

Właściwie noszenie okularów w czasie pandemii ma sens, ponieważ wirus przenika do organizmu przez oczy. Są one dodatkową barierą ochronną z czym się jak najbardziej zgadzam. W niektórych zawodach a przede wszystkim w obecniej służbie zdrowia jest to konieczne i nawet są do tego specjalne okulary. Zalecana jest także przyłbica jako alternatywa. Ale restrykcje nie pozwalają na noszenie wyłącznie jej. To usta i nos muszą być zasłonięte.

Z drugiej strony zaparowane okulary mogą stanowić niebezpieczeństwo. Szczególnie, w krajach gdzie każą prowadzić samochód w maseczce, nawet jak jedziesz sama. Albo, gdy ze względu na pracę musisz jeździć z kimś, kto z tobą nie mieszka.

Przy moim trybie życia nosić maseczkę z okularami po prostu się nie da. Ta niekomfortowa sytuacja sprawiła, że wręcz desperadzko pobiegłam do optyka i sięgnęłam po rozwiązanie, które wreszcie uwolniło mnie od okularów i tych tortur – soczewki kontaktowe.

Powinnam była się nimi zainteresować już dawno temu przed pandemią. Zwlekałam z powodu obaw i stereotypów, że mogą mi zaszkodzić choć oficjalnie są certyfikowane i bezpieczne. Ich zakup jest poprzedzony obowiązkowym badaniem okulistycznym. Zresztą, to jest coś nowego, nieznanego i ku temu trzeba wyjść z tej przysłowiowej strefu komfortu. Ale skoro w tej strefie robi się dyskomfort to znaczy, że czas na zmiany.

Hydrożelowe soczewki okazały się bardzo wygodne, funkcjonalne. Sprawiły, że mój własny wzrok stał się sokoli. Zapewniają szerszy punkt widzenia niż okulary. Wybrałam takie do codziennego noszenia, wymienialne co miesiąc. Doskonale sprawdzają się na długich spacerach z dzieckiem, podczas zakupów w supermarkecie a także na wycieczkach na łonie natury. Teraz widzę jak wiele straciłam gdy ich nie miałam.

To właśnie dzięki soczewkom mogę w tej pandemii funkcjonować w miarę normalnie i dostosowywać się do maseczkowych obostrzeń.

Jestem świadoma, że pewnie nie ochronią oczu przed wirusem. Mówiono, że są nawet bardzo ryzykowne, gdyż musisz przez nie dotykać gałek ocznych. Jednak ja dotykam wyłacznie w domu podczas zakładania i zdejmowania. Wystarczy dokładnie umyć ręce oraz wymieniać płyn do przechowywania soczewek przy każdym użyciu. Gdy jestem poza domem nie muszę dotykać oczu wcale. Częściej dotykałam twarzy gdy miałam zestaw maska + okulary z konieczności ciągłego poprawiania.

Jedyne niepokoi mnie, że mimo tak dobrej i bezpiecznej alternatywy większość ludzi wybiera … okulary. Dla mnie soczewki to był spory wydatek, który musisz opłacić z góry za półroczny zestaw. Ale było warto. Tylko dziwne jest to, że jakoś mało korzystają z nich ci, których spokojnie na nie stać. Może w tym wszystkim jest jakiś haczyk i zachwyt soczewkami pryśnie lada moment. Ktoś mi powiedział, że kiedyś nosił soczewki ale się na nie uczulił lub nawyk wkładania, zdejmowania i mycia był bardziej niewygodny niż natychmiastowe założenie okularów. Niektórym na soczewki po prostu nie pozwala wiek czy przeciwskazania zdrowotne.

Noszę soczewki od 8 miesięcy. Jestem bardzo zadowolona. Nie wypadają, nie przeszkadzają. Nawyk wkładania i zdejmowania opanowany.  Nic niepokojącego się nie dzieje. No dobra, raz mi soczewka się rozerwała na pół z powodu minusowej temperatury na dworze ale mojemu oku to nie zaszkodziło. W ramach reklamacji dostałam dodatkową parę gratis. Oczy mnie nie bolą, nie szczypią, zapalenia spojówek nie dostaję. Jeśli w przyszłości miałyby soczewki odrzucić, to życzyłabym sobie aby to nastąpiło gdy wreszcie będziemy mogli zdjąć te cholerne kagańce.

Polecam soczewki każdemu kto nie ma przeciwskazań. Szczególnie w dobie pandemii.

Lekcja nr 2. Czasem musisz obniżyć swoje oczekiwania wobec siebie, odpuścić swoje cele gdy zdarzy się coś, na co nie masz wpływu.
Nie obwiniaj się za to.

Covidowe ograniczenia sprawiły, że musieliśmy przystopować. Zamknięto wiele biznesów. Ci, którzy jeszcze mogą pracują z domu. Zamknięto szkoły i przedszkola.

Ja przed lockdownem miałam plany rozwoju bloga i własnego biznesu. Przygotowywałam własne produkty do wydania. Miałam opracowany plan działania na cały rok oraz terminy realizacji poszczególnych celów.

Tymczasem wszystko stanęło, bo… zamknieto przedszkole mojego wówczas 3,5 letniego syna… a potem przyszły wakacje.

Przez większość roku musiałam być 90% mamą 24/7. Najpierw w domu, gdyż dzieci nie mogły wychodzić na dwór nawet na spacer. Do tej pory nie wierzę, jak to przetrwały. Zorientowano się, że nie było to dobre dla ich rozwoju. Wreszcie je wypuszczono. Początkowo dozwolone było godzinne wyjście z dzieckiem w obrębie 1 km od domu. Potem już bez ograniczeń w obrębie miasta. Właśnie dlatego syn miał ogromną potrzebę nadrobienia tych 2 miesięcy w zamknięciu. Zaczął ciągnąć mnie na spacer… dosłownie na drugi koniec miasta. Codziennie. 7 dni w tygodniu robilismy pieszo po 10 – 15 km. Nie koloryzuję. Naprawdę tak było i to trwa do dziś. Inni się dziwili jak 3 – 4 latek daje radę i na dodatek po powrocie nie jest w ogóle zmęczony.

Nie przeszkadzały mu nawet 40-stopniowe upały. Nasze spacery wypadały przeważnie w czasie sjesty gdy jest najgoręcej gdy większość ludzi chowa się w domach. Nam wystarczyło nakrycie głowy i butelka wody. Przynajmniej ulice o tej porze są puste więc jest bezpieczniej i maskę można spuscić. Dzieci do 6 roku życia maseczki na szczęście nie obowiązują. Mój syn jej za nic nie założy. Nie zmuszam.

Przebywanie z dzieckiem na ulicy zajmowało niekiedy połowę dnia. To właśnie dlatego mój ledwo co rodzący się biznes stanął w miejscu na wiele miesięcy z prostej przyczyny… po prostu nie miałam kiedy nad nim pracować.

Oprócz czasu z dzieckiem musisz w tych 24 godzinach zmieścić sen, jedzenie, ogarnięcie domu, dbanie o siebie, sport, bieganie. Było to kompletnie nie do pogodzenia z pracą i biznesem. Wszystkiego zrobić się nie da. Przeważnie jest coś za coś. Podstawowym warunkiem jaki musi być spełniony aby pogodzić pracę z macierzyństwem jest możliwość oddelegowania komuś opieki nad dzieckiem na czas pracy. Z powodu pandemii pozbawiono nas tego.

Owszem, możesz próbować pracować w domu z dzieckiem u boku. Ale dziecko potrzebuje Twojej uwagi. Pragniesz dać czas wyłącznie dla niego. Nie jest dobrze gdy widzi cię non stop z nosem w komputerze. Z drugiej strony jest to dla dziecka lekcja by poczekało gdyż rodzic musi skończyć pracę aby zarobic pieniażki. Ale tego są świadome dopiero trochę starsze dzieci.

Taka praca jest szarpana, kompletnie nieefektywna. Aby wykonać ją dobrze i szybko potrzebujesz pełnego skupienia najlepiej w samotności. Próbowałam tak pracować, bo nie miałam innego wyboru. Aby cokolwiek zrobić zmuszona jesteś włączyć dziecku telewizor lub dać smartfona. Wiadomo przecież, że nadmiar elektroniki nie jest dla niego dobry. Badania psychologów nad dziećmi w dobie pandemii wyraźnie potwierdziły jej przesyt powyżej normy. Zamiast elektroniki dziecko może bawić się samo swoimi zabawkami i to jest najlepsze. Fajnie jeśli samo z tego korzysta. Jednak wiekszość dzieci woli gdy bawi się z nimi rodzic.

Ale ogólnie mój brak zasobów czasowych na pracę wynikał głównie z tego, że po zniesieniu pełnego lockdownu przez wiele godzin nie było mnie w domu aby móc siedzieć przy komputerze. Włóczyłam się z synem po mieście, by miał więcej świeżego powietrza niż elektroniki. Sam mnie o to prosił.

Najlepszym rozwiązaniem było to aby także tata wychodził z dzieckiem na spacery. Tak na przemian, aby jedno z nas wychodziło a drugie samo w domu na spokojnie pracowało. Tata był chętny do wyjścia ale syn kategorycznie protestował. Chciał wychodzić wyłącznie z mamą. Gdy tata próbował go wyprowadzić na spacer to stawiał opór. A przecież nie będziemy trzymać dziecka w domu gdy na dworze ładna pogoda. Tak więc obowiązek spaceru spadał siłą rzeczy wyłacznie na mnie. Wyobraź sobie, że przez pół roku nie miałam ANI RAZU wolnej chaty tylko dla siebie. Po raz kolejny nie naciągam. Naprawdę tak było.

Łatwiej było zostawić syna w domu z tatą i wyjść gdzieś samej, co robiłam. Albo udać się na kilka dni do hostelu. Gdy pozwolono na przemieszczanie się w obrębie prowincji to zaczęłam odbywać lokalne podróże. Nie tylko po to aby odpocząć i pozwiedzać ale przede wszystkim by popracować. Jednak zawsze poza domem. Nigdy w domu.

Jeśli jakaś internetowa pani-guru będzie mnie przekonywać, że tzw „domowy kobiecy biznes w kapciach” jest fajny, gdyż możesz go wykonywać z dzieckiem u boku to zrobiłabym to samo co Kazik w końcówce piosenki „12 groszy”, kiedy to po raz enty ktoś go spyta jak powstają jego teksty.

Aby wykonać pracę w domu musisz tak samo zaprowadzić dziecko do przedszkola jakbyś pracowała poza domem w biurze. Praktycznie nie ma żadnej różnicy. Dlatego aby spełniać się we wszystkich ważnych dla mnie rolach niezbędne jest otwarte przedszkole. Od działającego przedszkola zależy organizacja mojego życia. Powiem szczerze, że tak samo jak…

  • osoba wierząca pragnie, by mimo pandemii kościół był otwarty
  • ktoś kto trenuje swe ciało pragnie otwarcia siłowni
  • właściciel restauracji pragnie, by nie zamykano jego branży
  • osoba co bierze ślub i marzy by był idealny pragnie, aby nie ograniczano wesel
  • wdowa/wdowiec pragnie, by nie zamykano cmentarzy na Wszystkich Świętych
  • obywatel, który nie zgadza się z decyzjami rządu i chce zaprotestować na ulicy pragnie, by policja mu na to pozwoliła.
  • Nawet jeśli są dowody, że w takich miejscach czy takich skupiskach panoszy się wirus…
  • …tak samo pragnę, aby przedszkole było otwarte i nie przeproszę za to pragnienie.

Nauka zdalna jest możliwa nie tylko dla uczniów ale także dla przedszkolaków. U nas pani dawała pewne zabawy czy zadania do wykonania w domu. Ale wtedy to rodzice muszą zastępować nauczycieli lub przedszkolanki. Muszą być cały czas przy dziecku więc czasu na pracę zabraknie. Nie mają kiedy na siebie i na swoje dzieci zarobić. Wiadomo, że przy dziecku i jego domowym nauczaniu zostaje raczej rodzic o mniej stabilnej i luźniejszej sytuacji zawodowej niż ten co ma pełny etat i stałą pensję. Staje się zależny od partnera lub od państwa. Zresztą praktyka pokazała, że na pomoc państwa nie ma co liczyć.

Minimalny dochód podstawowy w Hiszpanii, który miał być elementem tarczy antykryzysowej i co do którego robiono nadzieje okazał się fiaskiem. Dziwnym trafem praktycznie każdy kto składał o niego wniosek, nawet ten najbardziej potrzebujący się do niego nie zakwalifikował i nie otrzymał ani centa. To była pusta obietnica rządu, na którą zabrakło kasy.

Dla nauczycieli też to nie było to łatwe. Obciążono ich tak samo jak rodziców. Moja przyjaciółka – nauczycielka w podstawówce powiedziała mi, że gdy jeszcze było normalnie to nigdy nie była tak zawalona robotą jak teraz, kiedy wszystko odbywa się zdalnie. To była nowa sytuacja, którą trzeba było zaakceptować i się do niej przystosować. Wiadomo, że po raz pierwszy jest wielkie zamieszanie.

Na szczęście we wrześniu otwarto wreszcie szkoły i przedszkola, oczywiście w reżimie sanitarnym. Mieliśmy obawy o to czy będzie bezpiecznie. Ale przyjęliśmy ten fakt z ulgą, że nasze życie jako tako wróci do normy.

Wreszcie mogłam na kilka godzin przykleić się do komputera i w spokoju nadrobić zaległości. Część z nich się jako tako udało ale niestety wiele z nich były już nie do odbrobienia. Blog się zawiesił. Start biznesu opóźnił. Produkt wydałam ale z ogromnym opóźnieniem, przez co nie sprzedaje się tak jakby mógł się sprzedawać gdybym wydała go w terminie. Pozostaje mi już teraz pracować nad kolejnym wydaniem na nastepny rok.

To, że pewne zaległości nadrobiłam zawdzięczam wyłącznie otwarciu przedszkola oraz temu, że później mój syn wreszcie przekonał się do spacerów z tatą. Po raz pierwszy po tak długim czasie mieć całą chatę tylko dla siebie i móc działać nad swoimi celami w ciszy i spokoju. Bezcenne!

To wszystko było ogromną lekcją pokory. Pokazało, że nawet jak masz wielkie plany, spisane na papierze, ralizujesz je konsekwentnie krok po kroku, nie brak ci ani wytrwałosci ani motywacji, to musisz liczyć się z tym, że zawsze może wydarzyć się coś na co nie masz wpływu. Coś co realizację tych celów ci dosłownie przekreśli.

Nie ma innego wyjścia jak pogodzić się z tym, przyjąć tę sytuację, zaakceptować się w roli jaką ci ona narzuci i utratą roli jakiej cię pozbawiła. Może z wielkim trudem ale na pewno nie można się winić za utratę kontroli nad naszymi planami, bo wina leży wyłącznie po stronie Komunistycznej Partii Chin i elit, których celem było sparalizowanie służby zdrowia, rozwalenie klasy średniej i przejęcie gospodarek.

Przestać się bać odkładania czegoś na później, bo to nie jest żadna prokrastynacja, żadna wymówka. Nie porównywać się także do innych, którzy jak ci się wydaje mimo pandemii jakoś realizują cele, które u ciebie są zablokowane. Jeśli to im się udaje to pewnie mają jakiś ułatwiający to czynnik, którego nie masz ty i na pewno okupione jest to wielkimi wyrzeczeniami.

Przykładem o wiele bardziej drastycznym była II wojna światowa. Wielki dramat. Młodzi ludzie, co dopiero wchodzili w życie. Mieli plany, o wymarzonej edukacji, pracy, miłości. Wszystkie legły w gruzach niczym ówczesna Warszawa. Z pokorą zrezygnowali ze swych oczekiwań. Owszem, czuli z tego powodu wielki żal i smutek ale na pewno nie dręczące poczucie winy, gdyż teraz priorytetem stała się walka za ojczyznę dla przyszłych pokoleń.

Tak samo teraz dla przyszłych pokoleń wtłoczono nas wyłącznie w rolę rodziców, gdy sami musimy wychowywać nasze dzieci, organizować im czas kiedy nawet jak szkoły i przedszkola działają to dodatkowe zajęcia sportowe czy edukacyjne się nie odbywają. Pandemia mocno dotknęła dzieci a my musimy pomóc im aby przetrwały w dobrej kondycji psychicznej, aby nie wtłoczono im szkodliwej papki do głów i mogły mimo wszystko się niemalnie rozwijać.

A co jeśli mając dziecko nie możesz swoich planów co do pracy czy biznesu tak całkowicie odpuścić, gdyż zapewniają Ci pieniądze? Myślę, że sposobem na to jest trzecia lekcja jaką dała mi pandemia i z pewnością skuteczniej stosują ją ci, którzy dają radę.

Lekcja nr 3. Redukuj nadmiar bodźców. Ogranicz ilość celów i zadań do wyłącznie tych pilnych i ważnych.

Gdy zamknięto nas w domach media nasyciły się infantylnymi poradami czym się najlepiej zająć. Może czymś kreatywnym i rozwijającym – nauka gry na gitarze, języka obcego, programowania, gotowania, jakiś nowy kursik online, czytanie książek na potęgę. Albo propozycja rozrywki. Lista seriali jakie warto obejrzeć. Akurat!

Dla mnie był to okres w życiu, w którym zrobiłam najmniej jednego i drugiego. Także z powodu zamkniętego przedszkola czyli konieczności skupienia się na dziecku i jakiś ułamkach szarpanej pracy.

Jakieś kursy online próbowałam zrobić, przeważnie siadając do nich dopiero po północy. Z czytaniem książek mi się akurat udało. Ale musiały to być te w miare lekkie do czytania i wyłącznie PO POLSKU, gdyż czytałam przeważnie na spacerze z synem, tylko wtedy mogłam.

Za to nie obejrzałam wówczas ŻADNEGO SERIALU. Serio! Nawet zamknięta w domu. Bedąc mamą na 90% nie miałam już zasobów czasowych na taką rozrywkę. Gdy tylko znalazłam chwilke dla siebie to musiałam wybierać co w danym momencie robić: kurs online, zlecenie, biznes, blog, bieganie, gotowanie, sprzątanie, post lub komentarz w social mediach, książka czy serial. Zawsze padało na zadanie, z które jest pilne i z którego będę miała coś konkretnego. Resztę musiałam odrzucić.

Na szczęście nie miałam takiego parcia na seriale i bez problemu mogłam z nich zrezygnować. Uważam je za stratę czasu i życie cudzym życiem. Lepszą rozrywką i tzw. “zrobieniem czegoś dla siebie” było dla mnie po prostu… pójście wcześniej spać. A gdy już było dozwolone – wyjść pobiegać parę kilometrów. Pandemia dała mi lekcję aby w pierwszej kolejności skupiać się na rzeczach ważnych a wszystko co jest zbędne po prostu redukować. Tylko w ten sposób mogę zrealizować przynajmniej część moich celów i to mi dokładnie pomogło.

Pandemia nauczyła mnie aby dokonywać wyborów co w danej chwili robić bardziej rozsądniej i pragmatyczniej.

Dobrze przemyśleć, czy to czym się teraz zajmę wniesie coś do mojego życia. Czy zlecenie, które początkowo wydaje się nudne, żmudne, trudne, lecz gwarantuje pewny zarobek za który mogę kupić jedzenie, soczewki czy opłacić sobie hostel w innej miejscowości aby tam mieć czas dla siebie? Czy komfortowe, pasjonujące, rozwijające i kreatywne dłubanie w mediach społecznościowych, w blogu, w “czymś swoim” robionym wyłącznie dla siebie, we własnym produkcie do którego nie masz żadnej pewności czy się sprzeda, co nie da ci ani grosza a jedynie pozorne poczucie satysfakcji? Coś o czym tylko marzysz, że w przyszłości zmontetyzujesz… ale na pewno nie teraz?

Gdy masz mało zasobów czasowych to odpowiedź jest oczywista co bardziej popchnie Twoje życie naprzód a co będzie tylko stratą energii. Z powodu pandemii stanęłam z moim blogiem gdyż zaliczał się do drugiej kategorii. Moi bliscy klepali się w czoło pytając na co ci jakiś blog i czy nie lepiej jest robić wyłacznie zadania skupione wokół tej pierwszej. Ignorowałam ich i robiłam swoje. Myślałam, że podcinają mi skrzydła. Pandemia uświadomiła, że jednak… mieli rację. Być może gdybym ich posłuchałam to byłabym w innym miejscu.

Za tą lekcją idzie przede wszystkim świadome rezygnowanie ze zbędnych bodźców. Teraz Internet non stop bombarduje nas „możliwościami”. Jest ich zdecydowanie za dużo, przez co bierzemy się za wszystko naraz nie będąc w stanie niczego doprowadzić do końca. Nieustannie docierają do nas powiadomienia z komunikatorów, niekiedy o sprawach nieistotnych a my czujemy, że musimy natychmiast zareagować.

Pandemia pokazała, że gdy jesteśmy w trudnych warunkach i mamy mało czasu to o wiele efektywniej jest brać na siebie mniej niż więcej.

Z powodu pandemii ograniczyłam moją aktywność w społecznościówkach. Wypisałam się z grup na Facebooku, do których i tak prawie nie zaglądałam. Nie przyjmuję już zaproszeń do nowych. Opuściłam też pewną internetową społeczność blogowo – emigracyjną, gdyż wymagana tam była regularna aktywność na rzecz tej społeczności.  Ledwo starczało mi czasu na mój własny blog i własne projekty.

Wycofałam się trochę z Facebooka. Bardzo rzadko na nim publikuję. Nie uczestniczę praktycznie w dyskusjach i bardzo mało komentuję. Media społecznościowe i scrollowanie smartphona to największy zjadacz czasu. No dobra, zostawiłam sobie jedynie Instagram, bo jakoś trudno się z nim rozstać. Ale i tak moja aktywność na nim jest mniejsza niż bym chciała gdybym miała na niego czas.

Skupiłam się wyłącznie na zleceniach, sprawach biznesowych i kursach, które dają konkretne umiejętności potrzebne w danym czasie. Do komputera zasiadałam wyłącznie z planem działania.

Doskonałym przykładem tej lekcji są jednak… celebryci blogowi, których biznes internetowy dobrze prosperuje. Pod tym względem brałabym z nich przykład. Z pozoru widzisz ich bardzo aktywnych w Internecie. W końcu regularnie publikują na swoich profilach. Ale odpowiedz sobie czy znajdujesz ich na grupach na Facebooku, w dyskusjach z innymi, wypisujących masę komentarzy o dupie Maryni? Otóż nie! Oni nie mają na to czasu, bo są zajęci działaniami biznesowymi, które dadzą im twarde korzyści. Oni mają swoje priorytety. Na grupach dysusyjnych siedzą głównie marzyciele, którzy kupują każdą podsuwaną im pasjonującą możliwość w internecie pod pretekstem inwestycji w siebie. Potem te możliwości  prowadzą do kręcenia się w kółko, trwonienia czasu i energii oraz uzależnienia od smartphona. Cóż, mówiąc z grubej rury – są oni tą “grupą docelową” internetowych guru.

Wreszcie ostatnia lekcja, akurat na czasy, w których jesteśmy bombardowani misz-maszem papki medialnej, pełnej sprzecznych informacji, gdzie trudno rozróżnić co jest fejkiem a co prawdą. Prawda zawsze istnieje tylko nie od razu da się do niej dojsć i celowo nie jest nam od razu ujawniana.

Lekcja nr 4. Pozwól sobie na skrajną zmianę poglądów, kiedy odkryjesz, że fakty i rzeczywistość mówią same za siebie

Mój stosunek do pandemii ulegał zmianie. Nie powiem, że docierające do mnie informacje nie miały na to wpływu. Ich moc jest tak potężna, że mają wpływ na każdego w różnym stopniu czy chcemy czy nie. Przyglądamy się im głównie po to aby wiedzieć co się aktualnie dzieje. Ja zawsze starałam się poddawać je analizie. Jednak skoro jako mama nie mam czasu na pracę i na seriale to też nie starczy go na dogłębną weryfikację newsów. Naturalne jest, że ogląda się je powierzchownie.

Zatem musiałam świadomie łapać się na tym, że gdy na jakiś news reaguję zbyt emocjonalnie to znak, że czas powiedzieć  STOP.

Ograniczenie kontaktów i zamknięcie w domu miało negatywny wpływ, że ludzie bardziej się przykleili do ekranów ogłupiaczy. Gdy jesteśmy poza domem, załatwiamy ważne sprawy, spacerujemy z dzieckiem, pracujemy to nie mamy czasu na to wszystko. Gdy dzieci są w szkole, to nie siedzą w necie. W domu są o wiele bardziej narażone na pranie mózgu jakimiś TikTokami, o ile rodzice tego nie dopilnują. Czyż nie o to propagandystom chodzi?

Najpierw uzanałam pandemię za fakt i zagrożenie. Podchodziłam do niej bardzo poważnie. Dezynfekowalam wszystko wokół. Gdy wychodziłam na dwór staralam się nic nie dotykać. Ponieważ wirus jest cięzki i opada na ziemię to zostawiałam buty na balkonie aby potencjalnie z nich wyparował. Pozytywna rzecz, że mój mąż z równie poważnym podejściem wreszcie wybił sobie głęboko zakorzeniony zwyczaj wchodzenia z buciorami do domu. Teraz zawsze buty zdejmuje na progu. Podoba mi się ta lekcja, jaką on dostał.

Potem zaczęłam dochodzić do wniosku, że to wszystko może być ściemą. Czy czasem z tą dezynfekcją nie przesadzamy? Liczby straszą nas z mediów, ale czy czasem na inne choroby nie umiera więcej osób tylko tego się tak nie nagłaśnia? Restrykcje wydają się niewspółmierne z ilością przypadków. Przede wszystkim nie widzimy naocznie epidemii wokół nas. Gdyby była taka straszna i śmiercionośna, to widzielibyśmy co chwila karetki wywożące trupy z sąsiednich domów. Zachorowałaby większość naszych bliskich a w końcu my sami.

Chcesz zakończyć pandemię? Wyłącz telewizor i Internet.

Absurdem wydawało mi się pojecie „choroba bezobjawowa”. Choć to fakt, że część ludzi przechodzi różne choroby o wiele łagodniej, że można być nosicielem wirusa HIV i nie chorować, to nigdy wcześniej tego pojęcia nie słyszałam. To tak jakby wirus nie był groźny ale chcąc wmówić, że jest i  by móc wzystko zamknąć, przerabiając społeczeństwo to musieli się nam z tego jakoś „wytłumaczyć” dlaczego choć jesteśmy zdrowi to jednak mamy pandemię. Taka samą narrację ma tłumaczenie, że chorują i umierają ci, co mają choroby współistniejące. Czyli nie zabił ich COVID lecz te właśnie choroby. Strasznie dużo dziwnej nowomowy wprowadziła do naszego języka ta pandemia.

W Hiszpanii na początku maseczki nie były obowiązkowe. Potem tylko gdy nie dało się zachować dystansu. Aż w końcu nawet przy dużym dystansie. To było dla mnie niezrozumiałe i podchodziło już pod dosłowną „tresurę ludzi”. Miałam też o wiele więcej niewygodnych pytań. W mediach głównego nurtu informowano o przeciążonej służbie zdrowia, kolejnych zgonach, przemęczonym, narażonym na zakarzenie personelu w kombinezonach ochronnych. Za to nieoficjalnie w sieci publikowano nagrania przypadkowych osób z pustych szpitali tak jakby nic tam się nie działo. Co jest zatem grane?

Czy nie czasem media nami manipulują. WHO co ustala zasady jak się chronić jest głównie finansowane przez Chiny, którym zależy aby reszta świata się zaraziła. Natomiast jego prezes ma na koncie niechlubną przeszłość ukrywania epidemii cholery w Etiopii. Kompletny brak spójności w tym wszystkim.

Twoje poglądy kształtują przede wszystkim osobiste doświadczenia.

Sceptycy donosili, że testy PSC są nieskuteczne i mogą się mylić. O tym mówił nawet nieżyjacy już wynalazca tego testu. Ta sytuacja osobiście mnie dotyczyła, kiedy osoba, pracująca w służbie zdrowia z którą ja i mój syn mieliśmy kontakt wykazała pozytywny wynik testu przy lekkich, podobnych do przeziębienia objawach. Skutkowało to tym, że my też musieliśmy się odizolować a następnie sami przejść test. Okropne doświadczenie, kiedy ten patyk przez nos  wchodzi ci w mózg. Nawet krążyły plotki o spisku, że pewnie celowo mają ci coś uszkodzić lub wprowadzić jakiś czip.

Mój synek przy tym płakał, że aż serce pękało. Ja wyłam z bólu o wiele bardziej. Nie wyolbrzymiam. Naprawdę tak było. Przez moje wiercenie nie udało się pobrać wymazu za pierwszym razem, więc moje męki się przedłużyły. Wyniki na szczęście wyszły negatywne. Tydzień później tamta osoba powtórzyła test i okazało się, że tamten jej wynik był błędny. Nie ma covida, może normalnie wrócić do pracy a my do kontaktów z nią.

To wydarzenie pokazało mi, że faktycznie, testy PCR nie są prezycyjne. Zatem to wszystko musi być jakaś ściema. Może to rzeczywiście jest tzw. PLANdemia. Powstawało coraz wiecej filmów na ten temat. Niektóre były cenzurowane przez YouTube i szybko z sieci znikały. Skoro jest cenzura to ktoś nie chce dopuscić do wypłynięcia prawdy na jaw. Wątpliwości zgłaszali też lekarze. Niektórych z nich próbowano zagłuszyć a nawet pozbawiali prawa do wykonywania zawodu.

Jednak potem znowu mój pogląd zaczął skręcać w przeciwną stronę. Zaczęłam się zastanawiać, że może wirus rzeczywiście jest groźny. Przekonujące były relacje pielęgniarek i lekarzy, którzy mieli kontakt z chorymi, byli świadkami jak cierpieli, jak umierali. Nie mieli wątpliwości, że COVID-19 istniej naprawdę. Sceptyczne opinie o pandemii zaczęły być kwestionowane już przez znajomych z mojego otoczenia twardymi argumentami. Komuś umarł na to członek rodziny. Na argument, że tylko starsi i ci z chorobami współistniejącymi są narażeni. Nie prawda. Komuś zachorował znajomy, co był silny, zdrowy, uprawiający sport. Wprawdzie wyzdrowiał ale wiele miesięcy po cierpi na liczne powikłania i nie może już prowadzić aktywnego, sportowego życia jak kiedyś. Zresztą wyniki autopsji przeprowadzonych przez hiszpańskich medyków wykazały, że wirus atakuje nie tylko płuca. Wnika do komórek śródbłonka naczyń krwionośnych i podstępnie niszczy kolejne narządy. Powikłania po tym są bardzo możliwe.

Początkowo oburzaliśmy się czemu media relacjonują tylko o zgonach a prawie pomijają ozdrowienia, których jest o wile wiecej. Przecież jest nadzieja, powód do optymizmu. Otóż nie. Co z tego, że ktoś wyzdrował, skoro choroba tak mu przeorało organizm, że nie wróci do dawnej formy fizycznej i umysłowej.

Tyle się mówiło, że te wszystkie liczby chorych i zgonów są naciągane, że podaje się covid w przyczynie zgonu. Tymczasem są też świadectwa znajomych co znają kogoś w służbie zdrowia stwierdzających, że wręcz przeciwnie – chorych jest znacznie więcej i wszystkich nie podają.

A co jeśli to jest wojna? Atak chińską bronią biologiczną. Gdy jest wojna to wiadomo, że musimy się chronić, odpuscić, zrezygnować z wielu wygód. Sama takiej lekcji doświadczyłam. Może to wszystko ma uzasadnienie? A co jeśli ci wszyscy, którzy kwestionują pandemię, organizują marsze antycovidowe i nagrywają filmiki w mediach to jakieś tzw. ruskie trole. Mają za zadanie uśpić naszą czujność, sprawić że poluzujemy restrykcje po to abyśmy się dalej pozarażali. Jeśli tak jest to opłaceni są wyłącznie liderzy ich ruchów, którzy mają za zadanie wpływać na opinię publiczną. Natomiast ta opinia publiczna złożona z łykających wszystko małych żuczków propaguje to dalej. Zupełnie za bardzo. Wiadomo, że pożyteczni idioci są w cenie. Mając tę świadomość to w razie czego powstrzymałam się od podawania różnych newsów dalej i zabierania jednoznaczengo stanowiska, że to ściema.

Może to usuwanie z internetu postów i filmów kwestionujące pandemię i węszących szczepionkowy spisek to nie cenzura tylko obrona przed dezinformacją. Potem potwierdzono, że rzeczywiście tak jest. Dziś Facebook wiele takich postów opatruje ostrzeżeniem przed fałszem i sprostowaniem. Polska Agencja Prasowa otworzyła stronę obajalacą fake newsy.

Termin „choroba bezobjawowa” nabrał większego sensu i nawet logiki. Jaka broń biologiczna będzie bardziej skteczna? Ta co rozłoży na łopatki większość ludzi od razu, po której trup będzie się ścielił, której efekty będziemy widzieć natychmiast co też sprawi, że zaatakowany kraj podejmie środki zaradcze natychmiast i przerwie to wszystko? A może taka co zabija powoli, podstępnie, z opóźnionym efektem działania. Jej siła ma się stopniowo rozprzestrzenić, kiedy nie będzie można tak łatwo wykryć kto akurat jest zakażony. Kraj będzie jeszcze bardziej zdezorietowany a jego gospodarka się pogrąży.

Wiadomo, że jak osoba zachoruje i cierpi okropne objawy to pierwsze co – idzie do domu i kładzie się do łóżka lub jest zawożona do szpitala. Chory nie ma kontaktu z innymi. Osoba zakarzona ale bez objawów, nieświadoma, czuje się dobrze, więc wychodzi do ludzi i żyje sobie normalnie. Kto bardziej zaraża innych? Trup może się nie ścieli na widoku ale w którym przypadku skuteczność jest większa. Nie chodzi tylko o zarażenie jak najwięjszej ilości ludzi od razu ale o dezorientację i dezinformację.

Kraje azjatyckie zareagowały od razu np. Tajwan. Od początku traktowały to bardzo poważniem, szybko wychwycić i odizolować pierwszych zakarzonych. Starały się nie wpuścić wirusa na teren kraju, sprawić by w ogóle nie krążył po ludziach. Chiny jako, że wirusa wypuściły, dobrze wiedziały jak go pokonać. Azja szybko podniosła się pandemii. Uratowano jedno i drugie, zarówno ludzi jak i gospodarkę, która jest w rozkwicie. Za to Europa kompletnie się pogubiła i nie może się zdecydować co jest ważniejsze by chronić. Szwedzki model postawił na pierwszym miejscu gospodarkę i odporność stadną. Włoski i hiszpański ludzi i ich izolację od kontaktu z wirusem. Ale we Włoszech i w Hiszpanii gospodarka jest zbyt słaba i nie może pozwolić sobie na całkowite zamknięcie. Teraz wszystkie kraje Europy stosują model szwedzki. Mają zarówno dużo ofiar jak i pogrążoną gospodarkę.

W tym przypadku znów zadzialało u mnie osobiste doświadczenie. Tydzień po otwarciu przedszkola nagle zachorowalismy całą rodziną. Bardzo to mnie zdziwiło, gdyż ostatnio mimo pandemii zdrowie mi dopisywało. Po prostu izolacja chroniła nas też przed innymi chorobami.  Teraz syn nam to przyniósł. Było to przeziębienie z okropnym, męczącym katarem. U mnie zawsze to szybko przechodzi z gardła w katar, co jest normalne. Jednak nienormalna była lekka gorączka 37 stopni. Dotychczas nigdy nie gorączkowałam nawet przy przeziębieniu. Przede wszystkim… straciliśmy wszyscy węch co było największym powodem do niepokoju. Ale miało to też swoje pozytywy, gdyż nie czujesz brzydkich zapachów. Moja mama uspokoiła mnie, że utrata węchu to symptom zwykłego kataru, na który nie zwracaliśmy uwagi. Teraz zostało to rozdmuchane.

Choroba trwała kilka dni. Zadzwoniliśmy do lekarza, który po telewywiadzie powiedział, że na 80% to COVID. I znów musimy się stawić na ten okropny test.

Tymczasem w oczekiwaniu na termin testu i wynik – kwarantanna. Nie mogliśmy nigdzie wyjść nawet do sklepu. Nie mielismy nikogo do pomocy. Nagle spostrzegliśmy, że kończy się… papier toaletowy.

Przypomniało mi się, kiedy na początku pandemii wszyscy żartowali z tych co robili wielkie zapasy. Teraz zrozumiałam, że to nie była panika lecz zwykła roztropność. Nie dlatego, że zabraknie produktów w sklepie. Ostatecznie nie zabrakło. To dlatego, że w jeśli sam zachorujesz to nie będziesz mógł zrobić zakupów, lub choroba czy izolacja umożliwi ci zarobienie pieniędzy na podstawowe produkty. Jeśli tak się stanie, to kto pozostanie z ręką w nocniku? Ten co sobie żartował i wstawiał do sieci głupie memy czy ten co wykupywał po kilka paczek papieru? To była lekcja przywracająca ponownie powagę sytuacji ale i uświadamiająca, że robienie zapasów, nawet jak to śmiesznie z boku wygląda – jest postawą właściwą. Nawet gdy wszystko jest w porządku i nic się nie dzieje to jakieś zapasy warto mieć. Nie znasz dnia ani godziny.

Wynik tego testu także okazał się negatywny, co zdziwiło personel, bo przeciez mieliśmy choć lekkie to jednak typowe objawy. Teraz sobie myślę a co jeśli ten test się pomylił i jednak COVID mieliśmy? Jakiś margines pomyłki może się zdarzyć nawet gdy testy są 99% wiarygodne a pandemia faktem. Po wszystkim syn mógł wrócić do przedszkola a my pierwsze co to iść na zakupy, z których wrociliśmy z… kilkoma opakowaniami papieru toaletowego.

Kto śledził wówczas mój Instagram widział, że zdarzało mi się zmieniać narrację w stosunku do pandemii. Robiłam to też jako eksperyment aby poznać reakcję i poglądy obserwatorów.

Obecnie stoję w pozycji obserwatorki, która na ile może analizuje i porównuje fakty. Jestem daleka od nazwania kogoś zarówno siaczem paniki, wypranym mózgiem przez rząd, opłacanym przez big-pharma jak i szurem, foliarzem czy płaskoziemcą. Stwierdzam, że faktycznie argumenty tych którzy traktują epidemię poważnie są bardziej logiczne, spójne, oparte o badania naukowe a nawet miażdżące. Z kolei argumenty sceptyków, uczestników „marszów o wolnosć” są trochę zagmatwane i nie trzymające kupy.

Coś w tym jest, gdyż niedawno znany trener wystąpień publicznych, który ich reprezentuje przyznał, że poległ w dyskusji z rzecznikiem pogotowia. Trochę mu współczuję i wiem jak to boli gdy mimo swoich przekonań masz zbyt słabe arguemnty. Z kolei inna internetowa aktywistka, która kiedyś często gościła w tzw. niezależnych mediach – obecnie koronasceptycznych, napisała taki mocny post. Twierdzi, ze przanalizowała tysiące informacji, które wskazują, że pandemię trzeba traktować poważnie i przyjąć taktykę Zero Covid.

Sama posiadam ukształtowany pogląd na pewnien inny temat. Doszłam do niego właśnie przez porównanie argumentów, faktów. Te przemawiające za nim trzymają się kupy i sensu. Natomiast te przeciwne już nie. Jak będzie z opinią wobec pandemii? Ale też jestem świadoma, że mistrzowska propaganda jest tak prowadzona aby to wszystko co głosi było mocne, spójne i udowodnione.

Wirus z nami zostanie jeśli pozwolimy na rozprzestrzenianie się i mutacje. Już wiadomo, że bez szczepionki i lekrstwa nie damy rady. Jeśli wszystko zamkną to liczby zachorowań spadną jak było wyraźnie w Hiszpanii. Gdy poluzują to krzywa znów podskoczy w górę. I tak w kółko.

Te badania naukowe, które jendak kupy się trzymają wykazały, że odporność stadana się nie wytwarza.

Stosowanie tej strategii sprawi, że w trakcie wiele chorych, słabych i starych umrze, co można uznać za barbarzyństwo. Przeciwciał z tego też raczej nie będzie. A jeśli powstaną to utrzymają się bardzo krótko. Bezobjawowcy praktycznie nie mogą na nie liczyć co wykazało badanie jakie zrobiono w Hiszpanii. Są już potwierdzone na świecie przypadki ponownych zachorowań.

Kolejne osobiste doświadczenie. Jeszcze przed lockdownem, gdy było wiadomo, że wirus z Chin dociera do Europy mąż przeszedł chorobę, która rozłożyła go na tydzień, którą mógł być Covid. Pisałam o niej na końcu jednego z miesięcznych podsumowań. Był kaszel, ból mięśni i klatki piersiowej. W tym samym czasie inni znajomi mieli coś podobnego. Nie było jeszcze infrastruktury obchodzenia się z chorymi i nie robiono PCR-ów. Pół roku później namówiłam go na test przecwciał. Wyszło, że nie ma żadnych i nigdy na to nie chorował.

Podbnie jest z argumentami o szczepieniach. Wszyscy czekali na szczepionkę i w końcu ona jest. Mocniejsze dostrzegam te argumenty za niż te przeciw. Jednak jestem zdania aby równolegle prowadzić badania nad alternatywą, nad jakimiś lekami. Aby najważniejsze było nasze zdrowie a nie tylko biznes. Nie należy robić monopolu na rynku leków i szczepień lecz brać pod uwagę niezależne odkrycia medycyny. Nie neguję np. wiadomości o amantadynie – konkretnie, chlorowodorku amantadyny stosowanym w leczeniu grypy A i choroby Parkinsona. Lekarz z Przemyśla Włodzimierz Bodnar, który zaczął nią leczyć swych pacjętów przekonał się, że jest bardzo skuteczna na COVID-19 wstrzymując rozwój wirusa w organiźmie. Lekarze w Hiszpanii również ją wcześniej stosowali i prowadzą nad nią badania. Wirus mutuje i dwie dawki szczepionki nie dają gwarancji by każdego uodpornić. Mimo niej ludzie mogą nadal chorować, więc lekarsto oprócz niej musi być odkryte lub wynalezione.

W przypadku pandemii mamy także do czynienia z dopasowywaniem faktów i danych pod swoje poglądy czy ideę za jaką stoimy. Antycovidowcy zauważali, że w statystykach ilość chorych i śmiertelność jest mała w stosunku do innch chorób tylko media głównego nurtu je wyolbrzymiły. Tymczasem powikłań poszczepiennych, które mogą wystąpić też jest niewiele i oni je właśnie wyolbrzymiają.

Jestem teraz za tym by wprowadzać środki ostrożności. Za to sprzeciwiam się zamknaniu innych dziedzin służby zdrowia, w celu skupienia na COVID. Tutaj jestem jednomyślna z uczestnikami „marszów o wolność”.

Wszystko to powinno działać nadal i nie ograniczać się tylko do teleporad. Warto stawiać na teleporady wyłącznie gdy jest to wystarczające np. przedłużenie recepty czy wstępny wywiad klasyfikujący do dalszego badania. Ale gdy lekarz musi obejrzeć pacjenta to niech go obajrzy. Kiedy chory jest w ciężkim stanie i umiera to najpierw trzeba się zająć się jego stanem, który jest widoczny a nie przeciągać to w czasie by zrobić test o którym nie mamy pewności co wykaże. COVID-19 nie skasował innych chorób i nie możemy być skupieni tylko na jednym froncie zapominając o reszcie.

Pozostaję także przy zdaniu, że pandemia będzie wykorzystana do przebudowy świata, społeczeństwa i gospodarki, do zmiany sił na świecie. Jeśli wirus istnieje i zabija to sam w sobie pogrąży zarażone kraje. Jeśli jednak nie jest groźny a tylko nagłaśniany przez media to załatwi nas manipulacja i dezinformacja. Mogą nas manipulować zarówno tym przeciw czemu się opieramy jak i tym, co jest zgodne z naszym zdaniem i z którego falą lecimy.

Nie kwestionuję też tzw. teorii spiskowych. Wiele z nich po latach okazuje się prawdą. Pojęcie “teoria spiskowa” to też nowomowa co miałaby zamknąć usta niewygodnym i by ludzie ich nie słuchali.

Niestety nie jest łatwo odróżnić czy dana teoria to rzeczywiście zagłuszana prawda czy jest rozpowszechnionym fałszem aby odwrócić naszą uwagę od prawdy.

Chcę mieć pewność, że te wszystkie ograniczenia są po coś, aby tę pandemię przetrwać, że mają uzasadnienie. Po prostu tak musimy, z dystansem, dezynfekcją, maseczką aby się bronić przed zagrożeniem i zachować zdrowie. Ale konieczna jest też też realna pomoc dla poszkodowanych. Tymczasem tarcze antykryzysowe okazują się niewypałem i nie każdy będzie uprawniony by z nich skorzystać. Pieniędzy na nie też zabraknie skoro przedsiębiorcy nie mogą zarabiać i płacić podatków.

Jednocześnie mam cichą nadzieję, że być może antycovidowcy mają rację, że jesteśmy manipulowani a po latach wyjdzie – „a nie mówiłem”. Będzie to dowód na to, że jednak warto mieć odwagę, głośno uświadamiać jak bardzo jesteśmy tresowani. Ale tylko w przypadku, jeśli mają dobre intencje i są realnym ruchem oddolnym a nie czyimś narzędziem manipulacji.

Jakie mam zatem wnioski z tej ostatniej pandemicznej lekcji?

Warto umieć obstawać przy swoich poglądach. Ale czasem zbyt mocno obstajemy nawet jak pewnego dnia fakty im zaprzeczą. Po prostu nie chcemy urazić swojego ego i dumy.

Nadal w nie brniemy mimo braku potwierdzenia w rzeczywistości. Przede wszystkim jest nam wstyd i głupio przy innych. Podważenie Twoich poglądów a tym bardziej publiczne to jak poniesienie upokarzającej porażki.

Tymczasem większą odwagą może być przyznanie się do tego, że „tak, myliłem się, myślałem kiedyś inaczej, krytykowałem tych co się ze mną nie zgadzali, ale poznałem fakty i widzę, że prawda jest jednak inna.”

Dopóki nie poskładamy faktów do kupy i nie dojdziemy do prawdy lub dopóki nie wyjdzie ona bardziej na jaw w miarę postępujących wydarzeń to powstrzymajmy się z braniem czegoś za 100% pewne. W trakcie pandemii rzeczywistość trwale się zmienia. Zdaje się, że nim się ona zakończy i poznamy o niej cała prawdę to musimy przywyknąć do tego, że jeszcze wiele razy będziemy zmieniać nasze zdanie. Potraktujmy to jako coś normalnego i naturalnego.


Dorota Strzelecka

Niepoprawna Polka na styku dwóch kontynentów i trzech kultur. Na codzień mieszka na południu Hiszpanii w Granadzie pod Alhambrą skąd podróżuje do Maroka. Absolwentka kierunku artystycznego, blogerka, grafik, konsultantka Wellness by Oriflame. Prowadzi blogi "Kropla Arganu" i "Dorota Strzelecka" oraz Agencję Kreatywną Anavella.

Może Cię zainteresować...